• http://monikawitkowska.pl/arcticocean
  • http://monikawitkowska.pl/arcticocean
  • http://monikawitkowska.pl/arcticocean
  • http://monikawitkowska.pl/arcticocean
  • http://monikawitkowska.pl/arcticocean
  • http://monikawitkowska.pl/arcticocean
  • http://monikawitkowska.pl/arcticocean
  • http://monikawitkowska.pl/arcticocean
  • http://monikawitkowska.pl/arcticocean
  • http://monikawitkowska.pl/arcticocean
  • http://monikawitkowska.pl/arcticocean
  • http://monikawitkowska.pl/arcticocean
  • http://monikawitkowska.pl/arcticocean
  • http://monikawitkowska.pl/arcticocean
  • http://monikawitkowska.pl/arcticocean
  • http://monikawitkowska.pl/arcticocean
  • http://monikawitkowska.pl/arcticocean
  • http://monikawitkowska.pl/arcticocean
  • http://monikawitkowska.pl/arcticocean
  • http://monikawitkowska.pl/arcticocean
BLOG - Rejs dzień po dniu

ZAPRASZAMY NA BLOGA!


Anna pod żaglami.Wyprawa się skończyła, ale strona będzie funkcjonować nadal. Co jakiś czas znajdą się na niej nowe ciekawostki o Arktyce, poinformuję też kiedy wyjdzie książką będąca relacją z rejsu. W każdym razie - zaglądajcie tu czasem...


Jak wyglądała trasa naszego rejsu - kliknij tutaj.


Wyjaśnienie jak wyglądała sprawa naszych aresztowań na Czukotce - tutaj.

 

 


 

 


Logo Travelerów.Hurra! Może nie wypada się chwalić, ale przyznaję – było mi miło, jak się o tym dowiedziałam. Krótko mówiąc opisana nasza niżej wyprawa została nominowana do przyznawanej przez National Geographic nagrody TRAVELERY.  Osobom, które nas zgłosiły - z całego serca dziękuję; cieszymy się, że ktoś ten nasz trudny bądź co bądź rejs docenił.

 

 

 

 

 


 

Kurs ArktykaI jeszcze jedno: za jakiś czas (w 2012 roku) powstanie książka o naszej wyprawie na "Annie", z dużą ilością informacji o arktycznej Północy, ludziach tam żyjących, przyrodzie, historii i współczesności tych terenów. Póki co, od połowy listopada 2011 roku, w księgarniach można kupić wydaną przez wydawnictwo Almapress relację z ubiegłorocznego rejsu - "Kurs Arktyka" (okładka obok).

 


 

 

 

 

 

 

 

 

 

30 września, 85. dzień wyprawy
lotnisko w Anchorage
Koniec wyprawy!


Anna w Sand Point.Żal mi było opuszczać „Annę” i rozstawać się z Börje, z którym przez te trzy miesiące wspólnego żeglowania stworzyliśmy chyba udany żeglarski team. Przed wyjazdem na lotnisko wpadliśmy jeszcze na „Muktuka”, bo chciałam się pożegnać z naszymi austriackimi znajomymi. Wzruszyłam się, bo chłopcy narysowali mi specjalne laurki – z wielorybami, fokami i Eskimoską na kajaku (ponoć to miałam być ja  :-) ).


Dopiero w samolocie dotarło do mnie, że skończył się rejs, który zdecydowanie mogę uznać za najlepszy w moim życiu. Dostaliśmy w kość, bo morze nas nie rozpieszczało, ale z drugiej strony zyskaliśmy mnóstwo nowych doświadczeń. Cieszę się, że wracam do rodziny, znajomych, ale wiem że przez jakiś czas trudno będzie mi się przestawić na tory wielkomiejskiego życia, gdzie doba jest za krótka, a w pracy – wszystko „na wczoraj”. Börje który nadal jeszcze nie wie, gdzie będzie zimował „Annę”, w związku z czym przez najbliższe tygodnie będzie żeglował w pojedynkę, może wciąż jeszcze cieszyć się wolnością i spokojem jaki daje kontakt z przyrodą. Mam nadzieję że wiatry będą mu sprzyjały, a „Anna” do końca będzie jego niezawodną kompanką.


Po prawej: "Anna" w dniu, kiedy ją opuszczałam   :(

 

 

* * * * *

 

 

29 września, 84. dzień wyprawy
Sand Point
Jak zarobić 4 tys. bagsów w dwa tygodnie


Alaskańskie piwaWłaściwie to cały dzień minął mi pracowicie na pakowaniu się i sprzątaniu jachtu, podczas gdy Börje zawziął się, by naprawić autopilota (przy samotnej żegludze bardzo mu się przyda) . Ponieważ tym razem od rana praktycznie cały czas lało, nawet nie mieliśmy specjalnej motywacji by wybrać się gdzieś na wycieczkę. Dopiero wieczorem poszliśmy na pożegnalne piwo do jedynego tutaj pubu. Wypróbowaliśmy wszystkie trzy rodzaje miejscowego "Alaskana". Do wyboru jest: "Amber" (moim zdaniem najlepsze), "Ipa" (specyficzne, ale też najmocniejsze - 6,5%) i "White", z polarnym miśkiem na etykietce. Nie żebym propagowała picie alkoholu, w Stanach dozwolone od lat 21, ale warto wiedzieć, co tu oferują.

 

Klientela pubu to głównie myśliwi. Chyba że tu taka moda, że połowa facetów przychodzi na piwo w maskujących ubraniach. Polują między innymi na niedźwiedzie, których jest tu tyle, że nikomu nie przychodzi do głowy, aby wziąć je pod ochronę.

 

Po piwie wpadliśmy jeszcze do fabryki ryb, gdzie jest automat telefoniczny z którego dzwonimy do domów. Podobnie jak i wczoraj trafiliśmy na przerwę na kawę pracowników filieciarni i podobnie jak i wczoraj, gadaliśmy o pracy w fabryce. Na poważnie nawet zaczęłam się zastanawiać czy nie warto tu na kilka miesięcy przyjechać do pracy. Sympatyczny Filipińczyk z którym najbardziej się zakumpliliśmy (połowa tutejszych pracowników to Filipińczycy, Kenijczycy i Sudańczycy) powiedział nam że przez 2 tygodnie zarobił 4200 dolarów! Inna sprawa, że pracuje się tu 16 godzin dziennie (tak, tak, wszyscy bez szemrania podpisują w kontrakcie że zgadzają się na taki układ i nikomu nawet nie przyjdzie do głowy by powoływać się na jakieś związki zawodowe i prawo do należytego odpoczynku). W sumie to ze dwa U naszych austriackich przyjaciół na miesiące mogłabym przy takich zarobkach wytrzymać te 16 godzin. To że praca nieco "odmóżdżająca" to fakt, no ale przynajmniej nauczyłabym się robić filety :-)

 

Zapomniałabym! Dzisiaj wpłynął  do Sand Point także "Muktuk" z naszymi zaprzyjaźnionymi Austriakami. W przeciwieństwie do nas widzieli niedźwiedzie brunatne! Trochę to niesprawiedliwe - my tropiliśmy miśki chodząc ich ścieżkami, a Karl jak opowiadał - na ląd nie schodził tylko co i rusz obserwował je z okien jachtu. Może to faktycznie najlepsza metoda? I do tego - najbezpieczniejsza!

 

Obok: U naszych austriackich przyjaciół na "Muktuku".

 

 

* * * * *

 

 

28 września, 83. dzień wyprawy, wieczorem
W Sand Point
Pozycja: 55 st. 20`N, 160 st. 30`W
Ostatni port
(dla mnie)


Sand PointSand Point okazał się dużo sympatyczniejszym portem niż wcześniej odwiedzone King Cove. Rozciągnięta wzdłuż wybrzeża miejscowość dzieli się na trzy części: wypełniony kutrami rybackimi port, imperium przetwórni ryb (istne miasto w mieście, z sypialniami dla pracowników i sklepem zlokalizowanym między chłodniami i halami gdzie się obrabia ryby) oraz osiedle mieszkalne, w którym według Locji Admiralicji Brytyjskiej żyje około 900 osób. Czym się zajmują zdradzają… nagrobki na lokalnym cmentarzu. Krzyż prawosławnyTam gdzie są tabliczki (bo o groby tu się raczej nie dba, więc tabliczki są tylko na co niektórych), na wszystkich męskich grobach widnieje wizerunek kutra oraz napis: „rybak”, ewentualnie także „myśliwy”. Co ważne – większość grobów ma prawosławne krzyże, a jedyna świątynia jaką widziałam to cerkiew! Zaskakujące, jako że w amerykańskich miasteczkach zwykle jest na pęczki najrozmaitszych kościołów o których często nikt inny gdzie indziej nie słyszał, a tymczasem tutaj tylko ten jeden Dom Boży.

Ta cerkiew to dowód, że rosyjska przeszłość Alaski wywarła na jej mieszkańców wpływ większy niż można byłoby się spodziewać. Zresztą wystarczy spojrzeć na mapę tych terenów – aż roi się na niej od rosyjskich nazw, które zapewne Amerykanom trudno wymówić. Jest np. zatoka Ivanof, wyspa Poporechnoi, inna wyspa – Wosnesenski, miejscowość Morzhovoi (podaje pisownię z atlasu Alaski). To tylko nieliczne z całej masy przykładów. Jednak znaleźć kogoś władającego rosyjskim, o to już nie łatwa sprawa…

 

Zdjęcie po prawej: standard z miejscowego cmentarza: prosty grób, prawosławny krzyż i tabliczka ze zdjęciem kutra na którym pływał pochowany rybak.

 

* * * * *

 

28 września, 83. dzień wyprawy, po południu
Pacyfik, po wyjściu z Beaver Bay
Pozycja na 1645: 55 st. 14`N, 161 st. 44`W
Stado wielorybów na kursie!


WielorybyDo Sand Point mamy 20 mil - przysłowiowy rzut kamieniem.Zrobiła się piękna pogoda - wieje wprawdzie słabo, ale przez 10 minut wytrzymałam na pokładzie w koszulce z krótkim rękawem!

Ponieważ dotarło do mnie, że to moje ostatnie godziny pod żaglami "Anny" (przynajmniej w tym rejsie), szkoda mi schodzić pod pokład choćby na kilka minut. Ledwo jednak zeszłam, dosłownie po to, by zrobić herbatę, a tu Börje krzyczy, że pojawiły się wieloryby! Faktycznie, dokładnie kontrkursem, czyli idealnie naprzeciwko nas, szło wielkie stado humbaków, czy jak kto woli - długopłetwowców! Co i rusz puszczały fontanny pary wodnej, albo skakały ponad wodę pokazując swoje charakterystyczne płetwy piersiowe porównywane do skrzydeł. Towarzyszyło im mnóstwo ptaków, korzystających z możliwości łatwego łupu, czyli złapania wypłoszonych przez waleni ryb. Piękne widowisko - jeden z najbardziej niezwykłych momentów tego rejsu!

 

Na zdjęciu: Te czarne kształty to oczywiście humbaki.


 

* * * * *

 

28 września, 83. dzień wyprawy, około południa
W Beaver Bay
Ani bobrów, ani miśków!


Beaver BayW ramach odwiedzania (przypadkowego) zatok o nazwach zwierzątek, tym razem jesteśmy w Beaver Bay czyli Zatoce Bobrów. Wpłynęliśmy tu wczoraj, już po nocy, płynąc „na radar”, bo komputer nawigacyjny zaciął się i nie chciał pokazywać pozycji jachtu, podczas gdy radar po raz kolejny udowodnił, że jest urządzeniem któremu można ufać.

Wczoraj oczywiście nic  poza zarysem lądu nie widzieliśmy, za to dzisiaj, wraz z porannym wystawieniem na pokład głowy, stwierdziliśmy że jest całkiem ładnie. Ponieważ w ramach nadmiaru szczęścia było również błękitne niebo i świeciło słońce, zaraz po śniadaniu (jak zwykle: poridż „made by Borje”) wyruszyliśmy odkrywać nieznany ląd.


Pomni wczorajszych przygód z pontonem dzisiaj umocowaliśmy go na brzegu niczym na falę tsunami, po czym już ze spokojną głową najpierw przeszliśmy się po kamienistej plaży (sporo muszelek i galaretowatych meduz), a następnie wdrapaliśmy na pobliskie wzgórze. Wbrew nazwie zatoki Tropy miśkównie widzieliśmy żadnych śladów bobrów (ba, nawet żadnej rzeki nie widzieliśmy!), za to znowu pełno było ścieżek niedźwiedzich. Chętnie z nich korzystamy, bo ułatwiają poruszanie się po tutejszym terenie – są szerokie i prowadzą przez przeszkody terenowe zawsze najlepszym z możliwych wariantów. Odciśnięte na piachu wyraźne ślady (na zdjęciu obok) wskazywały, że trochę przed nami łaziła po tej okolicy niedźwiedzica z młodym. Wróciliśmy na jacht nieco zawiedzeni – kolejny raz na lądzie, ślady dookoła świadczą że aż się tu roi od niedźwiedzi, a my, wstyd, nie widzieliśmy żadnego!

 


* * * * *

 

27 września, 82. dzień wyprawy , około południa
W Bear Bear
Jak omal nie zostaliśmy Robinsonami


Siedzimy na pokładzie, objadamy się upieczonym wczoraj przeze mnie ciastem i napawamy się widokami na ośnieżone góry. Nie da się zaprzeczyć : Alaska to jedno z piękniejszych miejsc na mapie świata. Z lewej strony mamy poszarpany zatokami Półwysep Alaska, z prawej – wyspę Ukolnoi.


Borje z rybą.Mieliśmy opuścić naszą przytulną zatoczkę nie później niż w południe (z samego rana nie mogliśmy, bo czekaliśmy na korzystny pływ, czyli wysoką wodę), ale jak zwykle różne nieprzewidziane okoliczności udaremniły nam te zamiary. Zastanawiałam się czy powinnam pisać o tym co sobie na własne życzenie zafundowaliśmy, bo w sumie to trochę wstyd  i nie powinno się to zdarzyć… Z drugiej strony nie ma ludzi nie popełniających błędów. Opiszę jednak niefortunne zdarzenie nie tyle z kronikarskiego obowiązku :-), co raczej ku przestrodze innych żeglarzy.

 

Obok: Borje z jedną ze złapanych ryb.


Zaraz po śniadaniu wyruszyliśmy na ląd na „zajęcia własne”. Börje – zwijać sieci (wpadły 2 łososie i kilka flądro-podobnych),  ja – przejść się po brzegu. W międzyczasie Börje poprosił mnie, bym się rozejrzała za jakimś kamieniem do przywiązania linki od pontonu, ale kamienia w najbliższej okolicy nie było, wyciągnęłam więc ponton jedynie dokąd dałam  radę na suchy brzeg, w sumie ze trzy metry od zajętego rybami Börje i zaopatrzona w dwie rakiety na wypadek spotkań z niedźwiedziami, poszłam na spacer. Daleko nie zaszłam, bo ślady świeżej niedźwiedziej uczty na brzegu (obgryzione ryby plus wielka kupa) zniechęciły mnie do zapuszczania się w okoliczne krzaki, tak więc wolniutko sobie wracałam, gdy nagle  spory już kawałek od brzegu, Pusty ponton.zobaczyłam  dryfujący ponton. –Fajnie, będziemy mieli drugi ponton! – pomyślałam  całkiem zadowolona, gdy nagle dotarło do mnie, że biały, dmuchany kształt to NASZ ponton.


Rzecz jasna, przyśpieszyłam  kroku. W tym samym momencie co się stało zauważył pochłonięty rybami Börje. Nawet nie dociekaliśmy czyja to wina – wiedzieliśmy że oboje daliśmy plamę, więc gnaliśmy wzdłuż brzegu w kierunku miejsca do którego jak liczyliśmy, pchany wiatrem i falą ponton dopłynie. Nawet ryzyko spotkań z przychodzącymi na brzeg miśkami przestało nas już obchodzić.  Niestety, kiedy ponton już był całkiem blisko, nagle… wiatr zmienił kierunek i ponton zaczęło znosić z powrotem na środek zatoki. W sumie nie był wtedy jeszcze daleko – ze 30 metrów od brzegu. Börje bohatersko zrzucił część ubrania i wskoczył do morza, ale równie szybko jak wskoczył, także wyskoczył, twierdząc że w tej temperaturze wody płynąć się nie da.

Borje na pontonie.Nie chcę zamęczać opisami, ile nerwów kosztował nas ten ponton. Kiepski to widok patrzeć na zakotwiczony w oddali jacht, na który nie ma jak się przedostać. Oczywiście jak to w takich sytuacjach bywa, nie mieliśmy stosownych ubrań, żadnego jedzenia, telefonu satelitarnego… Jak na ironię strzelba (obrona przed niedźwiedziami i ewentualna szansa upolowania czegoś) plus plecak z różnymi przydatnymi rzeczami, został… w pontonie. Wokoło rozciągało się totalne pustkowie, żadnych ludzi, cywilizacji. Wisiała nad nami mało przyjemna perspektywa zostania Robinsonem z powodu własnej głupoty. Z drugiej strony  cały czas nie opuszczała nas nadzieja, że ponton jednak zdryfuje do brzegu, choć niestety było też całkiem spore prawdopodobieństwo, że zostanie porwany przez  prąd i wyniesiony poza wody zatoki, na otwarte morze.


Opatrzność nad nami czuwała! Można sobie wyobrazić naszą radość kiedy w końcu dorwaliśmy ponton. Straciliśmy przez niego mnóstwo czasu, zyskaliśmy dawkę stresu i  nowe doświadczenie. Nauczka na całe życie…


Teraz już znowu płyniemy…  Bogu dzięki amerykańskie prognozy dość często się nie sprawdzają czyli wbrew oczekiwaniom mamy bardzo ładną pogodę. Leży przede mną wydruk wzięty wczoraj z kapitanatu portu King Cove gdzie czarno na białym stoi że dzisiaj, czyli we wtorek 27 września będzie wiać 30 węzłów, ma padać, a w ogóle to jest ostrzeżenie że małe jednostki najlepiej powinny nie wychodzić z portu. Tymczasem jest śliczne, błękitne niebo, słoneczko, a wiatru tyle, że, postanowiliśmy wspomóc się silnikiem. Mam nadzieję że zła pogoda nie dogoni nas przed wejściem do Sand Point do którego mamy jeszcze około 60 mil. Póki co zachwycamy się widokiem ośnieżonego wulkanu Pavlof i przewyższającej go sąsiadki, góry nazwanej Pavlof Sister (Siostra Pavlofa)  :), mającej 2142 metrów

 


Płyniemy...Dwie godziny później…


A jednak wiatr przyszedł. Teraz znowu już mamy jazdę na krawędzi, to znaczy w takim przechyle, że kantem pokładu orzemy morze. Na szczęście wciąż jest ładnie i nie widać, aby zanosiło się na deszcz. Pod pokładem inwazja popcornu który, póki było jeszcze spokojnie, przygotował Börje, ale przy pierwszym mocniejszym przechyle miska z prażoną kukurydzą wyjechała ze stołu i mimo prób pozbierania, białe ziarna teraz są dosłownie wszędzie.

 

 

* * * * *

 

27 września, 82. dzień wyprawy, wieczorem
W Bear Bay
Pozycja: 55 st. 10`N, 162 st. 02`W
W gościach u niedźwiedzi


Bear BayZatoka w której stanęliśmy dzisiaj na noc nazywa się Zatoką Niedźwiedzi i jak się przekonaliśmy podczas krótkiego wypadu na ląd, rzeczywiście jest to miano uzasadnione.  Co i rusz widać niedźwiedzie ścieżki, ślady ich wylegiwania się tudzież inne dowody ich obecności jak na przykład  odchody. Co do tych ścieżek to są dość charakterystyczne – szerokie, przypominające drogę z dwiema koleinami, co wynika ze stylu człapania miśków.


Odwykliśmy już od noszenia strzelby, a tymczasem dzisiaj jakoś nam jej brakowało. Mieliśmy ze sobą wprawdzie dwie rakiety, ale w okolicy ewidentnie roi się od miśków, tak więc (choć na głos o tym nie mówiliśmy) nie wiadomo czy te rakiety by wystarczyły aby odstraszyć zwierzaki. Może to Niedźwiedzia ścieżka.głupie, ale przedzierając się przez chaszcze (Börje bardzo chciał znaleźć jakąś rzeczkę do łowienia ryb) zastanawiałam się czy niedźwiedzie brunatne, bo to o ten gatunek chodzi, lubią czosnek? Dziś na obiad zrobiliśmy makaron z parówkami, sosem i dużą ilością czosnku, tak więc cuchniemy na odległość.

 

Zdjęcie po prawej: Typowa niedźwiedzia ścieżka.


Wróciliśmy z trekingu przemoczeni, bo w międzyczasie pogoda się ustaliła na zdecydowanie deszczową. Szkoda, bo jak nie ma chmur to są tu obłędne widoki – widziałam, jak dopływaliśmy. W dali widać ośnieżone góry, na pierwszym planie teren mieni się natomiast gamą jesiennych kolorów – czerwieni, żółci i resztek zieleni.


Ciekawy jest tutejszy brzeg. Akurat był odpływ, więc morze cofnęło się dobre sto metrów, ukazując część swojego bogactwa. Szczególnie dużo Niedzwiedzia kupajest meduz i naszych znienawidzonych wodorostów (znienawidzonych bo są strasznie długie i mogą wkręcić się  w śrubę od silnika). Poza tym są też fioletowe małże (nie znam się, ale ponoć dobre do jedzenia), jeżowce i inne podobne „dobra”.

 

Na zdjęciu obok: Niedźwiedzia kupa.


Tymczasem  barometr leci łeb na szyję… Jutro może być ciężki dzień. Do Sand Point zostało nam jakieś 70 mil, ale nie możemy stąd za wcześnie wypłynąć, bo trzyma nas czas pływów. Stoimy w części zatoki do której można było wpłynąć bardzo wąskim i płytkim przesmykiem (żeby się w niego wstrzelić dwa razy zawadziliśmy o grunt). Sprawdziliśmy tablicę pływów – wysoka woda jest dopiero o… 1440. Kiepskawo…. Zostać kolejną noc już tu nie możemy, bo z kolei ma nadejść bardzo silny wiatr z południa. Nie mamy wyboru – jak tylko się da wcześnie, jutro stąd zmykamy.

 

* * * * *

 

26 września, 81, dzień wyprawy
W King Cove (Alaska)
Nocleg przy kei i znowu w morze


King CoveWczoraj późnym wieczorem, jakoś tak o 23-ej, zacumowaliśmy w King Cove, porcie położonym tym razem już nie na wyspie, ale na Półwyspie Alaska (na zdjęciu obok). Uznaliśmy że nie ma co się katować pływaniem w trudnych warunkach po nocy, lepiej przespać się na równej stępce, przy osłoniętym nabrzeżu. Wejście nie było łatwe, bo raz – nie za bardzo wiedzieliśmy jak wygląda układ portu (jak to dobrze, że wynaleziono coś takiego jak radar), ale co gorsze – wiało jak diabli, prawie do główek portu regularne 40 węzłów nie mówiąc o przychodzących co i rusz bardzo mocnych, porywistych podmuchach.


Kolację, to jest złowionego rano łososia, zjedliśmy wraz z wybiciem północy. Potem – padliśmy ze zmęczenia. Rano obudziło nas błękitne niebo i – spokój! Żadnego wiatru! Miasteczko, czy raczej wioska -  bez rewelacji, po prostu kolorowe domki na brzegu, natomiast najważniejszy jest port pełen rybackich łodzi i przygotowanych już klatek na kraby (sezon połowów krabów rozpoczyna się 15 października). W Klatki na krabykapitanacie portu gdzie musieliśmy się zarejestrować (i zapłacić za jednonocny postój  27 dolców!) rybacy żywo dyskutowali jaka sól jest najlepsza do przechowywania ryb. Okazuje się, że  w modzie jest teraz… japońska. Cóż, pomyślałby człowiek że sól jak sól, a tymczasem to bardzo złożony problem.

 

Na zdjęciach: port Sand Point i przygotowane klatki na kraby.


Informacja że jesteśmy z jachtu wzbudziła wśród rybaków poruszenie, bo tutaj też, podobnie jak w Dutch Harbour, mają nas chyba za niespełna rozumu, że nie mając z tego żadnego profitu, szwendamy się po tych kapryśnych akwenach, walcząc z silnymi o tej porze roku wiatrami. Ponoć kilka dni temu był tu też poznany w Nome „Elbubu” – jacht z RPA.

 

 

Kolejny wulkanTrochę później…


Punktualnie o godzinie pierwszej oddaliśmy cumy i odpłynęliśmy w siną dal, a dokładniej na wschód. Widoki – zapierające dech. Wulkan z tyłu, wulkan z przodu, wulkan z boku, a wszystkie idealnie stożkowe, ośnieżone, wywołujące szczere: Wow! W międzyczasie na klifach Börje wypatrzył orły – takie żywcem wzięte z amerykańskiego godła, czyli czarne, z białą głową. Kolejne: Wow!

 

 

* * * * *

 

 

25 września, 80. dzień wyprawy
Płyniemy


Z trawą morskąDzień rozpoczęliśmy od sprawdzenia co tam wpadło do naszych sieci. A wpadło sporo, tyle że do zjedzenia nadawał się jedynie pokaźnych rozmiarów łosoś (resztę dziwnie wyglądających ryb wrzuciliśmy z powrotem do wody, tym bardziej że wciąż żyły)


Zatoczkę opuszczaliśmy lawirując między warkoczami trawy morskiej. Nie wiem jak się fachowo nazywają te wodorosty, ale stanowią nasze przekleństwo, bo obawiamy się czy się to długie, ciągnące niczym gruby sznur świństwo, nie wkręci w śrubę od silnika. Są nawet takie, które mają po kilkanaście metrów. Problem chyba Znaczek trawy.jest poważny, bo nawet na mapach elektronicznych się zaznacza rejon występowania tych roślin.

 

Po lewej: Trzymam wyrzuconą na brzeg łodygę "trawy morskiej" (są też dłuższe egzemplarze). Po prawej: znaczek stosowany na elektronicznych mapach nawigacyjnych, ostrzegający przed wodorostami.

 

TęczaTymczasem się rozwiało i to solidnie. Takie 7-8 stopni w skali Beauforta (wiatr 35-40 węzłów), co niektórzy może by i nazwali już sztormem, ale na tutejszych akwenach określamy go jako "normalny". Tym bardziej że naprawdę świetnie się płynie, tak jak oboje lubimy. Wiatr jest od rufy, czyli nas pcha, na zarefowanych żaglach mkniemy 8-9 węzełków, w błyskawicznym tempie łykamy kolejne mile. Ponieważ co i rusz to pada, to świeci słońce, mamy spektakl tęczy. Mam wrażenie że dzisiaj zobaczyłam tyle tęczy, ile wcześniej w ciągu całego życia. Pojedyncze, podwójne, po całości albo urywane, wszystkie magicznie piękne!

 

Powyżej: Tęcza nad Przylądkiem Pankof na południowym-wschodzie Wyspy Unimak.

 


* * * * *


24 września, wieczorem
W Otter Cove, wyspa Unimak
Nasz przyjaciel – lis!


LisekAle fajne miejsce mamy dziś na nocleg. Przepiękna zatoczka otoczona potężnymi klifami, na które tak naprawdę od strony lądu łatwo się dostać po w miarę łagodnych zboczach. Z daleka zbocza wyglądają na porośnięte trawą, aż kuszącą by się po niej ześlizgnąć choćby na sankach, ale w rzeczywistości porastają je trudne do przebrnięcia krzaczory.

Mimo że to wedle nazwy Zatoka Wydr (wydr morskich zapewne), żadnej z nich nie widzieliśmy, natomiast na brzegu powitał nas lis! Śmieszny rudzielec z pokaźną kitą, z której zapewne niejedna pani chciałaby mieć kołnierz (swoją drogą - straszne…). Lisek wyraźnie był nami zainteresowany, do tego stopnia, że zamiast uciekać, nieśmiało podszedł na kilka metrów, a kiedy Borje na czworakach go podszedł, odległość wyniosła może z metr. Potem pojawił się drugi lisek, też mocno nami zaciekawiony. Podejrzewam że po raz pierwszy w życiu Borje i liswidzieli takie dwunogie osobniki, bo kiedy wybraliśmy się zdobywać jedno z okolicznych wzgórz, szły za nami obserwując co robimy.

Liski są tu chyba stałymi bywalcami, bo mają swoje ścieżki. Ale nie tylko one - widać też labirynty ścieżek nie wiem czy myszy, czy lemingów (takie sympatyczne gryzonie podobne do chomików, tylko z dłuższym ogonkiem). Zwierzaki zwierzakami, jednak nie mogę nie wspomnieć o fantastycznej jesiennej grze kolorów jaką tworzą tutejsze krzaki (drzew wciąż nie ma, ale są liściaste zarośla tak na wysokość mojego pasa). Cała paleta barw - różne odcienie zieleni, żółci, czerwieni i brązu. Jak nie pada to jesień naprawdę da się lubić!






24 września, 79.  dzień wyprawy, w samo południe
Na Pacyfiku, przy wyspie Unimak
Pozycja na godz. 1150: 54 st. 31`N, 163 st. 45`W
Wulkan na trawersie!


WulkanMijamy wulkan Shishaldin (na zdjęciu obok). Ujrzałam go jak wychodziłam na poranną wachtę, kiedy był jeszcze półmrok, i nie za bardzo było jeszcze widać czy to góra czy chmury. Potem z każdą minutą robił się coraz wyraźniejszy. W sumie  nie za bardzo pasuje do tutejszego otoczenia-  cała wyspa to górki w sumie nie wysokie, szarawo-zielone, a tu nagle taka ogromna, biała czapa mająca postać idealnego, pokrytego lodowcem stożka, z niewielką chmurą z krateru na szczycie. Wulkan jest piękny – jeden z ładniejszych jakie w swoim podróżniczym życiu widziałam, a przy tym całkiem wielki – liczy ponad  3 tys. metrów (9372 stóp). Nieco zanim jest jeszcze inna góra z charakterystycznymi dwoma wierzchołkami  – to Isanotski, nieco niższa (8025 stóp).

Borje za sterem.Teraz cały czas sterujemy ręcznie (dowód na zdjęciu obok). Autopilot wysiadł jeszcze na Morzu Beringa, samoster działa jak chce, ale teraz akurat nie chce. Mimo to nie ma powodów do narzekań. W sumie fajną wachtę miałam. Konieczność ręcznego sterowania sprawia, że więcej się zauważa, niż przy jeździe na samosterze. Wypatrzyłam między innymi wieloryby. Nie jednego, ale całe stado. Niestety trochę daleko, więc zdjęciowo kiepsko.


A tak w ogóle to siadło nam zasilanie 220 V. W środku nocy poczuliśmy zapach palonej instalacji, no i finał jest taki, że teraz ani ładowania baterii do aparatów, ani zasilania komputera. Oczywiście jak na złość wszystkie sprzęty jadą właśnie na końcówkach baterii. Dopiero teraz uprzytomniłam sobie, jak w obecnych czasach jesteśmy uzależnieni od prądu. Bez niego – jak bez ręki, albo jeszcze gorzej…



* * * * *


23 września, 78 . dzień wyprawy, o zachodzie słońca
Pozycja na godz. 1830: 53 st. 56`N, 166 st.09`W
Pacyfik-Pacyfik wita!


Priest Rock

Obok: Klify przy wyjściu z Dutch Harbor. Samotna skała nazywana jest "Kapłanem", bo wygląda jak modlący się duchowny.


Uff! Trochę w stresie, ale  udało nam się przejść Unalga Pass i od kilkunastu minut znajdujemy się już na południowej stronie łańcucha wysp aleuckich. Tym samym zostawiliśmy na dobre mające wyjątkowo złą reputację Morze Beringa, a wpłynęliśmy na właściwy Pacyfik, który jesienią też słynie ze sztormów, ale płynąc wzdłuż wybrzeża można przynajmniej liczyć na dające schronienie zatoczki. Tak naprawdę to Morze Beringa też jest Pacyfikiem, czy jak kto woli – Oceanem Spokojnym (z tym „spokojnym” to przynajmniej tutaj, mocna przesada), na amerykańskich mapach nazwa „Pacific  Ocean” pojawia się jednak dopiero na południe od Aleutów.


Statek na skale.Dlaczego przejście cieśniny Unalga było tak stresujące? Ogólnie najbardziej „pewną” i bezpieczną cieśniną do przecinania Aleutów, rekomendowaną jachtom, jest Unimak Pass, ale aby do niej dotrzeć musielibyśmy nadłożyć trochę drogi, w dodatku pod wiatr. Najbardziej nam pasująca logistycznie Unalga i sąsiednia Akutan Pass wymagają wstrzelenia się nie tylko w dobre warunki pogodowe, ale także w konkretne godziny pływów, jako że  wiąże się z nimi rozfalowanie i mocny, zmieniający kierunek prąd, w niektórych sytuacjach sięgający nawet 9 węzłów. Krótko mówiąc walczyć z takim prądem jachty takie jak nasz nie mają szans, a jeśli by dodać do tego na przykład niekorzystny wiatr i mgłę, która jest tu dość częstym zjawiskiem, to ogólnie przysłowiowy kanał.

 

Obok: Wbity w skały wrak statku dowodzi, że nie wszystkim udaje się bezpiecznie przejść cieśninę.


Dzisiaj jednak warunki były idealne. Widoczność – rewelacja, wiatr od rufy, należało się jedynie postarać aby w cieśninie znaleźć się o godzinie 17-tej, bo wtedy miał być tzw. slack, czyli moment właściwie bez prądów. Tyle że na tę 17-tą nie zdążyliśmy, gdyż jak zwykle zdarzyło się ileś nieprzewidzianych problemów. Dłużej niż zakładaliśmy zajęło tankowanie paliwa, potem zobaczyliśmy stojącą przy jednym z nabrzeży „Issumę” (jacht kanadyjski, który też wrócił z Przejścia Północno-Zachodniego), a kiedy Zachód słońcapostawiliśmy grota – strzeliła talia (jedna z lin), więc była drobna naprawa, no i w rezultacie u wejścia do cieśniny byliśmy 45 minut po optymalnym czasie, zastanawiając się w którym momencie prąd  zmienia kierunek z tego który nas pcha (czyli z północy na południe) na odwrotny, czyli dla nas przeciwny. Na szczęście nie było źle - prąd był, ale pchający nas, z prędkością 3 węzłów, czyli korzystnie. Tak czy owak jesteśmy już na Pacyfiku i na powitanie mamy piękny zachód słońca!

 

 


Kilka godzin później, po nocnej wachcie


Szkic kobiety z Unalaski.Steruje Amos (nasz samoster), ale ze względu na towarzystwo statków i tak trzeba siedzieć na pokładzie. Właśnie skończyłam wachtę, ale mimo środka nocy zupełnie nie chce mi się spać. Zapomniałam wspomnieć, że rano, zanim wyszliśmy w morze, udało mi się jeszcze zajrzeć do znajdującego się w Dutch Harbour Muzeum Aleutów. Do najcenniejszych jego eksponatów należy pokazany na zdjęciu obok szkic portretu "Kobiety z Oonalashki" wykonany w 1778 roku przez Johna Webbera, artystę Trzeciej (i ostatniej) Wyprawy słynnego kapitana, James`a Cook`a. Cook niedługo później zmarł (na Hawajach), ale i tak w swoim 51-letnim życiu zdążył odkryć mnóstwo nowych na mapie świata lądów. A że nie było w tamtych czasach fotografii, jedną z form dokumentacji były obrazy artystów takich jak wspomniany Webber.

 

Z innych eksponatów zaskoczył mnie m.in. ekwipunek żołnierzy amerykańskich broniących w czasie II wojny światowej Dutch Harbour. W "torbie przetrwania" każdy z nich miał m.in... butelkę z Coca-Colą!

 


* * * * *

 

22 września, 77. dzień wyprawy
W Dutch Harbor (Aleuty)
Bunkier, cerkiew i spotkanie przy zupie rybnej


Bunkier w DHDutch Harbor to miejsce słynne w historii II wojny światowej, jako zbombardowana przez Japończyków amerykańska baza wojskowa (nie mylić z Pearl Harbor na Hawajach). Pozostałością po amerykańskich umocnieniach są liczne w okolicy forty i bunkry. Dzisiaj postanowiliśmy jedno z takich miejsc zobaczyć, wdrapaliśmy się więc na tak zwany Bunker Hill. Bunkier na szczycie owszem jest, w pobliżu – pozostałości po dwóch potężnych działach, do tego trochę zamaskowanych ziemianek, ale przy tym wszystkim – wzgórze to chyba najlepszy widok na miasto i port.

 

Obok: Pozostałości z czasów II wojny światowej na jednym ze wzgórz ponad Dutch Harbor.


Ze wzgórza zeszliśmy drogą prowadzącą przez krzaki malin. Dziwne jednak te tutejsze maliny - zupełnie bez smaku. No i trafiliśmy na prawdziwe drzewa - kilkumetrowe choinki! Pomijając roślinność wokół gorących źródeł w okolicach Nome, to pierwsze drzewa jakie pojawiły się od startu naszej wyprawy u ujściu Mackenzie, czyli dobre 2 miesiące temu!

 

Znaczek tsunami.Kolejnym etapem naszej wycieczki było przejście mostem do części miasta zwanej Unalaska. Stosowne znaki informowały, że to droga ewakuacji na wypadek tsunami. Na aktywnych sejsmicznie Aleutach tsunami to dość częsta sprawa - mieszkańcy są jednak odpowiednio wcześniej ostrzegani, aby mieli czas schronić się na wzgórzach. Średnia to jednak przyjemność być wyrwanym ze snu w środku nocy i przy tutejszej kapryśnej pogodzie być zmuszonym do natychmiastowej ewakuacji.

 

Z ciekawych miejsc poszliśmy zobaczyć tutejszą cerkiew, wybudowaną jeszcze w XIX wieku, chlubiącym się najstarszym w Ameryce ikonostasem (nie widzieliśmy go jednak, bo cerkiew jest otwierana tylko na nabożeństwa). Obok stoi dom wybudowany dla biskupa, który nie dotarł, bo w czasie morskiej podróży do Dutch Harbor... wypadł za burtę. Najciekawsze okazało się jednak dojście do cerkwi, przez niewielki mostek, Idzie ryba.nad rzeką którą akurat "szła ryba". Chodzi o łososie przemieszczające się w górę rzeki na tarło, po którym zresztą kończą żywot. Czegoś takiego w życiu nie widziałam! Łososi tych były setki! Takie ilości, że dosłownie w rzece się nie mieściły!

 

Obok: Te ciemne plamy to wędrujące na tarło łososie.


Ostatecznie wylądowaliśmy w... miejscowej bibliotece. To co podoba mi się w Stanach i w Kanadzie, to właśnie biblioteki. To że jest w nich darmowy internet, to jedno, ale równie ważne, przynajmniej dla mnie, są książki które za kaucją albo wręcz tylko ustną obietnicą oddania, można wziąć do przejrzenia na jacht. Korzystam z tego nałogowo jeśli chodzi o wydawnictwa z informacjami o miejscach w których jesteśmy, czy lokalnymi legendami. Okazuje się że mieszkańcy Aleutów, którzy sami siebie nazywają Unangan, też mają sporo ciekawych opowieści - ich tłumaczenia znajdą się w książce o rejsie, która za jakiś czas powstanie.

Rekordowy halibut.zaprosiliśmy na "Annę" załogę "Muktuka". Börje postanowił ugotować zupę rybną - udała się doskonale, ale nie mogło być inaczej, bo podstawowym jej składnikiem był świeży halibut. Dostaliśmy od Teda, mieszkającego na zacumowanej obok barce rybaka. Ted nie dość że udostępnił nam kran do zatankowania wody i pozwolił na skorzystanie ze swojej pralki i suszarki (dla żeglarzy to naprawdę bezcenna pomoc), to jeszcze obdarował rybą. Ponoć w tym roku połowy halibutów są szczególnie opłacalne - za funt tej ryby (453 gramy) dostaje się w skupie 7-8 dolarów (cena od zeszłego roku skoczyła prawie dwukrotnie), podczas gdy np. dorsz jest wyceniony na zaledwie 40 centów za funt!
Ted pokazywał nam na zdjęciu swoją największą zdobycz. Nie wiem ile te jego trofeum ważyło, ale widziałam mniej więcej podobne zdjęcie z innym halibutem, który uznano za dotychczasowy rekord świata. Tamten ważył 459 funtów (208 kg) i był 31 letnią samicą, a złowiono go na Aleutach w 1996 roku.

 

Z prawej: rekordowy halibut Teda.

 

* * * * *

 

21 września, 76. dzień wyprawy wieczorem
Dutch Harbour (Aleuty)
Kraby i portowe rozrywki


NortherwestDutch Harbour słynie z połowów krabów, które są tutaj największym biznesem, a które (i połowy, i kraby) rozsławiła dodatkowo seria emitowanych na kanale Discovery filmów: „The Deadliest Catch”. Kuter, na którym kręcone były dotychczasowe odcinki stał zresztą tuż obok nas – nazywa się „Northerwestern” (na zdjęciu obok). Z załogą nie rozmawiałam, choć może nie mam co żałować, bo jak twierdzą wszyscy wokoło, chłopcy czując odrobinę sławy, zadzierają mocno nosa.

Sezon na połowy krabów rozpoczyna się 15 października, więc już teraz wszyscy się do niego przygotowują. Dowodem na to stosy wielkich klatek do których wrzuca się przynęty zwabiające łakome krabiska do takiego więzienia. Najbardziej cenione są tak zwane king crabs (kraby królewskie), największe, z ogromnymi odnóżami.

Uznaliśmy wraz z Börje, że skoro już znaleźliśmy się w Dutch Harbour, wypada spróbować słynnych krabów, tym bardziej że jak nam powiedział Wolf, kapitan stojącego w porcie kolejnego, tym razem niemieckiego jachtu „Santa Maria Australis”, trafiliśmy akurat na odbywający się tylko raz w tygodniu słynny tutejszy bufet owoców morza. Bufet nie powiem, słono kosztuje, bo oferuje go restauracja najlepszego w mieście hotelu, ale cóż, raz się żyje… Przy okazji wyszło jak niededukowana jestem w kwestii jedzenia krabów – w sumie do tej pory mój kontakt z tym zwierzęciem ograniczał się do wygrzebanych z puszki paluszków krabowych. Pierwsza próba wbicia specjalnego nożyka do rozcinania twardego pancerza skończyła się ochlapaniem pana przy sąsiednim stoliku fontanną wydzieliny (sosu?) zalegającej we wnętrzu szczypiec do których z uporem chciałam się dostać. Ups! Pan się spojrzał, ja zdobyłam krabysię na uśmiech numer sześć, ale potem sytuacja się powtórzyła i ostatecznie pan zmienił stolik. Przy piątej krabowej nodze nabrałam już wprawy, a ostatecznie stwierdziłam, że chyba kraby lubię. Oczywiście te w tutejszej wersji nijak się mają do smaku tych, które znałam do tej pory.


Poza krabami w ramach specjałów szefa kuchni był też marynowany halibut,  różne odmiany sushi, przyrządzony na surowo tuńczyk, dorsz z dodatkiem marakuji  i inne potrawy, po których byłam już tak obżarta, że nawet na deser nie miałam ochoty (w moim przypadku to naprawdę dziwne).

Mile rozpoczęty wieczór kontynuowaliśmy w pubie, ale już nie hotelowym, tylko takim o którym wiedzieliśmy że jest ulubionym wśród rybaków (Sport Bar). Rzeczywiście, mimo późnej pory (około północy) tłum był całkiem spory, Klientela to głównie rybacy – często tacy z charakterystycznymi brodami, na kilometr widać, że zaprawieni w bojach ludzie morza. Oczywiście po pięciu minutach mieliśmy już koło siebie rozmówców,  którzy nijak nie mogli pojąć, co robimy o tej porze na Morzu Beringa, skoro nie łowimy ryb i nikt nam za to nie płaci. :-)

 

 

* * * * *

 

20 września, 75. dzień wyprawy
W Dutch Harbor (Aleuty)
Już w porcie!


W Dutch HarbourHurra! Dopłynęliśmy! Stoimy w sąsiedztwie rybackich kutrów, szczęśliwi, że nie musimy już walczyć z morzem, wiatrem i jesteśmy bezpieczni. Teraz doprowadzamy do porządku jacht i siebie – po tygodniu non-stop na morzu, w ciężkich warunkach, nie jest to takie łatwe.

Obok: Nasze sąsiedztwo w Dutch Harbor czyli łodzie rybackie.

 

 

 

 

Wieczorem…


Właśnie wróciliśmy z sympatycznej kolacji na stojącym nieopodal „Muktuku” (poznany w Nome jacht austriacki). Alessandra przygotowała lazanię, Karl wyciągnął zapasy hiszpańskiego wina, no i tak to mile minął wieczór. „Muktuk” dopłynął do Dutch Harbor 3 dni wcześniej – zdążyli umknąć przed sztormem.


Dutch Harbour - widokW międzyczasie wreszcie rozszyfrowałam jak to jest z tutejszymi nazwami. Większość osób o tutejszym porcie (na zdjęciu obok) mówi „Dutch Harbor”, podczas gdy na mapach czy w oficjalnych broszurach jest to „Unalaska”. W uproszczeniu przyjmuje się, że znajdująca się na wyspie część portowa to właśnie Dutch Harbor, podczas gdy osiedle gdzie mieszkają „normalni” ludzie, może niezupełnie na lądzie stałym, ale na połączonej mostem wyspie głównej, to Unalaska. Historycznie rzecz biorąc rodowici Unangan (ludzie żyjący na Aleutach) nazywali od dawien dawna swoje osiedle Iliuliuk, zaś wyspę – Agunalaksh, co znaczyło „blisko stałego lądu, kontynentu”.  Kiedy w XVIII wieku pojawili się tu rosyjscy handlarze futrami zarówno w stosunku do wyspy, jak i wioski zaczęli stosować nazwę Ounalshka. Potem, po kupieniu Alaski przez Amerykanów, nastąpiło oficjalne uproszczenie pisowni – od tej pory jest już Unalaska. A skąd Dutch Harbor czyli „Port Holendrów”? A bo na początku XVIII wieku w zatoce zakotwiczył holenderski statek. Później nazwę tę zaczęto stosować powszechnie w stosunku do powstałej tu w latach II wojny światowej amerykańskiej bazy wojskowej. I jeszcze jedno - znawcy angielskiego niech mnie nie poprawiają, że piszę "harbor" a nie "harboUr" (z "u" w środku). Poprawna jest właśnie nazwa Dutch Harbor, bez "U".   




* * * * * *

 

20 września, rano.
Na podejściu do Dutch Harbour
Ładnie tu!


Na wejściu do Dutch HarborAleuty urzekły mnie od pierwszego momentu. Ich górzyste brzegi, które zobaczyłam jak tylko zrobiło się widno, są naprawdę niesamowite! Wielkie, z imponującymi klifami i porosłymi zieloną trawą zboczami, choć w dali są też ośnieżone, bardziej ostre szczyty. Morze do końca nam nie odpuszcza – w dali mamy góry lądowe, w najbliższym otoczeniu – góry wody. Wiatr 35 węzłów, czyli tylko nieznacznie słabszy, wciąż sztormowy. Ale co tam – teraz żyjemy już tylko wizją tego, że za godzinę, dwie, będziemy w porcie!



20 września, w nocy
Morze Beringa
Wiatr 40 węzłów!


W czasie sztormu.Wiatr osiągnął siłę 40 węzłów – to wciąż mniej niż w sztormie na Czukotce, więc uznaliśmy że ok, sztorm sztormem, ale wachtujemy w pojedynkę, aby druga osoba miała możliwość odpoczynku. Trudno  to nazwać rzeczywiście pospaniem, bo przechyły i uderzenia fal co i rusz powodują pobudkę, ale lepsze to niż nic. Pod pokładem – pieprznik totalny, ale byle do portu, a tam wszystko posprzątamy.  Jestem wściekła, bo przyrządziła sobie pyszny liofilzat: kurczak w curry, ale niestety nie utrzymałam go w swoim żołądku, wrócił lądując za burtą. Jedyne co mi się przyjmuje to słone krakersy popijane mineralką otrzymaną od rosyjskich pograniczników (ciągle mamy zapasy prowiantu, jaki nam dali – jedyny plus całej tamtejszej akcji). Co do choroby morskiej to Börje dla odmiany walczył o strawienie swojej ulubionej zupki chińskiej, ale też poległ… Cóż, ludzka rzecz. Większość żeglarzy zgrywających wielkich wilków morskich i zapewniających w barowych opowieściach że nie chorują, tak naprawdę miewają tego typu problemy, tylko się do nich nie przyznają. Tymczasem nawet Chichester, jeden z największych kapitanów w historii  żeglarstwa, przy opływaniu Hornu miał tego typu przypadłości. Krążący nad nim helikopter z filmowcami miał ponoć niezły  orzech do zgryzienia, jak pokazać słynnego żeglarza tak by nie umniejszyć jego chwały prozaicznymi scenkami  :-).



* * * * *


19 września, 74. dzień wyprawy,  o trzeciej w nocy
sam środek południowej części Morza Beringa
pozycja na godz. 0230: 57 st. 12`N, 169 st. 38`W
Sztormowy koncert


Borje na sztormowej wachcie.Szczerze mówiąc to liczyliśmy że może jakoś ominiemy ten niż i zarazem sztorm. Wczoraj wieczorem, wyjątkowo niecierpliwie czekaliśmy na prognozę pogody, jaką wieczorami przesyła nam Wojtek. Kiedy nadeszła czytaliśmy z biciem serca, w duchu licząc, że przeczytamy że sztorm się „rozmył”. Ale nie – z smsu wynikało że główne uderzenie przyjdzie w nocy, że jest oficjalne ostrzeżenie o sztormie i że do środy-czwartku wciąż będzie wiało 35 węzłów, z falą o wysokości 5 metrów.

 

Obok: Borje na sztormowej wachcie.


Płyniemy 6-7 knotów, pod samymi żaglami (z czego grot zarefowany, fok na wpół zwinięty). Kurs – dokładnie na południe, co potwierdza świecący za rufą gwiazdozbiór Wielkiego Wozu (w niektórych krajach zwany „Wielkim Rondlem”) i Gwiazda Polarna.


Przesiedziałam na pokładzie bitą godzinę, nic nie robiąc, jedynie obserwując morze. I - słuchając… Wiatr świszcze, gwiżdże  i wyje, morze bulgocze, wręcz kipi  i ryczy, a jacht mu wtóruje najrozmaitszymi dźwiękami – jękami, stukaniem, łoskotem, świstami, a nawet świergotem. Całość tworzy istną orkiestrę wygrywającą sztormową symfonię. Brzmi groźnie, ale coś w tym jest. Podobnie wypiętrzające się z wody ciemne góry wody wyglądają złowieszczo, a zarazem hipnotyzująco pięknie. Przesuwają się z gracją, srebrząc się w blasku jasno świecącej połówki księżyca, tutaj zawieszonej inaczej niż u nas. Fale są wielkie, dodatkowo ozdobione białymi grzebieniami. Wiele z nich wygląda naprawdę strasznie, ale gdy tylko dojdą do jachtu biorą go na siebie z elegancją przesuwając. Czasem jednak pojawia się jakaś odosobniona góra wody, większa od innych, z furią waląca w nasz kadłub i wtedy raptownie się Chlapie!przechylamy, nasz bom zanurza się w wodzie, a na pokład wchodzi nawałnica wody. Właśnie kilka minut temu jedna z takich fal znowu w nas walnęła – zdążyłam wskoczyć pod osłoniętą owiewką nadbudówkę. Myślałam że zmiecie nasz daszek, ale przewaliła się tylko przez cały jacht  i wróciła do oceanu.


Trzeba przyznać że „Anna” radzi sobie z krótką, mającą złą sławę falą Morza Beringa nad wyraz dobrze. To naprawdę mocny jacht – specjalna konstrukcja płatów stali sprawia, że kadłub jest naprawdę  bardzo mocny, a dzięki nie dużej wielkości, zachowuje się na wodzie jak korek od butelki, sprawnie wspinając się na szczyty tych fal i zgrabnie z nich zjeżdżając. Do tego to wyjątkowo suchy jacht – nie ma żadnych przecieków, a odkąd w Nome Börje kupił nowy akumulator, nie mamy już problemów z ładowaniem. Jedyne co nas zawiodło – od dzisiaj, to webasto, czyli ogrzewanie. Podczas jazdy na silniku nie ma problemu, ciepło idzie od silnika, no ale przy tym wiatrzysku jaki mamy, idziemy na samych żaglach. Na szczęście w przeciwieństwie do sztormu na Czukotce, tu jest jednak dużo cieplej.


Trochę zaskoczyło mnie towarzystwo ptaków. Nawet w nocy! Że też im się chce latać na takich dystansach -  do najbliższego lądu dzieli nas jakieś 150 mil (280 km). Większość z nich to mewy, ale są też i takie inne, czarne, od mew nieco mniejsze. Pewnie ściągają ich tu ryby – podobnie jak i na Morzu Czukockim przed Wyspą Wrangla także i tu musi być ich tu szczególnie dużo, skoro nawet nasza echosonda pokazuje ich ławice (gdzie indziej tego nie robi).


A tymczasem koniec pisania bo pojawiły się światła statków. Trzech! Trzeba uważać, bo jesteśmy na terenach łowisk. Dziwne – Börje na swoich wachtach nie spotyka statków, wszystkie „uatrakcyjniają” moje wachty.  :-)

 

Rano
Morze Beringa,
Pozycja na godz. 0840: 56 st. 21`N, 166 st. 24`W
Sztormowy poranek


Jeśli ktoś mi powie że mam super wakacje, to wezmę go za niespełna rozumu. To naprawdę nienormalne, że po co najwyżej 3,5 godzinach snu (choć rzadko wychodzi aż tyle) wstawać  często w środku nocy, walcząc z przeciążeniami wynikającymi z przechyłów na fali zakładać przesiąkniętę solą morską ciuchy i wychodzić na wachtę na pokład na którym dmucha i buja do potęgi, nie mówiąc o mgle, deszczu i fali, która może nas zmoczyć od  stóp do głów.


Sztorm na Beringu.Ale tak naprawdę to albo nie jest wcale tak źle, jak miało być, albo się przyzwyczailiśmy do sztormowych warunków. Przestaliśmy już myśleć, że jesteśmy na jednym z najbardziej niebezpiecznych mórz świata. W każdym razie lęk przeistoczył się w uczucie normalności – jest jak jest, a jak dobrze pójdzie i GPS nie kłamie, to jutro przed południem mamy szansę być w porcie. Póki co idę zrobić sobie „gorący kubek”. Dziś mnie naszło na polski, czerwony barszczyk którego przywiozłam z Polski liczne zasoby, a Börje akurat za tą zupą nie przepada.


Na pokładzie kakofonia dźwięków, a pod pokładem spokój i cisza. Choć z tą ciszą to nie do końca, bo przerywa ją tłuczenie się najrozmaitszych sprzętów, no i uderzenia fal. Do większości takich hałasów można się przyzwyczaić, ale od czasu do czasu nagle pojawiają się nowe, które po prostu wkurzają. Tak było z szafką, w której Börje trzyma różne techniczne szpargały, a której zamek raczył się zepsuć wczorajszej nocy. Początkowo próbowałam go naprawić, ale bez sukcesu, potem po prostu trzymałam drzwi szafki, ale w końcu uznałam, że przez głupie drzwiczki nie będę siedzieć na wachcie pod pokładem, bo wypatrywanie statków by się z nimi nie zderzyć, jest od drzwiczek jednak ważniejsze. W końcu obudził się Börje, nieco zły że nie umiem zamknąć zwykłej szafki, ale okazało się że on też nie umie. Ostatecznie szafkę zakleiliśmy taśmą klejącą. Ciekawe co zacznie się tłuc w następnej kolejności? 

 

Około 18-tej
Zaczyna się walka


Morze dopiero teraz na dobre się rozkręca i pokazuje swoją moc. Płyniemy pełnym baksztagiem 7-8 węzłów ścigając się z teraz już naprawdę wielkimi falami. Zanosi się na naprawdę ciężką noc. Na dodatek rzucająca nami na wszystkie strony fala, sprawiająca wrażenie, jakbyśmy byli w jakimś morskim roller-coasterze odebrała nam apetyt do jedzenia, a wręcz lekkie stadium choroby morskiej. Oczywiście nie najlepsze samopoczucie nie ma wpływu na nasze funkcjonowanie – wachty pełnimy normalnie. Cóż, sztormowe warunki nie pozwalają na roztkliwianie się nad samym sobą, a zresztą jednym z najlepszych lekarstw na chorobę morską jest czymś się zająć.

 

*  * * * *


18 września, 73. dzień wyprawy, w nocy
południowa część Morza Beringa
Ostrzeżenie przed sztormem


Hanna wysyła spota.Po nieudanej próbie „zdobycia” wyspy, która przywitała nas mielizną, dla wyleczenia kaca rozczarowania postanowiliśmy zahaczyć o Pribilof Island, a dokładniej należącą do nich Wyspę św. Pawła (obok jest jeszcze Wyspa św. Jerzego). To takie malutkie wysepki pośrodku Mora Beringa ciekawe ze względu na swoich mieszkańców (czystej krwi Aleuci, już inna grupa niż Eskimosi) i największą w świecie populację fok. Niestety, jakieś fatum nad nami wisi. Ledwie wyznaczyliśmy waypointy i kurs, a tu przyszedł sms z prognozą od Wojtka. Przyznaję: trochę nas zmroziło: ostrzeżenie przed sztormem, wiatr 35 węzłów, fale 5 metrów (15 stóp), co na tutejszym akwenie nie wygląda dobrze. Na dodatek nie ma nawet gdzie uciec, bo gdzie by nie zwiewać, i tak nas sztormisko dopadnie, a wioska na północy wyspy odpada, bo raz że jest wystawiona na wiatr, dwa – może okazać się że długo się z niej nie wydostaniemy i moje bilety do Europy diabli wezmą. W pierwszej chwili Börje postanowił płynąć na wschód gdzie ma znajomego myśliwego, ale tam też sytuacja pogodowa nie wygląda wcale lepiej. Ostatecznie stanęło na wersji środka, czyli ani na wschód, ani na Wyspę św.Pawła. Aktualnym celem stało się Dutch Harbour na Aleutach. Kawał drogi (jakieś 300 mil), przez sam środek morza mającego wyjątkowo złą sławę, ale nie ma wyboru…

 

Powyżej: Nasza jachtowa maskotka, owieczka Hanna, za pośrednictwem spota (to pomarańczowe urządzonko) wysyła pozycję na stronę internetową wyprawy.


W tej sytuacji wzięłam się za czytanie Locji Admiralicji Brytyjskiej, a dokładniej opisu podejścia do Dutch Harbour. I co czytam?  Miejsce występowania anomalii magnetycznych… Ok, mało istotne. Występują „overfalls”… - do cholery, co to znaczy „overfalls”? Borje też nie wie… Napisali że „są niebezpieczne, nawet jeśli nie ma wiatru lub fali” i że „sterowanie jest bardzo trudne”. Potem przyszła kolej na prądy wywołane pływami:  przy przypływie 6 węzłów, przy odpływie ponad 5, ale czasem zdarzają się i po 9 węzłów! To jednak w cieśninie, której nie będziemy teraz zaliczać, tyle że piszą,  że daje się to odczuć nawet 20 mil od brzegu! Punkt „widoczność” – ostrzegają że statystycznie najgorsza na całej Alasce… Nic pocieszającego… Naprawdę słabo zrobiło mi się jak doszłam do „Dutch Harbour  jest miejscem porywistych „williwawas” [chodzi o rodzaj wiatru] osiągających prędkość 150 węzłów”. Sto pięćdziesiąt węzłów? Sprawdziłam kilka razy czy mi się nie przewidziało.! I to węzłów, nie kilometrów, czyli 280 km na godzinę! O Boże, mam nadzieję, że nie będą wiały jak my tam będziemy.

 

 

Kilka godzin później, o poranku
Pozycja na godz. 0850: 58 st. 34`N, 166 st. 12`W
Czarne chmury


Krwawy wschód.Niby ładny poranek, ale jest w nim coś złowieszczego. Po lewej burcie mam piękny wschód słońca – tak piękny że aż groźny. Po części czarne już niebo przeszywa czerwona błyskawica, bo to taki krwisty wschód przebijający się przez ciemne, kłębiaste chmury które nic dobrego nie wróżą. Tymczasem według GPSa do Dutch Harbor mamy jeszcze 51 godzin płynięcia – dwie doby z hakiem. Czuję że może być naprawdę ciężko. Nie powiem – trochę się boję. Niby to już końcówka, luzik, a tymczasem taka niemiła niespodzianka. Póki co, mając na uwadze doświadczenia z Czukotki (tamtejszy sztorm) staramy się maksymalnie przygotować jacht do sztormowania. Przed chwilą obeszłam pokład aby sprawdzić czy nie ma jakiś źle sklarowanych lin, które mogłyby wypaść za burtę i wkręcić się nam w śrubę. Börje profilaktycznie wymienił filtr w silniku, bo po walce na mieliźnie mógłby zawieść w najbardziej potrzebnym momencie. Zaraz zabiorę się za klarowanie kambuza i mesy, bo nic tak nie wkurza jak rozmaite rzeczy wypadające z przeróżnych półek i szafek. Mam nadzieję że może nie będzie wcale tak źle jak podsuwa mi wyobraźnia (cóż, Morze Beringa ma bardzo złą sławę), ale jak się to mówi, „strzeżonego Pan Bóg strzeże”.


Co tam widać na horyzoncie?A tak w ogóle, to na „dobry początek” wysiadł autopilot. Kaput kompletne. Coś tam nawaliło z elektroniką. Teraz nadzieja jeszcze tylko w Amosie (samoster) , a jak nie, bo z nim też jest róznie, trzeba będzie sterować ręcznie. Ostatniej nocy tak właśnie było, bo nic nie wiało (cisza przed burzą?) więc Amos uznał że należy mu się wolne… Börje  narzekał że wynudził się przy tym sterowaniu jak mops, ja na szczęście mam swoje audiobooki. Jestem na etapie słuchania „Diabeł ubiera się u Prady”. W samolocie oglądałam film, więc teraz mogę porównać jak ta bardzo życiowa komedia wygląda w oryginalnej, książkowej wersji. Dobra odskocznia od myślenia o sztomie.  :-)

 

Powyżej: Co tam widać na horyzoncie?



Po południu…


Zaczęło się. Barometr spada, wiatr się wzmaga (zarefowaliśmy grota), fala też całkiem, całkiem, z białymi grzywami. Ale póki co nie jest źle. Po prostu – oby gorzej nie było…


* * * * *


17 września, 72. dzień wyprawy, przed południem
Koło wschodnich wybrzeży wyspy Nunivak
Pozycja na godz. 1120: 59 st. 57`N, 165 st. 31`W
Fruwający gość


Fruwający gość.Wczoraj, jeszcze zanim zapadł zmrok,  mieliśmy gościa. Pojawił się maleńki ptaszek, na tyle zmęczony lotem (może był wcześniej, ale go nie widzieliśmy?), że wfrunął do środka jachtu i usiadł sobie na wiszącej pośrodku mesy lampie naftowej. Oczywiście został nakarmiony okruszkami amerykańskiego chleba, a jak już podjadł, to zabrał się i poleciał w siną, a raczej mroczną już dal.

 

Obok: Nasz mały, latający gość.


Trochę siadły nam nastroje. Taki kryzys, którego doświadczają wszystkie załogi dłuższych rejsów. Wcale nie łatwo spędzić tyle tygodni na małej łódce. Na dodatek nikt chyba nie lubi jak mu nie wychodzi to, co sobie zaplanował. Teraz na przykład mieliśmy wejść do miejscowości Mekoryuk na północnym brzegu wyspy Nunivak, której brzegi mamy aktualnie po prawej burcie (Mekoryuk to jedyne zamieszkałe miejsce na wyspie), ale choć byliśmy już dosłownie tuż obok, musieliśmy zrezygnować z pomysłu. Fok i grot - dwa żagle, dwa trójkąty.Powód? Dostaliśmy od Wojtka prognozy pogody i układ wiatrów uświadomił nas że z tym porcikiem to dość ryzykowny pomysł, bo potem silny, północny wiatr może nas w nim za bardzo przetrzymać i spóźnię się na samolot. Drugi problem stanowiło to, że byliśmy przy wiosce (widzieliśmy już nawet jej światła) około pierwszej w nocy, po ciemku woleliśmy nie ryzykować wejścia (mapy które mamy nie pokazują w tym miejscu głębokości), a czekając do 8-mej rano kiedy dopiero robi się widno, stracilibyśmy mnóstwo czasu. Finał był taki, że z żalem, ale zmieniliśmy kurs i płyniemy dalej na południe. Żałuję o tyle, że ta wioska to miejsce zamieszkałe przez Eskimosów (w sumie jakieś 200 osób) zajmujących się głównie hodowlą reniferów, więc byłaby szansa na ciekawe informacje.

 

Na zdjęciu powyżej, po prawej: Fok i grot - dwa żagle, dwa trójkąty.


Na domiar złego jeszcze ta pogoda – mgła, że bez radaru ani rusz (widoczność może na 50 metrów) i wkurzająca mżawka. Aktualnie steruje Amos (samoster), ale w nocy musiałam spędzić przy nim dwie godziny aby należycie go ustawić, a jeszcze wcześniej i tak sterowałam ręcznie. Wygląda na to że „Anna” wcale nie chce płynąć na południe  :-).

 

 

Wieczorem
Pozycja na 1920: 59 st. 39`N, 165 st. 48`W
Mielizna z adrenaliną


Mieliśmy trochę mocnych wrażeń! Ponieważ nie stanęliśmy na północy wyspy Nunivak, a Börje doszedł do wniosku, że mimo wszystko czas trochę odpocząć i się wyspać (podejrzewam że jeszcze w międzyczasie chciał połowić ryby, ale o tym już nie mówił, bo wie, że w tej dziedzinie nie podzielam jego entuzjazmu), był więc plan aby wejść do ładnie na mapie wyglądającej zatoczki na południowym wybrzeżu wyspy. Problem w tym, że w tym miejscu mapy również nie podają głębokości. Niestety, choć zakładaliśmy że może być płytko, nie przypuszczaliśmy że aż tak! Poza tym dopiero później okazało się, że poza płyciznami są też wystające spod wody głazy. Wprawdzie po spływie Mackenzie doświadczenie we wchodzeniu i schodzeniu z mielizn mamy, ale tym razem sprawa wyglądała dużo poważniej niż na wymienionej kanadyjskiej rzece.


Na mieliźnie.Tak czy owak stało się! Poczuliśmy głuche tąpnięcie, jacht się przechylił i wiedzieliśmy że „siedzimy”. Tyle że tym razem mielizna była naprawdę poważna. Walczyliśmy  o każdy centymetr, bo siedzieliśmy kilem w piaszczystym dnie bardzo solidnie, a fala i prąd spychały nas na kamienie i coraz bliższe, spienione fale przyboju. W końcu Börje odczepił bom foka i postanowił się przy jego pomocy odepchnąć. Nagle… To był moment, a ja myślałam że dostanę ataku serca! No więc nagle zobaczyłam Börje za burtą, zwisającego na rękach na dziobowym relingu! Okazało się że ratował bom, który wypadł mu z rąk! Oczywiście zaraz przy nim byłam. Dawno nie byłam tak przestraszona, a zarazem szczęśliwa kiedy Börje znowu stanął na pokładzie.

 

Obok: Borje odpychający się bomem od mielizny. Za kilka sekund wyląduje za burtą.


Walka z mielizna trwała z półtorej godziny. Trochę liczyliśmy na przypływu który właśnie się rozpoczął, choć równocześnie powodował też niekorzystny dla nas prąd i znoszenie nas na skały. W końcu kiedy już niemal straciliśmy nadzieję, że się z tego feralnego miejsca wydostaniemy, nagle nasza echosonda zamiast piskliwego alarmu informującego że mamy głębokość 0.0, pokazała najpierw 1,5 m, potem1,6, 1,7 i coraz więcej.  Uff! Z ulgą odetchnęliśmy, ale do kolejnej zatoczki już wchodzić nie chcieliśmy.

 

* * * * *



16 września, 71. dzień wyprawy, na wachcie w środku nocy
Morze Beringa
Pozycja na godz. 0120: 62 st. 06`N, 166 st. 08`W
Eskimoskie legendy


Przy ładnej pogodzie na Morzu Beringa.Znowu pomaga nam samoster. Całkiem dobrze sobie radzi, dzięki czemu mogłam wynieść na pokład swojego ACERka (laptop) i uzupełniać bloga. Fajne takie pisanie mając nad sobą Gwiazdę Polarną i jasną kulę księżyca, Wielka szkoda tylko, że nie udało nam się w tym roku zobaczyć zorzy polarnej. Rok temu kolorowe smugi na niebie pojawiały się dość często, ale widocznie teraz nie ma na Słońcu żadnych magnetycznych burz (bo to one wywołują zorze). Teraz jesteśmy już raczej za nisko (mam na myśli szerokość geograficzną), choć w czasie rejsu na „Solanusie” widziałam zorzę jeszcze na dopływaniu do Nome. Z efektów świetlnych mamy tylko fosforyzujący plankton wokół prującego wodę kadłuba, ale to akurat żadna rewelacja, bo coś takiego można zauważyć w najprzeróżniejszych morzach, także tropikalnych.

 

Na zdjęciu obok: "Anna" prująca fale Morza Beringa.


Skoro się nic nie dzieje, to potłumaczyłam sobie eskimoskie opowieści, takie jakie miejscowe matki opowiadają dzieciom przed snem. Oto w miarę dokładny ich przekład, pokazujący eskimoską mentalność:

 

 


Opowieść o starej Kigtak


Pewnej bardzo ciężkiej zimy, kiedy wszystkim dokuczał głód, mieszkańcy wioski postanowili przenieść się w nowe miejsce, gdzie było więcej zwierzyny, na którą można było polować. Arfek, Eskimos mający na utrzymaniu rodzinę wiedział, co to oznacza:  musiał zostawić swoją starą teściową o imieniu Kigtak. Zostawił ją na dryfującej krze, wiedząc że dla starej, na pół ślepej kobiety, nie mającej nawet wystarczająco ciepłych ubrań, oznacza to nieuchronną śmierć.


Już z daleka Arfek widział  jak stara Kigtak, wpada do wody, próbuje płynąć, rozpaczliwie jeszcze chcąc uratować swoje życie, wiedział jednak że nie ma wyboru. Nie mógł jej zabrać na swoim zaprzęgu, bo miał tylko dwa psy i nawet on i jego żona nie mogli jechać, bo musieli pchać sanie. Nie mogli też do starej Kigtak wrócić z nowego obozu, bowiem było to za daleko, a jeśli chcieli upolować wynurzające się spod lodu foki, musieli być przy zrobionych przeręblach wcześnie rano. Arfek wiedział, że nie może pozwolić aby jego żona i dzieci umarły z głodu – to o nich musiał myśleć w pierwszej kolejności, a stara Kigtak i tak już była na progu śmierci.


Nikt z nas nie może życzyć śmierci ani niczego złego starym ludziom, ponieważ my sami kiedyś będziemy starzy. Mamy taki zwyczaj [„my”, czyli Eskimosi, bo to ich opowieść], ,że starzy ludzie którzy nie mogą już więcej pracować, powinni sami pomóc śmierci, aby ich zabrała. Stara Kigtak wiedziała o tym, zostawiona sama sobie na lodzie. Wiedziała że jest już bezużyteczna i że nie może więcej pracować, dlaczego więc miała uzależniać od siebie swoje dzieci?


Nie chodzi o to, że mamy złe i  twarde serca, ale o to że warunki życia tutaj [na Północy] są bardzo ciężkie . Dlatego aby przetrwać pośród lodów i śniegu czasami musimy pozbyć się żalu i litości.

Eskimoskie dziecko.Smutna opowieść, skłaniająca do refleksji… A swoją drogą, to teraz już rozumiem co u Eskimosów oznacza „zostawić kogoś na lodzie”, tutaj w pojęciu baaardzo dosłownym… No a teraz jeszcze bajka, może nieco koszmarna bo ze szczęśliwym zakończeniem:

 

Po lewej: W obecnych czasach eskimoskie maluchy tak naprawdę wolą bajki Disneya od tradycyjnych bajek swoich babć.



Opowieść o niedźwiedziu co ludzi połykał

Dawno, dawno temu żył Wielki Niedźwiedź, który polował na ludzi, a potem się nimi żywił. Niedźwiedź był tak wieki, że bez problemu mógł przełknąć człowieka w całości. Jeśli więc ludzie w międzyczasie nie umarli ze strachu, umierali w jego wnętrzu.

Nie było przed bestią ratunku. Niedźwiedź atakował w biegu, a jeśli nawet udało się komuś schronić w jamie, przez której otwór zwierz  nie mógł się prześlizgnąć, wygrzebywał nieszczęśnika patykiem, niczym wykałaczką.


Nikt nie wiedział jak bestii zaradzić, aż pojawił się dzielny Angatok, który pozwolił aby niedźwiedź go połknął. Kiedy tylko prześlizgnął się w dół przez jego gardło i wpadł do ogromnego żołądka, Angatok wyciągnął swój nóż i przeciął nim od wnętrza żołądek zwierzęcia, tym samym zabijając wielką bestię.


Po tym jak już wyciął sobie wrota w niedźwiedzim brzuchu, Angatok uratował też wszystkich którzy byli zjedzeni wcześniej, a wciąż jeszcze żyli. Jeszcze długi czas ludzie żyli posilając się niedźwiedzim mięsem. Tak właśnie jest w życiu: przez chwilę jest z ciebie  olbrzym którego wszyscy się boją, zaraz potem stajesz się pożywieniem dla innych.


Jeśli kogoś interesują eskimoskie / inuickie legendy, to po powrocie do kraju obiecuję potłumaczyć ich więcej umieszczając na tej stronie w zakładce „O Arktyce”. Co ciekawsze z nich znajdą się też w książce, która powstanie po rejsie.

 



*  * * * *


15 września, 70. dzień wyprawy, wieczorem
Morze Beringa
Jachtowa dieta


Piwko na pokładzie.Żadne rewelacje w życiu jachtowym się nie wydarzyły. Płyniemy całkiem ładnie – 6 węzłów z postawionymi wszystkimi żaglami,  no i wyraźnie daje się odczuć że spadamy na południe, bo jest odczuwalnie cieplej (wytrzymuję bez rękawiczek). Dookoła pustka – żadnego lądu, żadnych statków, tylko morze. Trochę dla zabicia czasu upiekłam ciasteczka z masła orzechowego (to chyba jedyna forma w jakiej mogę przyswoić tę maź uważaną w USA i Kanadzie za wielki przysmak). Ciasteczka znikają w szybkim tempie, bo są naprawdę niezłe. Jak tak dalej pójdzie to z karibu przeistoczymy się w renifery (chodzi o tę opisywaną dwa dni temu różnicę, że to ten sam gatunek, ale karibu są smukłe, a renifery bardziej ciężkie, tłuste). W ramach dogadzania sobie, w międzyczasie Börje zrobił gar pop-cornu i wypiliśmy sobie po rosyjskim piwku (na zdjęciu obok). Jakieś przyjemności w tym arktycznym żeglowaniu musza być  :-).





16 września, rano
Morze Beringa, trawers Przylądka Romanzof
Pozycja na godz 0950: 61 st. 48`N, 166 st. 39`W
Łodzią podwodną pod Biegunem!


Przylądek Romanzof.Muszę sprawdzić kim był pan Romanzof (pisownia brytyjska).Niewątpliwie to jakiś Rosjanin zasłużony albo w polityce Alaski albo w tutejszych odkryciach. Właśnie mijamy od wschodu przylądek nazwany jego imieniem. Jesteśmy oddaleni o około 12 mil, ale nawet z tej odległości wielkie klify wyrastające z wody na wysokość 373 m (wiem, bo w mądrych książkach tak piszą :-)  ) robią należyte wrażenie.

 

Obok: Wschód słońca nad Przylądkiem Romanzof.


Przy okazji szukania w Locji Admiralicji Brytyjskiej informacji o panu Romanzofie (bez efektów), jak również sprawdzania możliwości zakotwiczenia gdzieś w okolicy, bo mamy przeciwny wiatr który ma się jeszcze przez dwa dni utrzymać, znalazłam fajną ciekawostke. Chodzi o pierwsze przejście z Pacyfiku na Atlantyk via Biegun Północny. Dokonała tego  w 1958  roku amerykańska łódź podwodna „Nautilus”. Wyruszyła 29 lipca przez Cieśninę Beringa, przeszła przez Morze Czukockie jakieś 220 mil na wschód od rosyjskiej Wyspy Wrangla i idąc w zanurzeniu  3 sierpnia była pod biegunem raportując głębokość 4087 m (!) i pokrywę lodu pod biegunem grubości 7,6 m. Potem od bieguna jankescy podwodniacy przeszli na wschód od Grenlandii i  ostatecznie dotarli do Portland w Anglii. Niezła „wycieczka”, tylko co z tego, jak nic w takich głębinach nie widać.  :-)

 

 

* * * * *

 

14 września, 69. dzień wyprawy, po południu
Morze Beringa, po wyjściu z Teller
Pozycja na godz. 1750: 64 st. 54`N, 166 st. 38`W
Kurs na południe


Praca przy żaglach.Poranne podniesienie kotwicy było równoznaczne z pożegnaniem z arktyczną Północą. Od tej pory płyniemy już zdecydowanie na południe. Trochę nam żal, zresztą Börje cały czas zastanawia się czy nie zawrócić, bo okolice Teller tak mu się spodobały, że stwierdził, że mógłby tu zostać na zimowanie.
Trochę jesteśmy źli, bo prognozy pogody nijak się nie sprawdzają, w związku z czym wleczemy się dużo wolniej niż zakładaliśmy. Rano wiatru w ogóle nie było (a zapowiadano 20 węzły), teraz już wieje, ale zamiast wschodniego jest południowy, czyli mamy pod wiatr.

Obok: Czas postawić żagle!


Płyniemy blisko brzegu, tak więc możemy sobie popatrzeć jeszcze trochę na góry Alaski. Aż trudno uwierzyć, jak różne kształty i kolory mają – od szarych, iście „księżycowych”, przez gołe, czerwonawe pagóry, po szczyty typu alpejskiego. My oglądamy góry, ale i my sami również jesteśmy oglądani. Właśnie przed chwilą przeleciał nad nami mały samolocik, którego  pilot zapewne chciał nam się przyjrzeć. Wyczytałam w materiałach o Alasce, że co 58 osoba z mieszkańców Alaski ma licencję pilota samolotowego, a jeden samolot przypada na 59 mieszkańców. Nic dziwnego skoro tu takie wielkie przestrzenie. Obszar stanu Alaska to 937 tys. km kw (prawie trzy razy tyle co Polska)., a powierzchnię tę  zamieszkuje zaledwie  niecałe 700 tys. osób.


Port Clarnence.Po drodze, na długiej mierzei, widzieliśmy kilka budynków na mapie widniejących jako Port Clarence (na zdjęciu obok). Wbrew nazwie nie jest to żaden wielki port. W latach 60. XIX wieku spędzili tu długą i ciężką zimę pracownicy Western Union, funkcjonującej do teraz firmy, która wówczas postanowiła zrealizować projekt wymyślony przez Juliusza Verne, w ramach którego cała kula ziemska miała być otoczona linią telegraficzną. Po kilku nieudanych próbach w połączenia Ameryki i Europy podwodnym kablem położonym pod Oceanem Atlantyckim, wymyślono że może łatwiej będzie zrobić połączenie via Rosja, czyli przez Alaskę i Czukotkę które oddziela jedynie wąska Cieśnina Beringa. W tamtych czasach  były to tereny zupełnie dzikie i niezbadane, nawet żadnych map ichniejszego interioru nie było. Tak czy owak w ramach projektu jedna z ekip mających stawiać telegraficzne słupy została wysłana właśnie w okolice Port Clarence. Czterdziestu ludzi pracowało wytrwale, w zupełnym odcięciu od świata, bo po tym jak statek z zaopatrzeniem odpłynął jesienią na południe, zostali zupełnie sami, jak się okazało – bez odpowiedniej odzieży, wystarczająco mocnych namiotów i bez dostatecznej ilości jedzenia (nie wiem czy z tego powodu, ale dwie osoby w trakcie tej fatalnej zimy zmarły). W kwietniu 1867 roku kiedy skończyły się ostatnie zapasy prowiantu, szef ekipy dał im polecenie zaprzestania prac na rzecz zajęcia się polowaniami i łowieniem ryb, tak by przetrwać do lata. 28 czerwca przypłynął wreszcie statek z zaopatrzeniem i informacją, że.. mają się zbierać, bo transoceaniczny kabel telegraficzny został jednak pod Atlantykiem położony, a projekt przy którym pracowali od kilku miesięcy jest już anulowany, tylko że nie było jak ich powiadomić. Krótko mówiąc chłopcy wykonali kawał solidnej, nikomu niepotrzebnej roboty. Ale że nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło – bystry szef zorientował się w międzyczasie, że miejscowe potoki zasobne są w złoto. Po 30 latach wrócił i… stał się jednym z pierwszych milionerów którzy rzeczywiście dorobili się na złocie Półwyspu Seward (Nome i okolice).



* * * * *

 

13 września, 68.  dzień wyprawy
postój w Telller
Pozycja: 65 st. 16`N, 166 st. 21`W
Tu, gdzie wylądowała „Wielka Latająca Foka”


Gdzie wylądował NorgePraktycznie cały dzień spędziliśmy w Teller – eskimoskiej wiosce położonej między dwiema zatokami. Przez jakiś czas był z nami jeszcze Igor, ale potem załapał się na stopa z niemieckimi turystami (do Telller można dojechać z Nome drogą), więc znowu zostaliśmy sami. Mieszkańcy mówili nam, że jesteśmy pierwszym jachtem w historii wioski! Dziwne, bo jej położenie z punktu widzenia jachtów jest wprost idealne – zajmuje otoczony pagórkami cypelek dając dobry port schronienia. Jedyny minus stanowi fakt, że to jednak na uboczu, a jachty robiące North West Passage zawsze się spieszą, aby uniknąć zamknięcia przez lody czy nie dać się złapać przez jesienne sztormy.


Nam Teller też nie było po drodze – aby tu zawinąć musieliśmy zboczyć dość sporo na północ. Jeden ze znajomych Börje przysłał nawet satelitarnego smsa z troskliwym pytaniem czy się nie pomyliliśmy i czy wszystko w porządku? Mnie do Teller ciągnęły dwa powody: chciałam zobaczyć wioskę typowych Eskimosów, a poza tym interesowało mnie jak wygląda miejsce, w którym po locie nad biegunem wylądował pilotowany przez Amundsena sterowiec „Norge” (bo Amundsen był nie tylko żeglarzem, ale też pilotem samolotów i sterowców). Chodzi o zorganizowaną w 1926 roku wyprawę, w trakcie której Roald Anna na kotwicy w Teller.Amundsen, amerykański finansista Lincoln Ellsworth i włoski inżynier aeronautyki Umberto Nobile plus 13 innych osób załogi, zrobili pionierski lot ponad Biegunem Północnym. Dokonali tego na zaprojektowanym przez Nobile sterowcu „Norge” startując ze Spitzbergenu i dwa dni później lądując na Alasce. Po drodze, 15 godzin po starcie, przelatując nad Biegunem (byli nad nim na wysokości zaledwie 200 metrów) zrzucili trzy flagi – Norwegii, USA i Włoch, czyli krajów reprezentowanych przez główny trzon ekipy.



Powyżej: malunek przy lokalnej szkole upamiętniający lądowanie sterowca Amundsena i "Anna" na kotwicy w Teller.

 

Początkowo zamierzano wylądować  na Alasce w Nome, ale ze względu na pogodę i silny przeciwny wiatr zmieniono plany – wykorzystano zatokę koło Teller. Dla lokalesów było to niesamowite wydarzenie - wielki, dziwnie wyglądający obiekt latający  nazwali „Wielką Latającą Foką”. Rozbity sterowiec (nikomu z załogi się  nic nie stało) wykorzystali bardzo praktycznie – metalowe części zamieniły się potem w narzędzia, zabawki czy sprzęty kuchenne, natomiast z wodoodpornej, materiałowej powłoki kadłuba kobiety uszyły parki – eskimoskie kurtki.

Widok na Teller.Jak wygląda współczesne Teller (na zdjęciu obok)? To w sumie niewielka wioska (około 300 mieszkańców) w której żyją Eskimosi z grupy Yupiak (amerykańscy Eskimosi dzielą się na trzy podgrupy). Mają swój własny język, ale mało go już używają w czystej postaci. Inna sprawa, że z poprawnym angielskim też u nich różnie – na ogół posługują się miksem angielskiego (raczej – amerykańskiego) i swojego języka yupiak. Mało kto na przykład powie „Thank you” (dziękuję), w obiegu jest eskimoskie „quyana”. Nauczyliśmy się też tutejszego „na zdrowie” (toastu), czyli „tannaq” co jest tutaj zwrotem o tyle znaczącym, że dla wielu mieszkańców raczenie się alkoholem to główna rozrywka i sposób na zabicie czasu. Teoretycznie Telller należy do tzw. dry village, czyli wiosek objętych prohibicją, ale nie ma przecież problemu by pojechać do Nome, gdzie co jak co, ale sklepy monopolowe to doskonale prosperujący, legalny biznes. Sądząc po licznych plakatach informujących o możliwości pomocy psychologicznej, mają tu też spory problem z samobójstwami – to niestety typowe dla całej Arktyki. Inna sprawa, że widać że rząd stara się jakoś pomagać – na różnego typu akcje wsparcia ludzi mających ze sobą problemy idą całkiem spore pieniądze. A co do pomocy rządu, to jak nam powiedziano, miejscowi dostają zimą darmowy olej do ogrzewania mieszkań!


Suszące się ryby.

Po prawej: Suszące się ryby (łososie).


Podstawą bytu ludzi z Teller są połowy ryb (chyba każdy tutaj ma jakąś małą łódeczkę), polowania (spotkaliśmy myśliwych z upolowanym łosiem) oraz hodowla reniferów. Przy okazji dowiedziałam się czym się różni renifer od karibu. W sumie to to samo, tyle że karibu jest dziki i żyje  na terenach położonych bardziej na północ, natomiast renifer jest udomowiony, a obszar jego występowania na Alasce to między innymi okolice Teller (co ciekawe, tutejsze renifery sprowadzono z Rosji; tylko na Półwyspie Seward jest ich ponad 25 tys.). Obydwa podgatunki różnią się też trochę wizualnie – karibu jest zgrabniejszy, lżejszy, bo dużo biega, renifer natomiast mniej się rusza, więc jest bardziej ociężały i ma więcej tłuszczu, o czym świadczy także zwisające podgardle (karibu go nie ma). Poza tym renifer ma też rodzaj plamek na grzbiecie, czego nie ma karibu, nie mówiąc o oznaczeniach w uszach, do kogo należy.


W eskimomoskiej sukience.Jak to zwykle na brzegu, kiedy tylko dobijamy naszym pontonikiem, pojawiają się jacyś lokalesi. Tym razem było ich dwóch – chłopak, który jak się potem okazało zaliczył niedawno poważny wypadek, bo jechał po pijaku quadem (od czasu wypadku już nie pije) i starszy już gość, Eskimos z krwi i kości, który zaprosił nas do siebie na kawę. Przy okazji kupiłam od jego żony za okazyjną cenę 15 dolców eskimoską „sukienkę” zwaną kaspak (Eskimosi z Czukotki używają nazwy kuchlanka) - to tradycyjny strój kobiet eskimoskich i inuickich, od Czukotki po wybrzeża północno-wschodniej Kanady. Chciałam od razu ją założyć i  w niej chodzić, ale odwiódł mnie od tego zamiaru zapach ubranka, które wcześniej nosiła właścicielka. Jak by to delikatnie powiedzieć…  Mam wrażenie że wśród tradycyjnych Eskimosów, podobnie jak w Rosji było z wieloma Czukczami, mycie się nie jest zbyt częstą czynnością.

 

Na zdjęciu obok: W moim nowym nabytku (eskimoskim ubraniu) uczę się lokalnych tańców.

Wizyta w mieszkaniu była ciekawą lekcją na temat tutejszego życia, bo jak to w Ameryce, wszyscy, włącznie z Eskimosami, obwieszają swoje mieszkania zdjęciami i rodzinnymi pamiątkami. Najbardziej podobała mi się fota sprzed chyba 50 laty, na której widniał ojciec gospodyni w zimowej parce (obszyta futrem eskimoska kurtka) tańczący tradycyjny taniec. Przy okazji mieszkań – mimo że woda bieżąca w kranach jest, powszechnie zbiera się też deszczówkę.


Amundsen.Co jeszcze widzieliśmy w wiosce? Ryby suszone na specjalnych stojakach, psy hodowane do zaprzęgów, byliśmy też na krótkim trekingu poza miastem, licząc że w tundrze zobaczymy renifery. Niestety, reniferów nie było, wołów piżmowych również nie, choć ponoć od czasu do czasu można je zobaczyć nawet na głównej ulicy wioski.


Wieczorem wylądowaliśmy w miejscowej szkole na Internecie, co wykorzystałam na zakup biletu z Anchorage do Chicago (2 października z Chicago mam samolot do Polski). Ale fajną szkołę tu mają! Uczy się w niej 60 dzieci, mających do dyspozycji obiekt którego naprawdę można im pozazdrościć. Przed szkołą jest płot z malunkami pokazującymi historię wioski i stanu Alaska. Czyli:  rok 1900 – życie w namiotach, 1959 – Alaska staje się 50. stanem USA,  1969 - doprowadzenie drogi z Nome itp., ale w międzyczasie jest też rok 1926 kiedy to koło Teller wylądował wspomniany na początku sterowiec „Norge” na którym Amundsen i jego załoga przylecieli ze Spitsbergenu. To jedyna pamiątka jaką tu mają po tym niezwykłym, epokowym wręcz wydarzeniu, bo podobnie jak i było na Czukotce, tutejsi mieszkańcy nie mają pojęcia że był u nich „jakiś” Amundsen, człowiek o nazwisku które kompletnie nic im nie mówi.

 

Powyżej: popiersie Amundsena (ale nie z Teller, bo tam takowego nie ma, tylko z głównej ulicy w Nome).



* * * * *

 

12 września, 67. dzień wyprawy
Przeskok z Nome do Teller
Igor na pokładzie!


Igor-jachtostopowicz.W drodze do Teller mamy jachtostopowicza. Płynie z nami Igor, czyli nasz  poznany w Nome kumpel, poszukujący złota Rosjanin (na zdjęciu obok). Chłopak tak emanuje radością życia i tak rwie się do wszelkich prac na jachcie, że aż miło z nim płynąć. Przy okazji mamy zestaw kolejnych historyjek o tutejszym poszukiwaniu złota. Swoją drogą wczoraj podczas „wieczoru pożegnalnego” na „Muktuku” (jachcie Austriaków), była dziewczyna, rodowita Amerykanka z południa Alaski, pracująca przez lato w Nome jako nurek (chodzi oczywiście o nurków „odkurzających” ocean w ramach poszukiwania złota). Nie byłoby w tym może nic dziwnego (choć dziewczyny w takiej roli to jednak rzadkość) gdyby nie to, że dziewczę studiuje… śpiew operowy. Właśnie wybiera się na stypendium do Wiednia i była zainteresowana czy może w Europie spieniężyć przywiezione z Alaski złoto. Karl i Alessandra (Austriacy) twierdzą że nie ma chyba takiej możliwości, bo złota w czystej, nieprzerobionej postaci przywozić do ich kraju nie wolno. Śpiewaczka się zmartwiła, bo jak się okazuje, większość poszukiwaczy złota nie spienięża od razu swoich znalezisk, tylko trzyma je zakładając że to lepsza inwestycja niż dewaluujące się dolary.


Na obiad zrobiliśmy rybę otrzymaną wczoraj od Ivo – pracującego w Nome Czecha. Oczywiście łosoś (mowa o rybie). Na tym rejsie zjadłam więcej łososi niż w ciągu ostatnich 5 lat.


Widok na Góry Księżycowe.Fajnie się płynie, bo jest niesamowita widoczność – widać nawet odległe o 60 mil Diomedy, czyli wysepki w cieśninie Beringa. Jedna z nich jest amerykańska, druga rosyjska (na zdjęciu obok akurat brzeg z drugiej strony  :-) ). Dla Igora to ważne, bo to już kawałek jego ojczyzny, do której od 15 lat nie może pojechać. Wciąż czeka na przyznanie amerykańskiego obywatelstwa, więc boi się że jak wyjedzie to już go mogą nie wpuścić.


A tak w międzyczasie, to w ramach codziennej lektury różnych materiałów zdobytych z miejsc takich jak biblioteka czy informacja turystyczna, doszłam do tego, skąd wzięła się nazwa Nome. Są dwie wersje. Eskimosi uważają że to od zwrotu w ich języku:  „Kno-no-me”, co oznacza „Nie wiem” i co być może było odpowiedzią jakichś lokalesów, kiedy przybyli Biali żeglarze zapytali ich o nazwę tego miejsca. Bardziej popularne jest jednak tłumaczenie, że to przez zwykłą… literówkę. W połowie XIX wieku kapitan jednego z brytyjskich statków pływających u wybrzeży Alaski zobaczył na mapie nienazwany przylądek, nabazgrał więc przy nim ołówkiem: „Name?” (ang. „nazwa?”). Kiedy mapę kopiowano, niewyraźny napis odebrano jako podaną nazwę –  znak zapytania odczytano jako „C” (skrót od angielskiego „Cape” czyli „przylądek”) a ponieważ w „name” literę „a” wzięto za „o”, wyszło „Cape NOme”. W kolejnym wydaniu map Admiralicji Brytyjskiej właśnie ten napis pojawił się przy przylądku.


* * * * * *

 

 

 

 

11 września, 66. dzień wyprawy
Nome (Alaska)
Mietek, czyli nasz człowiek na Alasce


Dzisiaj niedziela, co sprawiło że spaliśmy do 9.30 i pewnie byśmy spali dłużej gdyby nie umówienie się z Igorem. Igor potowarzyszył nam przy śniadaniu, rozpoczynając w ten sposób „dzień gości”, bo już do wieczora non-stop ktoś był na pokładzie, a na koniec, wieczorem, my wylądowaliśmy na jachcie Austriaków.


Typowa łódź poszukiwaczy złota z Nome.Igor chciał nam nawet pożyczyć swojego quada, ale nawet nie było czasu by zrobić  z niego użytek. Najdalszy dystans który udało nam się przejść był do łodzi Igora, tej na której wypływa na poszukiwanie złota. Igor wszystko nam w detalach objaśnił, pokazał jak się pompuje wodę i jak wygląda system odcedzania drogocennego kruszczu. Ponoć przeciętnie w ciągu godziny można pozyskać pół uncji złota, co oznacza jakieś 900 dolców, ale są też  łodzie bardziej nowoczesne na których przy odrobinie szczęścia można mieć i po 5 uncji! Praca Igora jako nurka polega na „odkurzaniu oceanu” czyli pobieraniu złotonośnej warstwy która wędruje na pokład i jest następnie oczyszczana. Podział zysków wygląda następująco: przeciętnie 30 proc. idzie dla właściciela morskiej „działki” na terenie której łódź pracuje, 40 proc. dla właściciela łodzi, pozostała część dla nurków którzy dzielą się dochodami w zależności od ilości przepracowanych godzin.

 

Powyżej: Typowa łódź poszukiwaczy złota z Nome.


Co do gości jacy dzisiaj przewinęli się przez „Annę” to w pewnym momencie mieliśmy na kawie Czecha  (pracujący w miejscowym szpitalu Ivo), Austriaka (Karl z sąsiedniego jachtu), Rosjanina (Igor), do tego byłam jeszcze ja jako Polka i Borje jako Szwed – pięć różnych osób z pięciu różnych krajów, spotykających się na  krańcu świata i rozmawiających ze sobą po angielsku.


Mietek-rodak na Alasce.Późnym popołudniem pojawił się jeszcze Mietek – poszukiwacz złota rodem z Polski. Facet o niesamowitej historii, mimo swoich prawie już 60 lat wciąż poszukujący swojego miejsca na Ziemi. Mietek twierdzi, że ma indiańskie korzenie, a to w związku z tym, że jego prapradziadek, wcielony na siłę do rosyjskiej armii (w czasach gdy Polska była pod zaborami) znalazł się jako żołnierz na rosyjskiej jeszcze wtedy Alasce no i jak to bywa,  w miłosnym uniesieniu zbratał się z jakąś indiańską pięknością sprowadzając ją potem do kraju. Mietek zrobił nawet testy DNA, które wykazały że faktycznie, ma 7 % krwi wskazującej na pokrewieństwo z żyjącym na południowej Alasce plemieniem „Bears” (Niedźwiedzie).



Obok: Mietek przy swoim quadzie, bez którego przy poszukiwaniu złota trudno się obejść.

 

Mietek jest w Stanach od dobrych 30 lat, ale wciąż świetnie mówi po polsku, bez żadnego akcentu, choć w międzyczasie był w Polsce tylko dwa razy, i to bardzo dawno. Z poszukiwaniem złota jak twierdzi idzie mu kiepsko, choć jego koledzy po fachu twierdzą, że to nie do końca prawda, bo nawet jeśli ten sezon był dla Mietka kiepski (zresztą wszyscy inni też narzekają na to lato), przyjeżdżający do Nome już od 5 lat Mietek, zdążył się już trochę na złocie dorobić. Nie zmienia to faktu że Mietek mieszka w postawionym na plaży „boxie” (w dosłownym tłumaczeniu: pudło; nie widziałam, znam tylko z opowieści), własnej łodzi się jeszcze nie dorobił, ma jedynie machinę do przepłukiwania, a niezależnie od tego korzysta też z tradycyjnego talerza. Pytałam czy przyjedzie wypłukiwać złoto w przyszłym roku – wszystko wskazuje że tak.

Przegadałam z Mietkiem bite 3 godziny. Wieczorem mieliśmy iść z Börje na Internet, ale nic z tego nie wyszło, zrobiła się spontaniczna imprezka na jachcie u Austriaków. Oni jutro też wypływają. Może spotkamy się w jakimś porcie południowej Alaski?


Międzynarodowi goście.A co do gości – dzisiaj Börje, wprawdzie niechcący, ale znalazł skuteczny sposób na szybkie pozbywanie się gości  :-). No więc siedzieliśmy sobie z Mietkiem w mesie „Anny” i gadaliśmy w najlepsze po polsku, Börje natomiast robił porządek w szufladzie ze swoimi szpargałami. W pewnym momencie wyszedł, a w mesie zaczął się rozchodzić duszący zapach. Kaszląc zakręciłam profilaktycznie zawór gazu, ale nic nie pomogło – kasłałam coraz mocniej, a po chwili dołączył do mnie jeszcze w tej czynności Mietek. Po kolejnych kilkunastu sekundach do kasłania dołączyły łzy, a chwilę później już oboje byliśmy na pokładzie. Co się okazało? Robiąc porządki Börje znalazł otrzymany na Wyspie Wrangla gaz pieprzowy, który miałby się przydać w razie bliskiego spotkania z niedźwiedziami. Börje tłumaczył potem, że on ten gaz to niechcący, i tylko drobinę, tak czy owak wiemy że działa. Przez kolejny kwadrans wietrzyliśmy jacht i dochodziliśmy powoli do siebie, długo nie mogąc wydobyć z siebie głosu. Wolę  nie myśleć, jaki byłby efekt gdyby rozpylił całą buteleczkę. :-)

Na zdjęciu powyżej: Nasi goście i my, w sumie 5 osób (piąty to Borje robiący zdjęcie), z pięciu krajów. Od lewej: Karl z Austrii, Iwo z Czech, Igor z Rosji, i ja z Polski plus Borje ze Szwecji. Żadnego Amerykanina, ale dogadujemy się po "amerykańsku".

 



10 września, 65. dzień wyprawy
Nome (Alaska)
Tańce Eskimosów i spotkanie załóg


Niestety kiepska pogoda się utrzymuje. Wiatr z południa o sile 40 węzłów sprawia, że wszystkie trzy jachty jakie są w Nome nawet nie myślą o opuszczeniu portu. Łodzie poszukiwaczy złota też nie wypływają – jedna tylko się odważyła i… zatonęła tuż za główkami portu (nikomu się nic nie stało, ale ktoś tam jest kilkadziesiąt tysięcy dolarów w plecy).


Tańce eskimoskieDzień rozpoczęłam bardzo wcześnie, bo w ramach odbywającej się właśnie w Nome konferencji przyjaźni Alaski i Czukotki o godzinie 8-mej rano miał się odbyć pokaz tańców czukockich Eskimosów. Nie wiem kto wpadł na pomysł, aby tak ciekawy punkt programu zrobić akurat w sobotni poranek, o godzinie kiedy w Nome jest jeszcze dość mroczno. Kiedy zadzwonił nastawiony na 7.20 budzik, dwa razy sprawdzałam czy to na pewno ta godzina, bo ciemność nad pokładem i palące się przy przetwórni krabów lampy sugerowały że to środek nocy. Mrucząc pod nosem różne przekleństwa wygrzebałam się z wyra i w strugach deszczu, po kostki w błocie poczłapałam „na tańce”.


Występującą grupą była ekipa poznana dzień wcześniej w pizzerii, do której chodzę na Internet. Pomagałam im zamówić coś do zjedzenia, bo nijak się nie mogli dogadać – nie znali ani słowa po angielsku, a kelnerka jak się można domyśleć, nie mówiła po rosyjsku. Rosjanie chcieli zamówić „borszcz”, ale uświadomiłam im że tego typu rosyjskie specjały w Ameryce nie są znane. W tej sytuacji poprosili o „kartoszku” (ziemniaki) i „kuricę” (kurczaka). Kelnerka słysząc moje tłumaczenie zrobiła okrągłe ze zdziwienia oczy, tym bardziej, że cała akcja działa się przecież w pizzerii. Ostatecznie Rosjanie zamówili „pizzę z kartoszką i kuricą”, a potem poprosili jeszcze  żeby była także „kołbasa”. Nie wiem co ostatecznie im przyrządzono, ale chyba byli nawet zadowoleni.


Tancerka eskimoska.Tak czy owak rosyjska grupa powitała mnie dzisiaj jak starą znajomą. Narobiłam im mnóstwo zdjęć, tym bardziej że śpiewali i tańczyli naprawdę fajnie. Po występie porozmawiałam trochę z przybyłą z Czukotki szefową tamtejszego Departamentu Turystyki. Wyszło na to, że aby zobaczyć coś na Czukotce bez problemów, trzeba wynająć jakiegoś tamtejszego agenta obsługującego statki. Powiedziałam, że znam załogę amerykańskiego jachtu, któremu takowy agent zaśpiewał kwotę 10 tys. dolarów, no i usłyszałam odpowiedź, że jak się nie ma pieniędzy, to się nie podróżuje.


Po występie wpadłam na jacht, między innymi zjeść wraz z Borje śniadanie, no i przy okazji popsułam sobie humor. Powód? Powiesiłam ociekającą po deszczu kurtkę koło rury naszego odpalanego w portach piecyka, no i po kilku minutach poczuliśmy dziwny zapach, a zaraz potem okazało się że moja śliczna kurtka Henri Lloyda którą tak lubię, pod wpływem obróbki termicznej nieco zmieniła swój wygląd. „Nieco” to mało powiedziane…  To chyba pierwsze zdarzenie na tym rejsie kiedy dosadnie przeklęłam… A skoro wspomniałam o Henri Lloydzie… Nie wszyscy wiedzą, że ta kojarzona z Wielką Brytania renomowana firma specjalizująca się w ubraniach żeglarskich została założona przez naszego rodaka, pana Henryka Strzeleckiego który swego czasu wyemigrował na Wyspy. Ciekawa  historia – w książce która powstanie po rejsie ją rozwinę, bo na to zasługuje….


Spotkanie załóg.Po południu, tym razem już razem z Borje, jeszcze raz obejrzeliśmy eskimoskie tańce. Tym razem produkowały się dwie grupy – amerykańska (łatwo rozpoznawalna po dżinsach i adidasach) i rosyjska (szczerze mówiąc dużo lepsza). Zrobiła się z tego niesamowita „Etno-dyskoteka”, bo od pewnego momentu do tańczących na scenie spontanicznie dołączali wszyscy którzy chcieli, niezależnie od wieku i umiejętności. W pewnym momencie tańczyło kilkadziesiąt osób i gdyby nie to, że robiłam zdjęcia, sama byłabym pośród nich.


Wieczór spędziliśmy u Deb i Rollanda, razem z załogą austriackiego jachtu „Muktuk”. Takie żeglarskie spotkanie połączone z obiadem i deserem, bo każdy coś tam przygotował. Po licznych radach odnośnie zimowania łodzi Börje ma coraz trudniejszy wybór, dokąd płynąć, bo każdy doradza mu co innego :-). Duża szansa że „Anna” wyląduje obok „Muktuk” na jednej z wysp południowej Alaski.

 

Po prawej: Deb opowiada o przechodzeniu North West Passage na jachcie "Prececipe" (trzy lata temu), my i załoga "Muktuk" słuchamy.

 

 

8 września, 63. dzień wyprawy
Nome (Alaska)
Mamy sąsiadów!

Po sąsiedzku z jachtem z Austrii.Najważniejszy  news: Nie jesteśmy już w porcie jedynym jachtem! Dzisiaj rano burta w burtę stanął "Muktuk" - jacht żeglującej rodziny z Austrii (na zdjęciu obok, ten z prawej). Większy trochę od nas (14 metrów), jednomasztowy. Ze wstępnych opowieści wynikało, że w tym roku w Przejściu Północno-Zachodnim było wyjątkowo mało lodu. Jak pokazaliśmy zdjęcia z kandyjskich cieśnin z ubiegło roku - byli trochę zaskoczeni.

My tymczasem, w oczekiwaniu na normalny wiatr (nie sztormowy i z odpowiedniego kierunku) zrobiliśmy sobie całodniowy wypad w interior. Samochód pożyczył nam Igor - poznany dzień wcześniej poszukiwacz złota, niezwykle życzliwy chłopak.  Z Nome prowadzą w różnych kierunkach trzy drogi –  wybraliśmy najdłuższą z nich, czyli liczącą 85 mil amerykańskich (ok. 130 km) Kougarok Road. Mieliśmy farta - trafiliśmy na super pogodę: błękitne niebo i słoneczko podkreślające kolory jesieni.

Salmon Lake.Pierwszy postój zrobiliśmy sobie nad Salmon Lake czyli Jeziorem Łososiowym (zdjęcie obok). Łososie rzeczywiście w nim były – akurat jest pora ich tarła, tak wiec nawet przy samym brzegu można było zobaczyć wodę wprost „kipiącą” od czerwonych ryb. W tym okresie ludzie ich nie łowią, tym bardziej że są ponoć niesmaczne, ale niedźwiedzie zapewne uważają inaczej i jak najbardziej – korzystają z łatwej zdobyczy. W każdym razie widzieliśmy na przybrzeżnej plaży ślady niedźwiedzia  brunatnego (a poza tym także łosia i chyba lisa).

 

Łososie.

Zdjęcie obok: Łososie wyskakujące z wody (pełno ich!)


Co do zwierząt to po drodze widzieliśmy panią łosiową (klempę) z młodym, jednego woła piżmowego który czmychnął w krzaki, tamy zrobione przez bobry (samych bobrów nie) i trochę ptactwa. Co do ptaków to mieliśmy niezły ubaw, bo na jednym z postojów kiedy Borje postanowił łowić ryby (Borje uwielbia łowić, choć tym razem nie łososie), zabrany  w podróż psiak Igora po drugiej stronie rzeki znalazł skrzydlatego amanta. Psisko Igora w porywie serca szczeknęło raz i drugi, po czym przez kolejne 5 minut trwała interesująca konwersacja miłosna, bo ptaszysko zdaje się też było zainteresowane krzykliwym czworonogiem.


Ginger.Tereny, po których dzisiaj jeździliśmy to totalne pustkowie – jedyne oznaki cywilizacji to domki weekendowe, do których gospodarze dolatują na ogół… samolotem (posiadanie awionetki to tutaj tak normalna sprawa jak posiadanie samochodu). Nawet knajpek żadnych nie ma, co wcale nas nie zmartwiło, bo na zabranej z jachtu maszynce turystycznej zagotowaliśmy sobie wrzątek na pysznego Travelluncha tym razem pod hasłem: pasta carbonara. Kluchy jak się okazało nie tylko nam smakowały – Ginger, czyli psisko Igora również dostało swoją porcję a potem upominało się o dokładkę.

 

Obok: Ginger we własnej osobie  :).


Już mieliśmy wyjeżdżać z postoju lunchowego, zapakowaliśmy autko, a tu nagle okazało się, że mamy przebitą oponę. Na szczęście było w bagażniku koło zapasowe, ale każde z nas od tej pory modlło się by nic już się po raz drugi takiego nie wydarzyło, tym bardziej że to droga na której prawie nic nie jeździ, a w międzyczasie wyładowała się bateria naszego telefonu satelitarnego.

 

Złota alaskańska jesień.Głównym naszym celem były gorące źródła, do których dojazd można porównać z jazdą po bezdrożach afrykańskich. W końcu dojechaliśmy i... Zaskoczenie! Jak to w Ameryce - spodziewaliśmy się basenów, komercji, kiosku z hamburgerami, a tymczasem poza opuszczoną wioską o nazwie "Hot Springs Pilgrims" nie było nic! Wioska to pozostałość po kościelnym sierocińcu, no ale miały być źródła! Złaziliśmy się strasznie, bo nawet najmniejszej tabliczki kierującej do miejsca kąpieli nie było. Że to jednak okolica gorących źródeł świadczyła roślinność - wyjątkowo bujna, a i nawet drzewa były! Pierwsze drzewa od wypłynięcia z Kanady! Szczerze mówiąc jak pokażę zdjęcia nikt mi nie uwierzy że to Arktyka, bo sceneria nie różniąca się od polskich lasów w czasie typowej "złotej polskiej jesieni"  (zdjęcie obok).

Źródła w końcu znaleźliśmy! Pomógł nam w tym charakterystyczny siarkowy zapach. Do kąpieli służyła wielka drewniana balia z widokiem na ośnieżone góry i żółte drzewa. Śliczne miejsce, a do tego ta super cieplutka woda! Gdyby nie to, że nie chcieliśmy jeździć po tych pustkowiach po nocy, pewnie byśmy siedzieli w źródłach dużo dłużej. Do Nome dojechaliśmy już po zmroku, oddając Ginger w ręce stęsknionego właściciela. Potem była jeszcze herbatka z rumem na austriackim jachcie, ale to już inna  historia...

 

 

 

6 września, 61. dzień wyprawy
Nome – IV dzień postoju (Alaska)
Od renifera do fryzjera

Renifer Velvet.Najpierw zagadka, związana z następującą sytuacją.
Przy ulicy stoi dom, jakich w Nome wiele. Wchodzę po schodkach (bo tutaj też ze względu na warstwę tzw. wiecznej zmarzliny domy buduje się na palach, trochę ponad ziemią), pukam do drzwi, w końcu naciskam dzwonek. Wychodzi kobieta.
- Czy jest Velvet? – pytam grzecznie.
- Dzisiaj nie ma. Wyjechał na „camp”. Powinien wrócić jutro  - usłużnie odpowiada kobieta.
Pytanie: kogo miałam na myśli?
Teraz odpowiedź (choć może ktoś pamięta z ubiegłorocznego bloga, bo wtedy o Velvecie pisałam). Nie chodzi bynajmniej o jakiegoś mojego tutejszego kumpla. Velvet to… renifer (na zdjęciu obok). Prawdziwy ren z imponującymi rogami. Jeden z lokalesów zaopiekował się ileś lat temu małym osieroconym reniferkiem, oswoił go tak, że Velvet  zachowuje się niczym domowy pies, tyle że wielki i z porożem. Velvet ma nawet swoją budą wielkości domku, a na płocie jest stosowna tabliczka: „Uwaga, renifer”.


Oczywiście następnego dnia wróciłam odwiedzić Velveta. Rzeczywiście był, choć chyba ma dużo gości, bo nawet nie zwrócił na mnie uwagi tylko pogryzał jakąś zieleninę.


Borje na bezanmaszcie.Z newsów jachtowych to wciągnęłam Börje na bezanmaszt no i mamy działającą elektrownię wiatrową. Od razu uprościła się sprawa ładowania, bo niestety kupiony w Kanadzie panel słoneczny nieco nas rozczarował.

 

Po prawej: Borje montuje generator wiatrowy.


Aaaaa, zapomniałam! Zaliczyliśmy (oboje) wizytę w „Beauty Salon”, bo zarośliśmy strasznie i nadszedł czas by się nieco obciąć. „Beauty Salon” (tak obwieszcza wielki szyld przed wejściem) to krzesło wstawione w kuchni między lodówką a mikrofalówką.  Pani fryzjerka zainkasowała po 30 dolców za wystrzępienie włosów bez nawet ich zmoczenia, o jakimkolwiek uczesaniu nie wspominając, ale już pal sześć – przynajmniej mi teraz rozwiane kudły nie przeszkadzają.

 

 

 


5 września, 60. dzień wyprawy
III dzień postoju w Nome
Święto Pracy czyli o wyścigach wanien,  regatach gumowych kaczek i poszukiwaczach złota


Wyścig wanien.W USA obchodzą dziś Święto Pracy. Czyli nie 1 maja a 5 września, wolny od pracy. Nie wiem jak jest w innych miastach amerykańskich, ale w Nome oznacza to, że ludzie pracy się bawią.


W samo południe na głównej ulicy wyglądającej nieco jak z filmowego westernu, odbył się „wyścig wanien” (zdjęcie obok). W tym roku (impreza odbywa się od 34 lat) wystartowały cztery wanny  :-). Chodzi o autentyczne wanny, wypełnione wodą, tyle że na kółkach. W każdej z nich ktoś tam siedzi, a ekipa zawodników pojazd ciągnie. Przy okazji ten co się w wannie moczy, rzuca też w zebrany tłum baloniki wypełnione wodą albo strzela z pistoletów na wodę. Ogólnie jest wesoło i mokro, co przy słonecznym dniu jaki był dzisiaj absolutnie nikomu nie przeszkadzało.


Wyścig kaczek.Drugą imprezą organizowaną tu co roku na Święto Pracy są regaty kaczek. Od razu wyjaśniam że chodzi o kolorowe, plastikowe kaczki (kaczory?), z których każda ma numerek, wykupywany za 5 dolców przez chcących uczestniczyć w zabawie. My też zainwestowaliśmy po 5 dolców, nie tyle z chęci wygrania (choć 1500 dolarów głównej nagrody i 750 dolarów za drugą to całkiem niezła kasa), ile dla wciągnięcia się w klimat zabawy. Okazało się że wśród mieszkańców Nome impreza wzbudza naprawdę dużo emocji – są tacy którzy wykupują po ileś kaczuszek! W każdym razie kiedy komisja sędziowska wsypała te wszystkie kaczki do wody, a konkretnie do płynącej za miastem Rzeki Wężowej (Snake River), zrobiło się na wodzie naprawdę kolorowo. Meta była kilkaset metrów dalej, pod mostem, a na brzegach dryfujące swobodnie kaczki dopingował zebrany lud, odpychający od brzegu te kaczątka, które płynąć nie chciały. Niestety,  nie wygraliśmy, ale przynajmniej dorzuciliśmy się do ufundowania stypendium dla jakiegoś miejscowego dziecka, bo na ten cel idą pieniądze zebrane podczas wyścigu…

 

Po prawej: zdjęcie z wyścigu kaczek. Kaczki (plastikowe) to te kolorowe na wodzie...


Borje płucze złoto.Prosto z wyścigu kaczek pożyczonym od Rollanda quadem (tu się mówi na takie machiny „ATM” – skrót od „All Terrain Machine”) pojechaliśmy na plażę. Rzecz jasna nie po to, by się opalać, bo temperatury tutejsze temu nie sprzyjają, ale pogadać z jakimiś poszukiwaczami złota. Rejon Nome słynie ze złota, które pozyskuje się tu w trojaki sposób: 1) na skalę przemysłową – w kopalniach;  2) poprzez wysysanie z dna morskiego blisko brzegu naniesionego przez rzekę piasku zawierającego złoto  - do tego służą dziwne łodzie z „odkurzaczami” których pełno jest w porcie;  3) wersja dla tych, którzy dopiero zaczynają, albo zaczęli już dawno, ale nie dopisuje im szczęście na które ciągle liczą – wypłukiwanie złota na brzegu, m.in. przy użyciu tradycyjnych „talerzy”. Właśnie ze specjalistami od wersji numer „trzy” można spotkać się na plaży.

 

Obok: Borje szuka szczęścia przy wypłukiwaniu złota.


Jim, poszukiwacz złota.Większość poszukiwaczy „plażowych” na plaży też żyje (od czerwca do października, czyli kiedy nie ma śniegu). Mieszkają w namiotach lub byle jakich domkach, choć lepsze byłoby określenie: w „budach”. Zakumpliliśmy się z Jimem – wielkim chłopiskiem, który zajmuje się złotem od ponad 30 lat, choć jak na razie nie widać, żeby z wielkim sukcesem. Mówił, że zdarza się, że w ciągu 20 minut można znaleźć kawałeczki złota warte 400 dolarów, ale nie krył też że w lipcu było tak marnie, że głodował. Dla większości tych ludzi jest to raczej styl życia – Jim przyznał, że większość z nich nie ma rodzin, kobiet i ułożonego życia, ale żaden z nich nie mógłby żyć w pełnej stabilizacji. Kawałeczki złota które znajdują są bardzo malutkie – to raczej opiłki które potem żmudnie się zbiera czymś w rodzaju pipety. Mieliśmy możliwość spróbować jak wygląda praca z takim talerzem – na pewno trzeba mieć dużo cierpliwości (której ja nie mam), ale też całkiem silne ręce (Jim mówi że pracuje z takim talerzem po kilkanaście godzin na dobę). Jedno jest pewne – wcale nie jest to lekka praca, bo jak ze wszystkim – nic łatwo nie przychodzi. Z drugiej strony przy odrobinie szczęścia można zarobić 20-40 tys. dolarów za sezon (4 miesiące), albo nawet więcej.

 

Powyżej: Jim, profesjonalny poszukiwacz złota pokazuje ampułkę z opiłkami złota wartymi 200 dolarów.


Monika na quadzie.Na koniec zrobiliśmy sobie rajdzik po plaży. Fajne są quady, zwłaszcza ten który dostaliśmy, maszyna o całkiem sporej mocy. W jednym miejscu widzieliśmy wyrzuconego na plażę morsa, któremu pewnie dla kłów, ktoś odciął głowę. Był też postój „jagodowy” – tak wielkich jagód (dokładniej-bażyn) jak tu, nie widzieliśmy w całej Arktyce.

 

Po lewej: plażowe szaleństwa!


Wieczorem przyszli do nas Rolland,Deboragh i ich córki. Spędziliśmy czas na miłych pogaduchach, a przy okazji Rolland pomógł Borje naprawić nasz wiatrak-generator. Jak go zamontujemy może będzie lepiej z ładowaniem, bo trochę nawalają nam akumulatory.

 

 

4 września, 59. dzień wyprawy, wieczorem
w Nome – II dzień postoju
Schodzimy na psy…


Drogowskaz z Nome.Börje ma niezły orzech do zgryzienia bo musi w miarę szybko zdecydować, gdzie zostawi  „Annę” na zimę. Od tego zależy w głównej mierze nasza dalsza trasa. Jedną z opcji jest Nome, czyli port w którym obecnie jesteśmy, inną – Dutch Harbour na Aleutach, jeszcze inne to miejsca na południowej Alasce. Póki co jednak i tak się ruszyć nigdzie stąd nie możemy, bo musimy przeczekać ten zapowiadane już wcześniej sztormisko.

 

Na zdjęciu: Drogowskaz z Nome podpowiada dokąd możemy popłynąć. Najbardziej kuszą Hawaje (Miami) - 4475 amerykańskich mil (w tym przypadku chodzi o mile lądowe).

Dzień nam minął całkiem miło, bo najpierw spaliśmy do południa, no ale jest niedziela więc jesteśmy usprawiedliwieni. Tak naprawdę to mieliśmy budziki nastawione na 8-mą, ale ósma na naszych zegarkach pokazujących wciąż czas czukocki to tutaj już dwunasta!

Zaraz po śniadaniu mieliśmy gości – przyszli właściciele stojącego obok kutra rybackiego. Zaraz po nich pojawił się Przyjaciele z Nome.miły facet o imieniu Rolland, który jak się okazało jest właścicielem znajomego mi już z ubiegłego roku jachtu „Percecipe”. Rok temu, kiedy przypłynęliśmy do Nome na „Solanusie” miałam okazję poznać jego żonę -Deboragh i córki, jego natomiast nie, bo wyjechał w delegację. Rolland zaoferował różnego typu pomoc – od użyczenia telefonu komórkowego po samochód którym możemy przywieźć paliwo, a na koniec zaprosił nas do siebie do domu na obiad. Z zaproszenia skorzystaliśmy, wymieniając przy okazji informacje jak było w Rosji, jakie jachty ostatnio były w Nome, co ciekawego warto zobaczyć w okolicy itp. Swoją drogą fajna z nich para (mowa o Rollandzie i Deboragh), z mnóstwem różnych ciekawych zainteresowań.

 

Zdjęcie obok: Deboragh i Rolland - czyli przyjaciele-żeglarze z Nome.


Psiak Deboragh.Jednym z nowych hobby Rollanda i Deboragh stały się od ostatniej zimy psie zaprzęgi. Ponieważ wybierali się nakarmić swoją ulokowaną na obrzeżach miasteczka psiarnię, pojechaliśmy z nimi. Cudne psiska (mają ich 10) i jak podobne do ludzi. Niektóre bardziej śmiałe, inne wręcz przeciwnie, na widok człowieka chowające się w budzie. W przeciwieństwie do psów z Grenlandii o które latem się nikt specjalnie nie troszczy, tutaj psy mają super warunki: codzienną porcję pożywienia (na Grenlandii 1-2 razy tygodniowo, bo jak nie pracują, czyli nie biegają w zaprzęgu, to według swych właścicieli na jedzenie nie zasługują), no i własną budę!

Obok: Jeden z karmionych przez nas psiaków.


Po nakarmieniu psów pojechaliśmy na przejażdżkę po okolicy.  Między innymi widzieliśmy woły piżmowe – buszuje tu ich całe stado, ale niestety kiedy do nich podjechaliśmy, już spały, czyli z dobrych zdjęć nici. W przeciwieństwie do piżmowołów z którymi mieliśmy do czynienia na kanadyjskiej Herschel Island czy rosyjskiej Wyspie Wrangla, te wcale nie boją się ludzi – ostatnio nawet coraz częściej pokazują się w mieście.


Co do okolicy to zaskakuje mnogość kopalni złota. Czasy poszukiwania złota z talerzem do jego wypłukiwania to już przeszłość (choć turyści mogą sobie kupić zestaw pod tytułem „poszukiwacz” i wybrać się na szukanie szczęścia). Teraz jest już wszystko z duchem czasu czyli złoto wydobywają albo na wielką skalę – kopalnie, ale małe łódeczki z rurami w stylu odkurzacza, którymi wciąga się zawierający okruszki złota piasek z niegłębokiego tutaj morskiego dna.


Powrót na jacht nas nieco zaskoczył, bo odkryliśmy że cały pokład upstrzony jest fioletowymi plamami. Wyraźnie jakaś mewa musiała najpierw się nażreć jagód, a potem dostała biegunki. Tylko dlaczego trafiło ją to akurat nad naszym jachtem??? Jutro w ramach porannej gimnastyki czeka nas szorowanie pokładu.


* * * * *


3 września, 58. dzień wyprawy, późnym wieczorem
Nome – I dzień
Witaj Ameryko!


Ratusz w Nome.Tak jak przewidywaliśmy, przypłynęliśmy do amerykańskiego Nome z samego rana. To znaczy nam się tak wydawało – jak się okazało tutejsze zegarki wskazywały już południe. Stanęliśmy przy pływającym pontonie między łodziami rybackimi i płaskodennymi konstrukcjami do szukania złota na morskim dnie. Jakby nie było Nome to jeden z ważniejszych portów pozyskiwania drogocennego kruszca.

 

Obok: Ratusz w Nome a obok miejsce wręczania nagród w słynnym wyścigu psich zaprzęgów Iditarod Race.


Odprawa paszportowa była tylko formalnością – znajomy mi z zeszłego roku urzędnik imigration, czarnoskóry Robinson (może powinnam napisać: alaskański afroamerykanin) kazał nam wypełnić ankietkę, po czym zabrał nasze paszporty i obiecał za godzinę wrócić. Faktycznie – wrócił, oddając dokumenty, bez pytania się nawet co to za dziwny wpis po rosyjsku (chodzi o ten nieszczęsny zakaz wjazdu przez 5 lat). Wszystko miło, bez kombinowania co tu zrobić by utrudnić nam życie, z  odrobiną uśmiechu.


Wyszedłem na ryby.Pierwsze co załatwiliśmy w mieście to oczywiście GAZ!!!  Niesamowite, ile frajdy może dać prozaiczne ugotowanie herbaty na kuchence! Potem był czas na pokręcenie się po miasteczku, w którym najciekawsza jest ciągnąca się wzdłuż wybrzeża ulica przypominająca scenerię westernów. Główną atrakcją są tu puby, w ilości niewspółmiernie wysokiej do liczby mieszkańców (3 tys.). Ludzie się tu raczej nie spieszą -  na co jak na co, ale na puby i łowienie ryb zawsze znajdą czas. Z tym drugim to prawda, której się nie wstydzą – na drzwiach jednego ze sklepów była nawet kartka: „Przepraszam - zamknięte! Poszedłem na ryby!”. (obok)

Całe popołudnie spędziliśmy w kafejce z Internetem – miło po takim czasie zobaczyć co się dzieje w świecie i od kogo mamy e-maile. W międzyczasie Borje zamówił też dla mnie drinka. Chwilę później przybiegł facet żądając pokazania jakiegoś dokumentu tożsamości. Powiedziałam mu, że nie mam, ale niezależnie od wszystkiego, to niestety nijak  nie wyglądam na mniej niż 21 lat (to jest właśnie tutejsza granica wieku przy piciu alkoholu). Mimo to pan z zakłopotaną Anna w Nome.miną jeszcze dłuższą chwilę dociekał czy na pewno nie znajdę jakiegoś dokumentu, bo w przepisach każą mu sprawdzać.


W drodze na jacht zahaczyliśmy jeszcze o pub. Skoro nazywają Nome „Las Vegas Arktyki” to warto było zobaczyć jak się ludziska bawią. Większość to Indianie i Inupiak (Eskimosi) z okolicznych wiosek gdzie nie można kupić alkoholu, bo jest prohibicja. Kiedy przyjeżdżają do Nome godzinami siedzą przy barze i piją z przerwami na pogadaniae z tym kto siedzi obok, ewentualnie zerkanie na ekran telewizora transmitującego rozgrywki futbolu amerykańskiego (jakoś nie mogę pojąć o co w tej grze chodzi). Ponoć nawet kobiety które przyjeżdżają do Nome rodzić, zaraz po wyjściu ze szpitala potrafią pójść się upić.  Nie da się ukryć – problem alkoholowy ma tu rzeczywiście wiele osób.

 

Obok: "Anna" w Nome (obok łodzi poszukiwaczy złota).

 

* * * *

 

Z Alaski, po rosyjskich kłopotach...


Jesteśmy już na Alasce, mogę więc na spokojnie opowiedzieć co się stało w Rosji. Dziękuję Pawłowi (mojemu mężowi) za to że w międzyczasie pisał informacje na blogu, o tym co się z nami dzieje. Tak jak Paweł już wcześniej napisał - dziękuję wszystkim którzy byli z nami myślami i obiecywali, że jak trzeba to nas "odbiją". :-) Dziękujemy również za zaangażowanie naszym Konsulom - polskiemu i szwedzkiemu!

Co się zdarzyło na Czukotce, czyli o tym jak nas zatrzymano, postawiono przed sądem, ukarano i wyrzucono z Rosji - czytaj tutaj

 


* * * *

 

3 września, 58. dzień wyprawy, zaraz po północy
Morze Beringa
Pozycja na godzinę 0020: 64 st. 29`N, 167 st. 22`W
Ciemność widzę, ciemność…


Współczesna nawigacja.Na pokładzie czuję się jakbym wpadła do beczki ze smołą – tak czarno. Jedyne jasne punkty w tym mroku to poświata naszych świateł i iskierki fosforyzującego planktonu jaki miga w naszym kilwaterze (chodzi o ślad za rufą). Wiatru ni krztyny, choć to rzeczywiście chyba taka cisza przed burzą, bo Wojtek przysłał kolejne ostrzeżenie przed potężnym sztormem zakończone słowem: „Uciekajcie!”. Pewnie że uciekamy. Do Nome jeszcze 47 mil, czyli poranek powinniśmy witać już w porcie.
Co do tej nocy to zdziwiłam się, że już o 9-tej wieczorem, kiedy przejmowałam wachtę, było tak ciemno. Uświadomiłam sobie jednak że przecież płyniemy na wschód, czyli zmieniamy strefy czasowe. W Nome w stosunku do Providenii są +4 godziny. W ciągu ostatnich kilku dni spadliśmy też znacznie na południe (z 67 równoleżnika na 64), dzięki czemu z kolei zrobiło się cieplej. W ciągu dnia termometr wskazywał aż 6 stopni, a jeszcze tydzień temu było zero. Inna sprawa że jest ciepło, bo nie ma chłodnego wiatru. Przy wietrze zupełnie inaczej odczuwa się temperatury.

 

Powyżej: Współczesna nawigacja, czyli dwa komputery z mapami.


Z innej beczki... Dzisiaj są urodziny mojej Mamy. Oczywiście zadzwonię do Niej z życzeniami. Nie ma ze mną łatwego życia – swoimi wyprawami i pomysłami dostarczam Jej sporo mocnych wrażeń. Kocham Cię Mamo i mam nadzieję, że mnie rozumiesz!  :-)

 


Po godzinnej przerwie…


Niby rzadko tutaj coś pływa, ale czasem się zdarza… Właśnie mijamy się z jakimś statkiem. Przez jakiś czas szliśmy kursem zbieżnym, co zwłaszcza w nocy jest mało przyjemne, bo trudno ocenić odległość. Teraz już ewidentnie się mijamy, ale co posiedziałam sobie na pokładzie z lornetką przy moich krótkowzrocznych oczach, to moje…

 

* * * * *


2 września powtórnie (bo po Linii Zmiany Daty), 57.dzień wyprawy, przed południem
Morze Beringa
Pozycja na godzinę 1200: 64 st. 19`N, 169 st. 03`W
Ostrzeżenie przed sztormem…


Wschód słońca na Morzu Beringa.Właśnie skończyliśmy jeść śniadanie, które dzisiaj robił Börje. Już się przyzwyczaiłam do tego jego poridżu, którego początkowo nienawidziłam. Mało tego – niewykluczone że po powrocie do Polski sama zacznę go przyrządzać :-).

 

Obok: Wschód słońca na Morzu Beringa.


Trochę niepokoi nas barometr, który zaczął raptownie spadać. Jak na razie morze jest podejrzanie spokojne, zero wiatru, więc katujemy nasz silnik. Wiatr rzecz jasna by się przydał, ale nie taki jaki przyszedł w kolejnej prognozie od Wojtka: siła 40 węzłów, fale o wysokości 5 metrów (może wcale nie tak dużo, ale tutaj nie są to przyjemne fale). Morze Beringa znane jest z raptownych, groźnych sztormów, ale na szczęście do Nome mamy już niedaleko. GPS wskazuje, że zostało 100 mil – jeśli będziemy płynąć tak jak teraz, to na rano powinniśmy tam być. Tak na marginesie to w 2007 roku głośna była przeprowadzano tu akcja ratunkowa brytyjskiego, 12-metrowego jachtu „Luck Dragon”. Załogę Amerykanie uratowali, ale jachtu już nie…


W międzyczasie przyszła kolejna porcja smsów. Szczególnie ucieszył mnie ten o moich dawnych harcerzy, bo zdaje się że była spontaniczna „zbiórka” naszej drużyny (36 Warszawska Drużyna Harcerska, o specjalności po części żeglarskiej). Drużyna już nie istnieje, ale ciągle  utrzymujemy ze sobą kontakty. Szczepa, Brombek, Bodzio, Sławek, Bogielka i inni – pozdrowienia z morza!

 

* * * * *



2 sierpnia, wieczorem
Morze Beringa
Pozycja na godz. 2030: 64 st. 02`N, 172 st. 35`W
O tym jak wydłużyć sobie życie o dobę


Zmieniamy daty!Za 11 mil (niecałe dwie godziny płynięcia) zamienimy  piątek 2 września na czwartek 1 września, czyli „zatrzymamy” czas. Dokładniej:  przetniemy Linię Zmiany Dat, która z racji okrążania Czukotki tutaj nie jest wcale południkiem 180-tym, tylko robi półkole – w naszym wypadku wypadnie na 171 stopniu szerokości geograficznej zachodniej. Ponieważ moment ten nastąpi już po nocy, kiedy  Börje będzie spał (wachtuje od  północy, więc z rozsądku lepiej aby wcześniej pospał), uroczystość zmiany dat zrobiliśmy sobie nieco wcześniej, popijając o zachodzie słońca rosyjskie piwo, o paradoksalnej jak na Morze Beringa nazwie „Baltika”. Swoją drogą jak wczoraj owe piwo kupowaliśmy, dowiedziałam się że jedna z tutejszych kiełbas nazywa się „krakowska”.

 

Powyżej: Cofamy się z 2 do 1-ego września  :-)

 

 

Po chwili…


Ale mi się podniósł poziom adrenaliny! Morze gładziutkie, ni krztyny wiatru (ale to chwilowo, bo z smsów Wojtka wynika że nadciąga sztorm, przed którym mamy nadzieję uciec), tak więc prujemy fale Morza Beringa na silniku. Steruje autopilot, który im bardziej na południe, tym lepiej sobie ze swoim powołaniem radzi (pisałam już dlaczego – na północy w pracy przeszkadzała mu bliskość Bieguna Magnetycznego). W tej sytuacji moja rola ogranicza się właściwie tylko do kontrolowania na ekranie komputera czy trzymamy kurs i wyskakiwania  co jakiś czas na pokład aby sprawdzić czy coś na nas nie płynie ewentualnie czy my na coś nie wpływamy. Właśnie przed chwilą wyskoczyłam, a tam, tuż przed dziobem, światełko. Na morzu, zwłaszcza w nocy, trudno jest ocenić odległości – światełko wydawało się niemal na wyciągnięcie ręki. Serce mi zamarło, że na tym pustkowiu zaraz się z jakimś okrętem-rodzynkiem zderzymy, no ale bez paniki, wypatruję świateł burtowych, a ich nie ma. Dopiero po dłuższej chwili wpadłam na to, że to moja ulubiona gwiazda (a właściwie –planeta) czyli Wenus, która o tej porze jest bardzo nisko nad widnokręgiem. Swoją drogą niesamowite jak tu szybko wydłuża się noc – jeszcze 2 tygodnie w ogóle nie było ciemności, a teraz o wpół do dziewiątej jest już kompletny mrok.


* * * * * *


2 sierpnia, 56.dzień wyprawy, około 14-tej
na wyjściu z Providenii
Żegnaj Czukotko!


Newa w Providenii.Trochę przed 12-tą w południe oddaliśmy cumy. Niezależnie od pilnującego nas non-stop, także w nocy,  żołnierza (bo jak nam troskliwie wytłumaczono – musi koło nas stać wojsko, bo ludzie są różni, a może ktoś by nam chciał coś ukraść), od rana zajęci byli nami chyba wszyscy tutejsi pogranicznicy. Niewątpliwie z ulgą odetchnęli, kiedy wreszcie wyruszyliśmy. W sumie to poza jednym z oficerów, tym, który sugerował, że jesteśmy szpiegami, pozostałych zdążyliśmy polubić.  Na pożegnanie powiedzieliśmy sobie nawet: „do zobaczenia w milszych okolicznościach”.

 

Zdjęcie obok: Statek Służby Granicznej "Newa" czeka w Providenii aby nas odprowadzić do granic wód terytorialnych Rosjii.

Ku naszemu zdziwieniu do granic wód terytorialnych odprowadza nas znowu znajoma „Newa”. Nie wiedzieliśmy że jeszcze tu stoi – to jakiś nonsens trzymać specjalnie dla nas tak wielki okręt, który już dwa tygodnie temu miał wymienić na Kamczatce załogę, zamiast wysłać stojący na redzie, również należący do Pogranicznej Służby, mniejszy, a więc bardziej ekonomiczny statek. No ale to nie nasz problem, choć podejrzewam że tęskniący do domu marynarze z „Newy” chętnie by nas z wściekłości udusili.  :-)


Tak czy owak cieszę się, że znowu jesteśmy na morzu i  że już wkrótce znowu będziemy mogli żeglować jak chcemy. Na razie „Newa” wyznaczyła nam punkt (waypoint) do którego musimy dopłynąć razem, potem mamy drugi punkt do którego płyniemy już sami, a potem już robimy co chcemy, oczywiście uważając, aby nie wpłynąć na wody terytorialne Rosji.

 

* * * * *

 

1 sierpnia, wieczorem
Providenia
Już wolni…


Jesteśmy wykończeni…  Dziewięć godzin przesłuchań i spisywania dokumentów wyczerpało nas fizycznie i psychicznie, a mnie jeszcze dodatkowo boli głowa od ciągłego tłumaczenia między rosyjskim a angielskim, z polskim na tranzycie.


Anna w Providenii.Zabrano nas na komisariat pograniczników jeszcze przed południem. Czując, że to jedyna okazja aby zobaczyć coś w mieście rozglądałam się ciekawie, czego efektem była na dzień dobry niezbyt fortunna wpadka. No więc wypatrzyłam coś, co przypominało komin dawnego zakładu przemysłowego.
–To ruiny jakiejś fabryki? – wypaliłam bez żadnych złych intencji.
Pogranicznik spojrzał na mnie wzrokiem bazyliszka:
- Nie, to nasza latarnia morska! Jak najbardziej działająca! – podkreślił z dumą.
Ups! Profilaktycznie do końca jazdy już o nic nie pytałam.

 

Obok: "Anna" w Providenii.


Na komisariacie zrobiono nam kawy, herbaty, poczęstowano ciastkami… Miło, ale nauczyliśmy się już, że takie traktowanie niczego nie oznacza, przynajmniej w przypadku służb administracyjno-mundurowych. Jedyni ludzie,  którym rzeczywiście tu można ufać, to prości  Czukcze, a owe służby administracyjno-mundurowe to zawsze Rosjanie z głębi kraju, odpowiednio do swojego fachu przeszkoleni.


Właściwie to nie wiem kto z iluś przewijających się przez pokój osób był najważniejszy – za biurkiem jak rozumiem „szefa” co chwila siadał ktoś inny. Zdaniem Börje to taka metoda – zmienność formy wyciągania zeznań, bo jeden oficer wydaje się sympatyczny, inny – groźny…  Ja z kolei miałam wrażenie że każdy chce okazać się ważny i mieć swoje „pięć minut”.


Tak czy owak rzeczywiście podejście do naszej sprawy było zróżnicowane. Jeden z oficerów wyraźnie sugerował, że chyba mamy tu jakąś misję szpiegowską – nie rozumiał, że te odludzie może być dla kogokolwiek najnormalniej w świecie  interesujące. Inny z kolei, kiedy inni nie słyszeli, życzliwie rzucił mi do ucha: „zwalajcie wszystko na sztorm, bo to według prawa >siła wyższa,”. Nie musieliśmy zwalać, bo rzeczywiście było to zgodne z prawdą.


Tym razem solidnie przygotowaliśmy się do składania zeznań. Ponieważ ogólnie zarzucono nam, że po wyjściu z Peveka nielegalnie przekroczyliśmy granicę wód terytorialnych  Rosji, jeszcze wczoraj wieczorem  przyszykowaliśmy dowody pokazujące że w ogóle z tych wód nie wyszliśmy, a więc w związku z tym nie mogliśmy ich nielegalnie przekroczyć. Nasze argumenty były nie do zbicia, a Rosjanie nie mogli nam swoich przedstawić dowodów że było tak jak oni twierdzą (w Kanadzie cały czas, ze względów bezpieczeństwo monitorowano nas na radarach i tamtejszy Coast Guard dobrze wiedział, gdzie się znajdujemy, tutaj jednak na taki system chyba nie mają funduszy). W każdym razie udowodniliśmy że zarzut jest bzdurny i już byliśmy pewni zwycięstwa, tyle że… nagle zarzut zmieniono! Ku naszemu zdziwieniu okazało się, że naszą winą jest nie to że wypłynęliśmy z wód Rosji i na nie znowu wpłynęliśmy, ale że z owych wód w ogóle nie wyszliśmy! Nie wytrzymałam i zapytałam, czy już naszą winę ktoś tam u góry ustalił, a teraz tylko szuka się odpowiedniego paragrafu?


W międzyczasie sprowadzono dla Börje tłumacza – gościa który studiował w Stanach i mówił doskonałym angielskim. Facet reprezentował interesy pograniczków, ale przynajmniej Börje na bieżąco wiedział o czym mowa.


Ciągle nie rozumiemy po co ta cała szopka, ale nawet sami Rosjanie z którymi mieliśmy do czynienia między Pevek a Providenią często sami przyznają, że oni też tego nie pojmują. Mało tego – niektórzy z nich wprost mówią, że wstyd im za to, jak działa prawo w ich kraju. Tłumaczą nam, że wiedzą że przepisy są durne, ale to nie oni je układali. Rozumiem ich, ale nie chodzi o to, by się tylko z czymś zgadzać; jak coś źle działa, tylko próbować to zmieniać, a przy tym mimo wszystko działać zgodnie z własnym sumieniem i pewną logiką. Tyle że tu chyba wciąż ludzie boją się pokazać co myślą, a w wojsku (pogranicznicy to przecież wojsko) niezależnie od tego co się myśli, rozkaz jest rozkazem, którego wykonanie nie podlega dyskusji.


Wracając do naszych zarzutów, tych już zmienionych. Kiedy powiedziano nam, że jakoby naszym błędem było to, że nie wypłynęliśmy od razu poza wody Rosji, trochę mnie poniosło. Nikt nam nie mówił że już, natychmiast mamy wychodzić daleko w morze, bez prawa chowania się w razie czego przy brzegu. Od samego początku, jeszcze w sądzie w Pevek i u kapitana-pogranicznika z Pevek mówiliśmy, że kilkaset mil jakie dzieli nas od Alaski oznacza, że w przypadku małego jachtu i dwuosobowej załogi, ze względów bezpieczeństwa chcielibyśmy płynąć wzdłuż wybrzeża, aby móc się schować w jakiś zatoczkach w razie konieczności odpoczynku czy przeczekania złej pogody („złej” w pojęciu nie tylko sztormu, ale także zupełnie normalnych, ale przedłużających się przeciwnych wiatrów). Zgodzono się z tym, a tymczasem teraz nagle okazuje się, że takiego prawa jednak nie mieliśmy. Poza tym miał przecież z nami płynąć statek Pogranicznoj Służby. Nie nasza wina że warunki w jakie nas wysłano z Peveka, kiedy kazano nam mimo silnego wiatru, wyjść na noc z portu, dla załogi wielkiego statku okazały się zbyt trudne i w końcu nas zgubili. Gdyby poszli z nami, jak powinni, takiej sytuacji by nie było. W odpowiedzi zarzucono Börje, że jako kapitan powinien znać rosyjskie przepisy, nawet jeśli nikt mu o nich tutaj nie powiedział, bo przecież pewnie w szkołach morskich o tym uczą. Pominęłam uwagę, że nie wiem czy w światowych szkołach morskich uczą akurat rosyjskich przepisów, zauważyłam jednak, że to że Börje  jest od 30 lat kapitanem swojej „Anny” i pływał po wszystkich oceanach świata, nie oznacza wcale ukończenia szkoły morskiej, bo takiego wymogu nie ma. Tu z kolei pogranicznicy się zdziwili. Nie mogli zrozumieć, że na Zachodzie każdy może ot tak po prostu kupić jacht i być jego kapitanem bez pięciu tuzinów papierów.


Po pierwszej wersji, że czeka nas sąd, zmieniono koncepcję – z sądu zrezygnowano, sprawa miała być rozpatrywana w trybie administracyjnym przez pograniczników. Niby miało być to dla nas dobrze – trudno powiedzieć czy tak było. Z jednej strony sąd to dodatkowy stres, z drugiej – chcieliśmy wyłożyć swoje racje przed jakimś niezależnym organem, a pogranicznicy wiadomo, bezstronni nie będą , bo po tak wielkiej akcji, niezależnie od tego co myślą, ukarać nas muszą. Inna sprawa, że chyba nas rozumieli. Nawet dyskutowali, czy te wpisane nam w Pevek w paszporty zakazy wjazdów do Rosji przez okres 5 lat można jakoś skrócić, ale ostatecznie doszli do wniosku że chyba nie, choć mogą postarać się o to nasze konsulaty w Moskwie.


Wreszcie, około 20-tej ogłoszono decyzję-wyrok. To że trzeba będzie opuścić jak najszybciej wody terytorialne Rosji, tym razem już na dobre, było jasne, pytanie tylko było, jaką karę dostaniemy. Kiedy podsunięto mi papier z informacją o grzywnie w wysokości 500 rubli, nie wierzyłam własnym oczom. Uczulona już po Wyspie Wrangla na liczenie zer, myślałam że chodzi o 5000 rubli, więc trzy razy sprawdziłam (potem Börje mówił, że też tak zrobił). Pięćset rubli to jakieś 17 dolarów! Bez dwóch zdań byliśmy wdzięczni naszym pograniczom z Providenii za taką łagodną karę, choć mimo wszystko nadal nie rozumiemy po co była ta cała szopka z przysyłaniem okrętu, holowaniem, śmigłowcem,  wyrzuconymi w błoto tysiącami dolarów.


Niezależnie od otoczki całej sprawy musimy przyznać, że w Providenii traktowano nas naprawdę dobrze. Kiedy zaczęło mi już solidnie z głodu burczeć w brzuchu i zapytałam, czy nie dałoby rady pójść do jakiejś knajpki coś zjeść, kupiono nam na rachunek komisariatu prowiant na kanapki – dobrą kiełbasę, ser, chleb…  Z kolei wieczorem, po zakończeniu sprawy, dano nam do dyspozycji samochód (rzecz jasna z kierowcą i opiekunem), dzięki czemu mogliśmy zrobić zakupy, przywieźć paliwo i zatankować wodę do kanistrów.


Teraz przechodzimy kurację odstresowującą, tym bardziej  że przy okazji zakupów oprócz takich rzeczy jak jabłka (tutaj już „tylko” w cenie 5 dolarów za kilogram – połowę taniej niż w Pevek), ser żółty czy twaróg (w Stanach takich produktów nie ma) kupiliśmy też butelkę rosyjskiej wódki. Pić w wersji rosyjskiej (ze szklanki, czysty alkohol) wciąż się nie nauczyliśmy, ale drink dobrze nam zrobi!



* * * * * *

 

1 sierpnia, 55. dzień wyprawy, rano
W porcie Providenia
Pozycja: 64 st. 25`N, 173 st. 13`W
Śniadanie z wielorybem


Port Providenia.Do Providenii (na zdjęciu obok) weszliśmy w nocy, wczoraj jakoś tak około 22-ej. Zabrano nam uzbrojonego matrosa, ale kazano stać nadal na linie. Sugerowaliśmy że może lepiej będzie na kotwicy, żeby nas gdzieś nie zniosło, ale powiedziano że nie, bo norweski „RX 2” też tak stał i było dobrze, a poza tym wachtowy ze statku poinformuje nas jeśli coś będzie nie tak. Skoro tak to zeszliśmy pod pokład i już mieliśmy się kłaść spać, ale w celach fizjologicznych Borje musiał wyjść na pokład. Wyszedł i… się zdziwił! „Anna” była niemal przy burcie statku Pogranicznoj Służby, choć nikt nas o tym przez radio nie poinformował! Trochę się zdenerwowaliśmy i zażądaliśmy mimo wszystko stanięcia na kotwicy. Tym razem już się z nami zgodzono – niedługo potem przypłynęła ze statku szalupa i zabrała nam linę i pozwolono odpłynąć na kotwicowisko „tylko niedaleko” – zaznaczając.


Wieloryb w porcie.Niezależnie od całego zamieszania, miły poranek. Wyspaliśmy się (łaskawie dano nam pospać do 8-mej), a ponieważ jest ładna pogoda, zjedliśmy sobie śniadanie na pokładzie. Główną atrakcją śniadania był: WIELORYB! Pływał sobie w portowej zatoce, blisko brzegu, co chwila wyrzucając fontanny pary. Początkowo myślałam, że biedaczysko się zgubił i teraz nie wie jak wyjść na otwarte morze, ale  pogranicznicy z Providenii którzy przypłynęli do nas na łodzi, powiedzieli że szwędające się po portowej zatoce wieloryby to tu sprawa zupełnie normalna.

 

Po prawej: Oddychającego wieloryba zdradza obłok pary.

 

Całkiem ładna okolica. Ponieważ wpływaliśmy do Providenii po nocy, poza światłami holującego nas statku nie widzieliśmy kompletnie nic. Dzisiaj rano wystawienie głowy przez luk wejściówki wywołało u mnie okrzyk zachwytu. Sceneria skojarzyła mi się z fiordami Norwegii – góry schodzące do morza. Samo miasto trudno uznać za cud architektury – typowo komunistyczne bloki (na szczęście pomalowane na kolorowo), wszędzie mnóstwo żelastwa, pełne wertepów ulice, no ale to w końcu tutejsza specyfika. Trochę dziwnie wygląda  układ osiedli – przedziela je zatoka, którą można wprawdzie okrążyć samochodem, ale to całkiem długa podróż. Tyle że teraz osiedle od strony wschodniej to tylko „miasto duchów”, z blokami bez szyb, zupełnie opuszczone. Jak się dowiedziałam, swego czasu w Providenii samych wojskowych było 40 tysięcy! Teraz wojska tu prawie nie widać, a liczba mieszkańców spadła do 2,5 tysiąca.


Po nocy na kotwicy, teraz już stoimy przy nabrzeżu, o ile można tak nazwać zbutwiały drewniany statek obok złomowiska. Żadnego porządnego pirsu nie ma – najbardziej reprezentacyjne miejsce to pomost przy którym fakt, chciano nas postawić, ale odmówiliśmy z uwagi na wystające metalowe pręty i betonowe bloki, o które byśmy się obcierali.


Jak na razie jest w miarę okej – kontroli jachtu prawie że nie było (skończyło się na kilku standardowych  pytaniach o narkotyki, cenne przedmioty, walutę itp.), wstępnie pogadaliśmy o tym,  że dzisiaj jeszcze chcą nas postawić przed sądem i kazano czekać… Posprzątaliśmy jacht i grzecznie czekamy…



* * * *

 


31 sierpnia, 54. dzień wyprawy, rano
Cieśnina Beringa
Pozycja na godzinę 0700: 65 st.09`N, 171 st. 04`W
Skacząca po falach


Holowanie.W nocy mieliśmy wiatr w plecy, teraz mamy przeciwny, co w efekcie powoduje że z gracją skaczemy na falach, przy prędkości 8 węzłów jaką narzucił nam statek wyglądając nieco jak motorówka. Trudno w takich warunkach spać (właśnie patrzę na rozłożone po obu stronach stołu „zwłoki” Börje i naszego przydzielonego do opieki matrosa), ale jest plus – wachtujący nie musi sterować, bo jacht idzie dosłownie „jak po sznurku” (w tej sytuacji powiedzenie brzmi groteskowo, ale pasuje idealnie). Krótko mówiąc – zamiast kiblować przy sterze gdzie co chwila dostaje się falą w twarz, a niezależnie od tego po 5 minutach jest się mokrym od deszczu, siedząc w zejściówce i zerkając przez przeźroczystą owiewkę na linę, mogę postukać w klawiaturę.

 

Powyżej: Jesteśmy holowani. Na dziobie - pilnujący nasz żołnierz.


ObiadekJesteśmy już mocno zmęczeni. Daje nam się we znaki niewyspanie, zmęczenie psychiczne, a do tego  przez brak gazu jesteśmy trochę głodni. Nie to, żebyśmy nie mieli co jeść – mamy pod ręką na przykład „łakomki” - ciasteczka  otrzymane ze statku pograniczników, ale przydałoby się wreszcie ugotować coś konkretnego. Nawet herbaty nie możemy zrobić, bo zagotowanie wody na kuchence turystycznej na skaczącej na falach łodzi jest mocno skomplikowane (przypomnę – problem w tym, że w czasie sztormu coś się stało z zaworem stojącej na pokładzie butli z gazem, no i gaz wyparował). O drugiej  w nocy weszliśmy na chwilę do portu Laurentia (statek pograniczników coś tam musiał zabrać), a że pogranicznicy chcieli od nas pożyczyć papierowe mapy podejściowe do Providenii (dziwne, że nie mają swoich?), przy okazji wysłana w tym celu łódź przywiozła nam wrzątek, o który poprosiłam. Na lądzie jakoś nie doceniałam gorącej wody – teraz dzięki niej mogliśmy się znowu napić herbaty i sprawdzić kolejną potrawę z serii liofilizowanych „Travellunch`ów”. Muszę powiedzieć że liofilizowana żywność (gotowe obiady wymagające jedynie zalania wrzątkiem i poczekania 10 minut) z roku na rok są coraz lepsze. Tym razem padło na paellę z owocami morza i zupę z leśnych grzybów z makaronem. Plusem jest również to, że można jeść te potrawy prosto ze sztywnej torebki, czyli odpada problem zmywania.

 

Powyżej Travellunch czyli zgodnie z nazwą - liofilizowany obiadek.


Chłopaki spia.Swoistym problemem zrobił się temat toalety. Na płynącym przed nami statku marynarze ciągle mają na nas oko (raczej: lornetkę), tak więc załatwianie się z pokładu stało się nieco krępujące. W nocy nie było problemu, ale za widoku trzeba się nieco nakombinować. Najlepiej sprawdza się współpraca: sternik odkręca nieco jacht, sikający wchodzi maksymalnie za bezanmaszt. My z Börje jakoś szybko się w tej kwestii dograliśmy, ale nasz rosyjski matros miał chyba niezłą zagrychę, co z tym fantem zrobić. Widać było że się wstydzi, ale doprowadzony do ostateczności w końcu nie miał wyboru. Na jego nieszczęście akurat ja stałam za sterem, co zapewne sprawiło mu dodatkowe, tym razem psychiczne katusze.

 

Po prawej: Ja wachtuję, Borje i Mars śpią na sąsiednich kojach w mesie.


W międzyczasie znowu mieliśmy kilka telefonów i wiele smsów. Teraz też jesteśmy już w stałym kontakcie z konsulami Polski i Szwecji. Ponoć oba kraje już w obronie nas współpracują – poszły odpowiednie noty dyplomatyczne. Z informacji jakie dostaliśmy wiemy, że po dopłynięciu do Providienii grozi nam kolejny sąd. Mam nadzieję że uda nam się udowodnić naszą niewinność. Jedno jest pewne – teraz będziemy dużo ostrożniejsi w podpisywaniu podsuwanych dokumentów  i nie damy się tak zmanipulować jak w sądzie w Pevek.



Wieczorem
Nie pierwsi…


Holują nas...Dziś zamiast prognozy pogody, której chwilowo nie potrzebujemy, Wojtek Wejer przysłał nam informację o sympatycznych wpisach internautów na portalu gazeta.pl. Dziękujemy wszystkim którzy trzymają za nas kciuki – trochę kiepsko że nie możemy Wam na bieżąco opowiedzieć co się tu dzieje.


Przed rozpoczęciem akcji „holowanie” pytałam czy można skorzystać z Internetu na statku pograniczników, ale odpowiedź była, że nie mają Internetu. Od naszego matrosa jednak wyciągnęłam że mają, no ale w sumie to ich rozumiem. Tutaj ciągle mnóstwo rzeczy jest „tajemnicą wojskową”. Kiedy zapytałam ile osób liczy załoga statku, też odpowiedź była że „tajemnica”. Jeszcze w Pevek pytałam czy moglibyśmy zwiedzić ich statek, ale mojego pytania jakby nikt nie usłyszał. Oczywiście nie omieszkaliśmy się pochwalić, że kanadyjski Coast Guard sam nas zaprosił do zwiedzenia ich okrętu, a przy okazji do zjedzenia obiadu z kapitanem. A co do zwyczajów na rosyjskich statkach to zrobiłam wywiad jaką funkcję na statku ma Denis, przystojniak z którym tak miło mi się rozmawiało w Pevek. Okazało się, że to oficer… polityczny! Ups! Myślałam że w czasach mody na demokrację z takich funkcji (które były na porządku dziennym w komunizmie) już zrezygnowano! Jak widać nie…

Co do naszego matrosa, który ma na imię Mars, to co tu nie mówić - chłopak jest w porządku. Chyba jacht mu się podoba, bo poprosił aby dać mu posterować, co nas bardzo ucieszyło, jako że zawsze to chwila luzu (ponieważ zmienił się wiatr i fala – znowu trzeba stać za sterem) . Ciekawa była rozmowa o przesądach jakie mamy w naszych krajach. Większość z nich jest podobnych, ale z tych morskich ciekawy przykład: u nas unika się wychodzenia w morze w piątek, a w Rosji w poniedziałek! Wymieniliśmy się też zdjęciami – ja dałam Marsowi zdjęcia polarnych niedźwiedzi, od niego z kolei skopiowałam foty z wyciągania na brzeg wieloryba oraz film o Kamczatce. Ponieważ chłopak na Kamczatce mieszka, spontanicznie rzucił słowa zaproszenia. „Przyjeżdżaj…”. Cóż,  dziwnie to usłyszeć, jeśli dwa tygodnie wcześniej dostało się wpis w paszporcie z zakazem wjazdu do Rosji przez okres 5 lat…


Nie napisałam że w podobnej jak my sytuacji był 2 lata temu norweski jacht „RX 2”, którego 3-osobowa załoga chciała jako pierwsza w świecie zrobić w ciągu jednego sezonu Przejście Północno-Wschodnie (ponad północną Rosją) i Przejście Północno-Zachodnie (ponad północną Alaską i Kanadą), czyli inaczej mówiąc – pełną pętle wokół bieguna. Jak to tutaj bywa – głównym problemem były dla nich przepisy, no i brak znajomości rosyjskiego. Przepłynęli ponad Rosją przez nikogo nie zatrzymywani (wieść gminna niesie, że w ogóle niezauważeni ) i dopiero w okolicach nieszczęsnego Pevek spotkali się ze statkiem Pogranicznej Służby (notabene tym samym, który nas holuje). Ich jednak nie holowano – pozwolono im płynąć samodzielnie, na silniku, chociaż też mieli na pokładzie matrosa z bronią – tego chłopaka co i my. Kiedy rozmawialiśmy o RX 2” z oficerem ze statku, powiedziałam,  że myślę że to jednak zupełnie inna sprawa – oni zdaje się nie mieli żadnych zezwoleń, a my je przecież mamy. Poza tym oni płynęli ponad Rosją dużo dłużej niż my… Odpowiedź jaką mi dano trochę mnie zaskoczyła – paradoksalnie nasza sytuacja zdaniem oficera jest trudniejsza.


Finał sprawy „RX 2” nie był jednak wcale taki zły… Postawiono ich przed sądem i kazano zapłacić karę, która była dużo mniejsza, niż gdyby chcieli wszystko formalnie załatwić i wziąć na pokład rosyjskiego pilota  za którego płaci się ponoć 100 dolców dziennie. No ale przez przymusowe siedzenie w Providenii chłopcy już nie mogli ustanowił swojego rekordu. Ich projekt rok później (latem 2010 roku) zrobił jako pierwszy rosyjski jacht „Piotr I”.


* * * * *

 

30 sierpnia, 53.  dzień wyprawy, około południa
Na Kole Podbiegunowym
Pozycja na 1126: 66 st. 33`33`N
Miało być wesoło, a jest – no cóż - przykro…


GPS potwierdza, że jesteśmy na Kole Podbiegunowym.Straciliśmy oboje radość żeglowania.  Nie tak wyobrażaliśmy sobie ten dzień. Dzisiaj – zależnie od teorii albo wraz z przecięciem Linii Kręgu Polarnego, albo wraz z przejściem Cieśniny Beringa, „Anna” zakończyła Przejście Północno-Zachodnie poszerzone o kawałek Północno-Wschodniego. Powód do radości jest, bo w końcu to jeden z najtrudniejszych szlaków żeglarskich świata, który zrobiło do tej pory bardzo niewiele jachtów. W zeszłym roku jak byłam tu na naszym polskim „Solanusie”, chwili tej towarzyszyły szampańskie nastroje, ciasto, rum. Teraz nic z tego nie było (rum wprawdzie jeszcze w wersji szczątkowej jest, ale nie byliśmy w nastroju do jego picia); na to konto był smutek i złość wymieszana z rozżaleniem. Rozumiem w pełni łzy jakie miał w oczach Börje – łzy nie tyle wzruszenia co właśnie rozżalenia. Tyle lat najpierw szykował jacht, a następnie żeglował, aby wreszcie się tu  u wejścia na Pacyfik od północy znaleźć, ale liczył, że będzie cieszył się widokiem „Anny”  prującej fale pod pełnymi żaglami. Tymczasem prujemy fale przywiązani liną do statku Pogranicznoj Służby, wdychając spaliny z ich silnika opalanego kiepskiej jakości węglem. No i do ta świadomość że jesteśmy zatrzymani, że mamy uzbrojonego człowieka na pokładzie, że nie wiadomo co z nami zrobią…

 

Powyżej: GPS potwierdza, że jesteśmy na Kole Podbiegunowym.


Tak przy okazji: ciekawe gdzie ten „cyklon” o którym nam wcześniej mówiono i przez który początkowo chciano nas zatrzymać w Enurmino. Jakaś chyba ściema (mapek pogodowych do tej pory nie zobaczyliśmy).  Straszono nas sztormem w tym rejonie, a tymczasem  nic sztormu nie zapowiada. Nawet barometr stoi jak zamurowany. W prognozach od Wojtka też nic o sztormie nie było.

 

 

30 sierpnia, po południu
W Cieśninie Beringa
Pozycja na godzinę 1610: 66 st. 15`N, 1169 st. 44`W


Teraz po kolei o wydarzeniach dzisiejszego dnia. Wystartowaliśmy o 5-tej. O 4.30 w rozmowie przez radio ze statkiem przekazałam informację od Börje, że czeka na informację od szwedzkiej ambasady a do tego czasu nie wypłynie, ale odpowiedź była stanowcza i już bez tonu sympatii: nie mamy wyboru, a jak nie będziemy chcieli dobrowolnie wypłynąć, to zostaniemy zabrani siłą, z tą różnicą że skończy się to bardzo źle. Börje  wyraził jeszcze zaniepokojenie sposobem przywiązania liny holowniczej, której w razie niebezpieczeństwa nie da się tak po prostu zrzucić, natomiast może wyrwać nam kawał pokładu, ale w tej kwestii usłyszeliśmy że rosyjscy pogranicznicy wiedzą doskonale jak wiązać liny.


Karabin leżący na koi.Bez rosyjskiego marynarza z ostrą bronią na pokładzie jednak się nie obyliśmy. Co by nie mówić – jest intruzem, bo daje nam poczucie ograniczenia wolności, ale rozumiemy też, że nie jest niczemu winien, służąc w armii wykonuje rozkazy. Traktujemy go mam nadzieję „po ludzku”, a dowodem na to, że chyba ma do nas zaufanie jest to, że po kilku godzinach chodzenia ciągle z karabinem (przy pokonywaniu schodów zejściówki nie jest to wygodny sprzęt) ,odważył się wreszcie karabin zostawić na  koi. Ciekawe, po co mu ten karabin? Czyżby się obawiali, że odetniemy linę i czmychniemy na amerykańską stronę? Do granic wód terytorialnych USA mamy przysłowiowy rzut beretem – zaledwie kilka mil, ale i tak nie mielibyśmy szans, bo na statku też są wystawieni żołnierze ciągle nas obserwujący.

 

Na zdjęciu: Mamy na jachcie nowy sprzęt zostawiony przez pilnującego nas żołnierza.


Bardzo krótką i praktycznie nieprzespaną noc mieliśmy. Ponieważ kiedy tutaj jest noc, w Europie jest dzień, co chwila dzwonił telefon. Od razu, niezwykle poważnie sprawą zajęła się Ambasada Szwecji natomiast w MSZecie telefon awaryjny, na który przełączył mnie pan z sekretariatu głucho milczał. Zadzwoniłam jeszcze do podanego przez Pawła (mojego męża) konsulatu polskiego w Irkucku (bądź co bądź to przecież Syberia), ale Pan Konsul życzliwie poinformował, że to nie jego rejon. Poprosiłam jednak, żeby w związku z naszymi problemami z łącznością, poinformował o sprawie Ambasadę RP – obiecał że to zrobi. Z tą łącznością to naprawdę problem. Dostępu do Internetu nie ma, SPOT (lokalizator satelitarny) szwankuje i  z jakiś przyczyn nie podaje naszej pozycji,  komórki nie działają, zostaje wiec jedynie Iridium, choć z takiego telefonu satelitarnego rozmawia, bo jest pogłos i ciągle zrywa połączenie, nie mówiąc o wysokich kosztach (także rozmów przychodzących).

Wiem że poszła informacja o naszych problemach na portalach gazeta.pl i tvn24.pl. Dostaliśmy w związku z tym mnóstwo życzliwych smsów od znajomych i zupełnie nieznajomych, którzy wspierają nas na duchu, piszą że trzymają kciuki i życzą szczęśliwego załatwienia sprawy. Dzięki wszystkim – nie ukrywam że czujemy się na tym końcu świata trochę osamotnieni, a dzięki takim ciepłym słowom, jest po prostu łatwiej.

* * * * *

 

29 sierpnia, 52.  dzień wyprawy, godzina 1420
Znowu problemy!


Newa czyli nasza obstawa.Od kilku godzin znowu mamy obstawę – znajomy już nam z Pevek statek pograniczników – „Newa”. Byli już ponad 100 mil przed nami, w drodze do macierzystego Pietropawłowska Kamczackiego i dostali rozkaz aby po nas wrócić. My z kolei szykowaliśmy się do wypłynięcia, stwierdzając że jest dobry wiatr więc choćby i żeglując w nocy – warto się zbierać, a tu nagle przypłynęła łódka z czukczeńskim rybakiem, który przekazał informację od Siergieja – tego sympatycznego (? teraz to już nie wiem czy sympatycznego) szefa lokalnej administracji, żebyśmy nie wypływali, bo rano przyleci w naszej sprawie… helikopter. Nie powiem, trochę się zdenerwowaliśmy. W końcu wywołałam Siergieja przez radio, aby zapytać o co chodzi, no ale że był problem z łącznością (przypadek czy Siergiej unikał kontaktu?), w związku z czym  jakiś damski głos w zastępstwie poinformował że jutro wszystko nam pogranicznicy wyjaśnią, ale jest już zmiana wersji, to znaczy zamiast helikoptera przypłynie statek stojący w Uelen. Uelen jest po drodze, tak więc zaproponowałam, że może my do tego całego Uelen sami dopłyniemy i tam dowiemy się co i jak, ale odpowiedź była krótka: mamy czekać.

 

Powyżej: "Newa", czyli statek, który dostał rozkaz holowania nas przez 250 mil (prawie 500 km).



Przy burcie Newy.Statek przypłynął dzisiaj około 10-tej i zacumował kilka kabli (kabel to morska miara długości – 1 kabel = 185.2 metra) od nas, a godzinę później mieliśmy na pokładzie dwóch jego oficerów. Szczerze mówiąc mile nas zaskoczyli, bo spodziewaliśmy się całej ekipy przewracającej jacht do góry nogami w poszukiwaniu Bóg wie czego, a tymczasem Paweł i Siergiej okazali się chłopakami naprawdę w  porządku, a przy tym kulturalnymi i wzbudzającymi sympatię. Przejrzeli dokumenty, wysłuchali tego co mamy do powiedzenia (wreszcie ktoś chciał nas „wysłuchać ze zrozumieniem”) i zaproponowali żeby podpłynąć do nich i stanąć „Anną” burta w burtę (na zdjęciu obok). Tak też zrobiliśmy, no i stoimy, jak to mówią żeglarze alongside. „Newa” niczym zabetonowana, w ogóle się nie kiwa, „Anną” trochę buja, ale jest okej.

Tak czy owak – czekamy na jakąkolwiek informację o co w ogóle chodzi, bo ciągle nie wiemy… Żeby nie marnować czasu wciągnęłam Börje na maszt, żeby zamontował naprawione już światło topowe. Przy okazji mógł sobie popatrzeć na pokład statku Pogranicznej Służby, bo ja widzę tylko jego burty tuż przy linii wodnej :-).

 

 


Kolejna obstawa.10 minut później…


Krąży nad nami helikopter wojskowy. Czyżby i jego ściągnięto do zajmowania się małym, turystycznym jachtem?

 

 

 

Dwie godziny później…


Rozmawialiśmy z Börje, że „pogranicznicy” a „pogranicznicy” to jednak ogromna różnica. Ciągle mamy w pamięci kapitana z Pevek który przywołuje u nas traumatyczne przeżycia. Marynarze z „Newy” to jego zupełne przeciwieństwo – bardzo uczynni i pomocni. Właśnie jesteśmy po akcji zaopatrzenia nas w wodę, dostaliśmy też 30 butelek mineralki, ileś kartonów mleka i soków, a na osłodę życia – dwa kartony ciasteczek. Wszystko z uśmiechem, dobrym słowem. Kolejny przykład tego że ludzie morza zawsze się zrozumieją.


Wieczorem…


Pozwolono nam wrócić do zatoczki „przy polarce” (stacji polarnej), czyli znowu kotwiczymy tu gdzie wczoraj. Niestety jutro też będziemy tu kiblować, bo jak nam powiedziano, jest ostrzeżenie przed „cyklonem” który ma nadejść jutro z południowego-wschodu, a ta zatoczka akurat dobrze przed nim strzeże.


Newa o zachodzie słońca.Ustalenia są następujące: jak tylko wiatr odpuści, pogranicznicy muszą odstawić nas do Providenii, a chcą to zrobić ciągnąc nas na holu. Takich doświadczeń jeszcze nie mieliśmy. Coś tam wspomniano o kimś od nich kto płynął by z nami – powiedzieliśmy, że nie ma takiej potrzeby, poradzimy sobie sami.

Zdjęcie obok: Jeszcze raz nasza obstawa, tym razem o zachodzie słońca.


Z innych spraw to postanowiliśmy część zapasów otrzymanych dzisiaj ze statku Pogranicznoj Służby oddać czukczeńskiej rodzinie mieszkającej na stacji polarnej. Jutro zawieziemy im mleko, soki, ciastka i witaminy plus różne inne medykamenty z naszej apteczki (plastry, bandaże), ale widząc już teraz czukczeńskie dzieciaki siedzące na brzegu i przyjaźnie do nas machające, wzięliśmy worek na śmieci, włożyliśmy do niego kilka paczek ciastek, nadmuchaliśmy by we wnętrzu było powietrze i wrzuciliśmy na wodę, licząc że fale zniosą przesyłkę na pobliską plażę. Niestety prąd zniósł paczkę na skały, co sprawiło że zaczęliśmy się poważnie bać, czy nie narażamy dzieciaki na niebezpieczeństwo, bo oczywiście zaciekawione tajemniczą paczką postanowiły za wszelką cenę przesyłkę złapać. Trochę to trwało, ale widzieliśmy przez lornetkę, że się udało. Potem krzyczały podziękowania!


[PS. Niestety, wydarzenia następnego dnia sprawiły, że mimo dobrych chęci nie udało nam się już doręczyć planowanej większej paczki. Szkoda!]

 


Późnym wieczorem
Niepożądani goście


Powtórka z rozrywki – podobnie jak w Pevek nastąpił nieoczekiwany zwrot sytuacji, na gorszą niestety. Może jestem za bardzo naiwna – zakładam że ludzie mają dobre zamiary, ale potem nagle okazuje się, że przynajmniej w tym kraju nie wiadomo komu można wierzyć, więc może lepiej byłoby od razu wykazywać się podejrzliwością. Nie jestem pewna czy te dobre gesty na początku, uśmiechy, wyrazy sympatii i zrozumienia to nie rodzaj podstępnej gry w celu „zmiękczenia przeciwnika”.

Właśnie kończyliśmy z Börje  kolację – rybę którą dostaliśmy od kolegi-Czukczy, kiedy głos w radiotelefonie poinformował nas, że wkrótce popłynie do nas łódź z prognozą pogody. Zdziwiłam się tą uczynnością, ale uznałam że to miłe, że ktoś fatyguje się by po zmroku spuszczać szalupę i płynąć do nas z prozaiczną mapka synoptyczną, więc w ramach rewanżu wypaliłam od razu z zaproszeniem na herbatę. Spontanicznej radości z zaproszenia nie usłyszałam, ale zrzuciłam to na karb wojskowej oficjalności…


Minęło 40 minut, łódź rzeczywiście podpłynęła. To co było potem mocno nas zszokowało. Nagle na pokładzie pojawiło się mnóstwo ludzi, jakaś lina, na rufie stanęło dwóch uzbrojonych żołnierzy. Mniejsza o szczegóły – Börje był wściekły, że ktoś nagle  wskakuje na jego jacht bez choćby grzecznościowego zapytania czy można, po czym bez wyjaśniania szczegółów, nagle się na nim szarogęsi. Ja też nie powiem – byłam zdenerwowana,  a  z wrażenia nie byłam w stanie rozmów tłumaczyć, bo myliły mi się języki. Żadnych mapek pogody nie dostaliśmy, za to na pokładzie bez uzgodnienia z  Börje pojawiła się długa lina holownicza. Najbardziej jednak wkurzyli nas ci żołnierze z bronią z poważnymi, srogimi minami stojący na rufie. Nie było wiadomo o co chodzi, dlaczego ta lina już teraz, bo przecież następnego dnia mieliśmy w zatoczce czekać na lepszą pogodę…


W końcu jednak nas poinformowano, że już, teraz, za chwilę, mamy wychodzić w morze. Odmówiliśmy, zgodnie z prawdą tłumacząc, że musimy skontaktować się naszymi przedstawicielstwami dyplomatycznymi, a poza tym musimy przygotować jacht do wypłynięcia, tym bardziej skoro sami pogranicznicy straszą jakimś „cyklonem”. Oprócz tego najnormalniej musimy chwilę się przespać. Stwierdzono, że ok, pogranicznicy pójdą nam na rękę, to znaczy wypłyniemy o 3.30. Po długich pertraktacjach stanęło na 5-tej.


Ciągle nie możemy zrozumieć, dlaczego nas tak traktują? Po cholerę ściągali ten wielki statek – w końcu jesteśmy tylko małym jachtem, o bardzo prostym wyposażeniu, z typowo turystycznym celem pobytu. Jeden z oficerów na nasze niezmienne pytanie o co w tym wszystkich chodzi  stwierdził krótko: wyższa polityka…

 

* * * * * *

 

28 sierpnia, 51. dzień wyprawy, po południu
Zatoka przy Przylądku Netten – II dzień


Wieloryb na brzegu.Właśnie wróciliśmy z dość długiego trekingu po miejscowych wzgórzach. Na początku przeszliśmy się plażą na której wyraźnie widać odciśnięte tropy niedźwiedzicy z młodym. Lokalesi mówią, że przychodzą każdej nocy aby posilić się mięsem wyrzuconych tu na brzeg wielorybów. W ciągu dnia wieloryby rozdziobują ptaki – wielkie mewy. Taki zwierzęcy „szwedzki stół” (tak na marginesie to Szwedzi nie znają takiego określenia  :- ). W jednym z wielorybów widać też dziurę wyraźnie wyciętą przez ludzi. Pewnie brali mięso dla psów, bo sami zabitych przez naturę zwierząt nie jedzą, twierdząc że to mięso niezjadliwe. Zjadliwe jest jedynie te ze świeżo upolowanych zwierząt.


Smutno wygląda nieżywy wieloryb, dumne, wielkie, a zarazem bardzo mądre zwierzę, które zginęło wyrzucone przez fale na brzeg.  Takie są jednak prawa natury – błąd wpłynięcia na za płytką wodę kosztuje ich życie.

 

Fot. powyżej: wieloryb wyrzucony na brzeg i podjadany przez niedźwiedzie.


Z rakietą na niedźwiedzie.Ze względu na ryzyko spotkań z niedźwiedziami których w okolicy trochę jest (dzień wcześniej jeden krążył przy wiosce), zabraliśmy ze sobą rakiety i otrzymany na Wyspie Wrangla gaz pieprzowy. Ja miałam jeszcze dodatkową broń – kijki trekingowe, ale jak się potem dowiedziałam od Czukczów – kije odstraszają niedźwiedzie polarne, a nie brunatne, które grasują tutaj. Broni jednak nie braliśmy –ponoć rakiety powinny wystarczyć. Co do używania broni to nikt z Czukczów niedźwiedzia brunatnego nie zabije – szanuje się go jako myśliwego,  a co najważniejsze - wierzy się, że pod taką postacią występują  przodkowie czukczeńskich myśliwych. Co innego niedźwiedź polarny – na nie się poluje, a właściwie to polowano, bo teraz zabraniają tego przepisy. Miejscowi twierdzą, że ten zakaz to efekt ”osobistego PRu” aktualnego prezydenta Rosji, który ma przecież na nazwisko: Miedwiediew, czyli „niedźwiedź” i to właśnie zwierzę ma też w swoim rodowym herbie. Zupełnie poważnie to mówią, choć myślę, że to jednak efekt plotki-dowcipu,, a w rzeczywistości chodzi  o obwarowaną międzynarodowymi podpisami ochronę gatunku.

 

Zdjęcie po prawej: tak wygląda rakieta wykorzystywana na jachtach przy wzywaniu pomocy, a na lądzie na przykład do odstraszenia niedźwiedzia.


Niedźwiedzie tropy.Pytałam miejscowych czy się boją niedźwiedzi. Odpowiedzi były skrajnie różne. Od takich „Nie, nie ma czego” po szczere „Jasne że tak”. Jedna z dziewczyn na moje dociekania jak zabezpiecza się przed niedźwiedziami, odpowiedziała zupełnie naturalnie: -Mam nadzieję, że ich nie spotkam! Skutecznym sposobem jest na pewno zabieranie ze sobą psa, zwłaszcza takiego wytrenowanego specjalnie na spotkania z niedźwiedziami.

 

Na zdjęciu obok: tropy niedźwiedzicy z młodym odciśnięte na plaży.


Z drugiej strony brunatne miśki jeszcze w tej okolicy nikogo nie zjadły (-Mamy z nimi pakt – my im schodzimy z drogi, one nam! – mówił Saszka). Ale nie jest do końca tak, że nie gustują w ludzkim mięsie. Ponoć tego lata zżarły kogoś w okolicach Laurentii (miejscowość trochę bardziej na południe).Znaleziono tylko quada którym facet jechał i szczątki nieszczęśnika. Kilka dni temu niedźwiedź (ale to już polarny) zjadł kogoś na Przylądku Schmidta (niedawno tam przepływaliśmy).


Tak czy owak miśków nie lekceważyliśmy i uważnie obserwowaliśmy okolicę. Rozpraszały nas jedynie moroszki, których tutaj też jest pełno – spotkaliśmy zresztą sporo ludzi którzy z wiadrami wyszli na ich zbieranie. Tym razem nic nie uzbieraliśmy na jacht – zadowalaliśmy się degustacją na miejscu, prosto z krzaka. Z ciekawostek – były na trawie (a wcześniej na plaży) ślady sani od psich zaprzęgów! Zimą to tutaj powszechny środek transportu, ale latem też się ich używa. Sposób zaprzęgu jest taki jak w Europie, czyli w „jodełkę” (piszę o tym, bo na przykład Inuici grenlandzcy zaprzęgają psy w „parasol” czy inaczej mówiąc w „spadochron”).


Już po powrocie na jacht dowiedzieliśmy się, że na szczytach dwóch z miejscowych wzgórz, na które akurat nie weszliśmy, pośród skał, leżą ludzkie czaszki będące pozostałością po tradycyjnym pochówku stosowanym przez Czukczów w minionych wiekach. Zmarłych układano tam rozcinając im piersi i nacinając żyły na udach, co zwabiało ptaki i zwierzęta obgryzające mięso. W naturalny sposób po kilku dniach pozostawały tylko kości…

Kończę, bo zaraz ma przypłynąć w gości czukczeńska rodzina u której byliśmy wczoraj na kolacji…



28 sierpnia, wieczorem
Wielka kita!


Borje z kitą.Börje popłynął odwieźć  „naszego” Czukczę który wraz z rodziną nas odwiedził (rodzina wróciła wcześniej)  i wrócił z wielką kitą! Ma pewnie z metr! Oczywiście kita, nie Börje. Kita to jedna z tutejszych ryb, tak jak większość tych, z którymi mamy do czynienia – z rodziny łososiowatych. Nasz kolega-Czukcza mówił żeby z mięsa usmażyć  kotlety, a kawior zalać soloną wodą, ale jak się okazało to jednak samiec nie samica, czyli kawioru nie budiet (wcale nie żałujemy, bo żadne z nas za kawiorem nie przepada). W każdym razie teraz, mimo późnej już pory, Börje szaleje z nożem po pokładzie i tnie kitę na kawałki.

 

Fot. obok: Borje z kitą.


Nazwy „kita” nie należy mylić z „kit”, bo to dla odmiany wieloryb! A tak w ogóle to jest takie tutejsze powiedzenie, jeśli nalewają nam alkoholu i chcemy powiedzieć że tylko troszeczkę, tak malutko. Można rzecz jasna po rosyjsku powiedzieć: „ciut-ciut”, ale lepiej po czukocku: „kit-kit”. Ponoć czasem Czukcze lubią żartować z Rosjan którzy słysząc to, nie łapią o co chodzi. Mówią wtedy, że „kit-kit” to inaczej „dwa kita” czyli dosłownie: „dwa wieloryby”. Taka gra słów…


Nasz przyjaciel - rodowity Czukcza.A tak w ogóle to zapytałam naszego kolegę-Czukczę (zapytałam pod koniec pół litrówki rosyjskiej wódki – wcześniej się nie odważyłam) jak Czukcze reagują na kawały jakie się o nich opowiada. Stwierdził, że wcale się nie obrażają… Rozmawialiśmy też, że kawały są często zupełnie nieaktualne. Choćby takie jarangi – tradycyjne domy. W kawałach ciągle figurują, a w rzeczywistości poza tak zwanymi tundrownikami (Czukczami żyjącymi w głębokiej tundrze), już nikt w nich nie mieszka. Współczesny Czukcza mieszka w zwykłym domu, chodzi z komórką i ewentualnie jeszcze z radiem do łączności, a o jarandze młode pokolenie co najwyżej słyszało od dziadków. Coraz częściej młode pokolenie nawet po czukczeńsku nie mówi (starsi owszem, tak). Muszę przyznać, że strasznie trudny to język, bo sporo jest  gardłowych  głosek. Może dla przykładu kilka słówek, dla uproszczenia z zapisem fonetycznym:
- dzień dobry            jetti
- do widzenia             attaw
- poczekaj            ew-ew
- dobrze            jekajym
- na zdrowie!  (przy wódce)     nymeśl-eł-kytwarkynietyk   (jeju! strasznie trudne!)

Zdjęcie obok: z naszym miejscowym kolegą, Kimem-Czukczą.


I na zakończenie – nauczyłam się całować po czukczeńsku! Nie ma w tym przypadku żadnego cmoknięcia – jest jedynie dotknięcie policzka nosem i lekkie wciągnięcie powietrza. Co kraj to obyczaj!

* * * * * *

 

27  sierpnia, 50. dzień wyprawy, wieczorem
Zatoka przy Przylądku Netten


Nie wiem od czego zacząć – tyle się dzisiaj działo. Jedno jest pewne: jutro kac murowany, bo bez wódki tu się po prostu nie da. Z drugiej strony w ciągu dzisiejszego dnia dowiedziałam się więcej o życiu na Czukotce niż w ciągu całego pobytu, utwierdzając się przy okazji w przekonaniu, że co jak co, ale ludzie tu wyjątkowi.


Łodzie rybackie przy burcie Anny.Zaczęło się od niezwykłej pobudki. Zamierzałam spać do oporu, czyli odespać zarwaną noc nie ustawiając budzika, a tymczasem około 7-mej obudził mnie Börje oznajmiając że muszę wyjść na pokład, bo ktoś tam podpłynął. Myśląc „ktoś tam” oczekiwałam pograniczników, tudzież jakiegoś oficjela, a tymczasem kiedy wygramoliłam się na pokład ujrzałam otaczające „Annę” łodzie wypełnione tłumem lokalesów (w tym kobiety i dzieci ).  Zaciekawione nami twarze lustrujące mnie 20-30 parami oczu milczały – rozmowę prowadził jedynie młody chłopak o imieniu Aleksander, czyli inaczej Sasza. Potem się okazało, że część tych ludzi nawet nie zna dobrze rosyjskiego – ciągle w użyciu jest tu język czukczeński, który nijak ma się do innych znanych mi języków.

 

Fot. wyżej: wycieczka Czukczów chcących zobaczyć nasz jacht. Poniżej - jedna z mieszkanek Enumino.


Czukczenka.Po pewnym czasie łodzie z lokalesami odpłynęły, a został tylko Sasza z Griegorijem pracujący jako zawodowi myśliwi.  W zacieśnianiu stosunków międzynarodowych, jak to w Rosji, pomogła wódka, a dokładniej resztki kanadyjskiego alkoholu o nazwie „Polar”, z  białym niedźwiedziem na butelce. Tutaj alkohol to dobro wybitnie luksusowe, bo w miejscowym sklepie zakończyła się licencja na jego sprzedaż, w związku z czym niesprzedane dotąd zapasy zostały przez policję zaplombowane. Pojedyncze sztuki odplombować się rzecz jasna da  :-) , przy czym narzut za tę oczywiście nielegalną czynność wynosi 100 procent (normalna cena  butelki to przeciętnie 250 rubli, czyli 9 dolców, ale w opisywanej sytuacji cena skacze do 500 rubli). Jak się dowiedzieliśmy dostawcami alkoholu są przypływające tu statki, na których są całe „fabryki-destylarnie”. Spirytus jest jednak różnej jakości – taki po którym się ślepnie wcale nie należy ponoć do rzadkości.


Zawartość butelki sprawiła że nasi goście coraz chętniej opowiadali o tutejszym życiu. Za Związku Radzieckiego była tu jeszcze jakaś produkcja – między innymi szyto ubrania ze skór. Teraz tutejsi ludzie zdani są sami na siebie, a dokładniej jak podkreślał Sasza – na grupę zawodowych myśliwych którzy zapewniają im jedzenie w postaci morsów, fok i wielorybów (niezależnie od tych łowów każdy ma też to, co sam złowi, zbierze lub upoluje w tundrze).


Wioska ma przyznany limit 6 wielorybów rocznie – dwa z nich już wykorzystała. Na polowanie na wieloryba wypływa 5 łodzi, na każdej z nich po 6 osób, czyli w sumie 30, a reszta mieszkańców czeka w napięciu czy im się uda, bo poniekąd od tego zależy jak będzie z prowiantem na zimę (mięso upolowanej zdobyczy dzieli się na wszystkich mieszkańców, choć najlepszy kawałek przypada temu, któremu celnie wbił harpun). W przeciwieństwie do Eskimosów z Alaski, tutaj w polowaniach na wieloryby nie uczestniczą kobiety.


Szasza opowiadał jak kiedyś cudem uniknął śmierci, kiedy wraz z drugim kumplem już wbili śmiertelny harpun w ciało walenia, ale nie wiedzieli że to matka z młodym. Zdenerwowany maluch podbił grzbietem i wywrócił łódź, wyrzucając chłopców do morza. Oczywiście w tej sytuacji myśliwi wypuścili linę od harpuna – wielorybia samica pewnie przepłynęła jeszcze jakiś dystans i utonęła (bo wieloryby jako ssaki nie mogąc zaczerpnąć powietrza, toną). Co się stało z osieroconym młodym – nie wiadomo. Tak czy owak niefortunni myśliwi ledwie uszli z życiem.


Borje ogląda lokalne sanki do psich zaprzęgów.Drugi raz, kiedy Sasza omal nie stracił życia wydarzył się pod koniec ubiegłego roku, kiedy wraz z kilkoma myśliwymi pojechali psim zaprzęgiem do innego osiedla w tundrze. W drodze powrotnej do domu zaskoczyła ich burza śnieżna. Mieli ze sobą namiot, ale tak wiało, że nie byli w stanie go rozstawić. Pechowcy przeleżeli pod śniegiem, bez wody i jedzenia przez ponad tydzień – dopiero wtedy znalazła ich uruchomiona w międzyczasie ekipa ratunkowa. Jedna osoba zamarzła, zginęły też psy, a co do uratowanych, to odwodnionych i wyziębionych zabrano ich helikopterem do szpitala. Przykrą pamiątką tego wydarzenia u wszystkich  z nich są odmrożone stopy, przy których potracili palce. Widać że dla Saszy było to bardzo traumatyczne przeżycie – trudno się dziwić!

 

Na zdjęciu obok: Saszka pokazuje Borje lokalną wersję sanek.


Po którejś tam szklance z wódką (bo tu naprawdę pije się nie na kieliszki, ale na szklanki) Sasza ośmielił się zapytać czy nie moglibyśmy mu dać trochę parcianej taśmy którą mamy na jachcie nawiniętą na wielkie bębny. Oczywiście dostał – ponoć potrzebne mu to do psiego zaprzęgu [następnego dnia kolejną porcją taśmy, również do zaprzęgu, uszczęśliwiliśmy innego Czukczę]. Jeśli ktoś będzie wybierał się w te strony to w ramach mile widzianych przez lokalesów prezentów sugeruję: wódkę (ile by jej nie było  i tak pewnie jej zabraknie), duże ilości papierosów (najlepiej zachodnich), rakiety – takie do odpalenia (dosłownie wszyscy o nie pytają), taśmy do zaprzęgów, słodycze dla dzieciaków (tu ich nie dostaniemy) albo jeszcze lepiej – owoce w puszkach (my daliśmy brzoskwinie, z których się bardzo ucieszono).

Ulica Sowietska w Enurmino.Wracając do tego co było dalej… W końcu Sasza zabrał nas swoją łodzią do wioski. „Anną” byłoby tam trudno zakotwiczyć, nie mówiąc o tym że fala przyboju mogłaby uniemożliwić przedostanie się pontonem na brzeg. Miejscowa łódka była jedyną możliwością. Wioska jak wioska – czułam się trochę jak na Ukrainie. Asfaltu nie ma, ale to akurat w Arktyce normalne (w północnej Kanadzie czy na Alasce też go brak). Najbardziej rzucającym się w oczy obiektem jest szkoła – z wyglądu bardzo nowoczesna, nieco futurystyczna, mocno kontrastująca z rozpadającymi się innymi chałupami. Co do szkoły, to uczy się w niej niewiele ponad 30 dzieciaków – są w niej jedynie trzy pierwsze klasy plus przedszkole. Starsze dzieci wywozi się do szkół w miastach oddalonych o setki kilometrów, gdzie mieszkają w internatach.

 

Fot. powyżej: Ulica Sowietska w Enurmino.


Główna ulica wioski nazywa się „Sowietska” (!). Na jej końcu wznosi się wysoka wieża, kojarząca się z wieżyczkami dla strażników w obozach, choć ta ponoć służyła dawniej pogranicznikom, a teraz stoi niewykorzystana. Nie ma w wiosce cerkwi, żadnej knajpki, właściwie to poza sklepem nie ma nic. W sklepie – puchy – w przenośnie i dosłownie bo z owych puch to są szproty i tuszonka. Jest jeszcze chleb i kilka dóbr luksusowych, na które miejscowych ze względu na ceny po prostu nie stać: pasta do zębów Colgate, proszek Omo i herbata Earl Gray – wersja oryginalna, sprowadzona z Anglii. Chcieliśmy kupić jakieś słodycze, choćby cukierki dla dzieciaków, ale nic w tym stylu nie było. Tłumaczono nam, że czekają na statek z zaopatrzeniem. Właściwie to statek już nawet przypłynął, ale że był sztorm to nie mógł podejść i popłynął dalej.


Co do sztormu to nie przypuszczaliśmy, że to takie wielkie sztormisko było. Nam się dał we znaki, bo nas zaskoczył, a poza tym jesteśmy małą jednostką. Tymczasem okazuje się, że nawet wielkie statki, które odebrały ostrzeżenia o zbliżającym się sztormie, miały duże problemy. Jeden z nich zgubił przy tej okazji część swojego ładunku, z innego  zsunęła się wielka barka do przewożenia towarów z kotwicowiska na brzeg. Słuchając opowieści lokalesów mam wrażenie że było znacznie gorzej niż  my to oceniliśmy.


W drodze do domu Saszy, gdzie mieliśmy poznać jego rodzinę, zahaczyliśmy o posterunek milicji. To znaczy tak bardzo nie pałaliśmy chęcią, by tam wstąpić, ale dla Saszki było oczywiste, że musimy się tam pokazać, tym bardziej że Sasza liczył chyba że jako cudzoziemcy dostaniemy zezwolenie na kupno wódki ( i się z nim podzielimy). Potem kiedy już siedzieliśmy za stołem zastawionym rybą, moroszką (dostaliśmy na drogą trochę tego i tego)  i domowym ciastem (rzecz jasna to już nie na posterunku tylko u Saszki), zadzwonił telefon że musimy się jeszcze zameldować u szefa miejscowej administracji. Facet okazał się bardzo miły – nim zdążyliśmy cokolwiek powiedzieć wyciągnął butelkę oryginalnego Jacka Gordona, rozlał raz i drugi, a kiedy pierwsze lody zostały przełamane  zaprowadził do swojego domu, gdzie poznaliśmy jego żonę – Nataszę. Sympatyczne małżeństwo – oczywiście jak to ludzie z administracji - nie miejscowi, ale Rosjanie z głębi Rosji (oni akurat z Omska). Przy barszczu  (w Rosji „barszcz” oznacza kapuśniak) i wszechobecnej tu moroszce, o wódce nie wspominając, bo to w tym kraju oczywiste, spędziliśmy całe popołudnie, które byłoby bardzo miłe, gdyby nie ileś telefonów od pogranicznej służby, jakie w międzyczasie odebrał gospodarz, a które nic dobrego nie wróżyły.

Powrót na jacht był nieco kłopotliwy, bo Saszka był już na tyle wstawiony, że się przewracał, co sugerowało, że może mieć problemy z prowadzeniem łodzi. Tak też zresztą było – najpierw chciał nas zawieźć w zupełnie przeciwną stronę, potem kilka razy prawie łódki nie wywrócił.

Takimi łodziami wypływa się i na ryby, i na morsy.Na koniec  dnia, już na naszym pontonie, przeprawiliśmy się z Börje na „polarkę”, jak tutaj nazywają resztki dawnej stacji polarnej. Resztki, bo stacja wybudowana w latach 50-tych lata świetności ma już dawno za sobą. W każdym razie nie ma na niej naukowców, a w dość zaniedbanych budynkach mieszka jedna rodzina, której głową jest młody Czukcza o iminiu Kim. Od razu jak nas zobaczył dobijających pontonem do brzegu, wyszedł do nas  i z miejsca zaprosił do domu na kolację. W domu, w ciasnej izbie czekały dzieciaki, żona i matka -kobieta ponad 70-letnia. Światła nie mają (w ogóle nie mają prądu), wody bieżącej też nie (korzystają wyłącznie z deszczówki), pożywienie to latem ryby, a zimą mięso morsów i wielorybów. Ponieważ w rozmowie wyszło mimochodem, że zimą maluchy mają awitaminozę, obiecałam, że dostaną od nas tabletki-wiaminy. Dostaliśmy od firmy Super-pharm spory zapas tabletek „Centrum”, ale jest ich dużo więcej niż potrzebujemy, tak więc dobrze, jeśli będą służyć czukczeńskim dzieciom.

Powyżej: Takimi łodziami wypływa się i na ryby, i na morsy.


Po kolacji (smażona ryba z chlebem krojonym tradycyjnym nożem eskimoskim) nasz znajomy  pochwalił się tym co ma w mieszkaniu. Pewnym zaskoczeniem w mieszkaniu była szafa, w której Kim ustawił fotografie Lenina i Stalina! Taki niby ołtarzyk. Kiedy wyraziłam zainteresowanie i dopytywałam się, czy to taka jego inicjatywa, czy ktoś mu kazał, z dumą przyznał się, że jak najbardziej jego i  jeszcze chciał dostawić Marxa i Engelsa,  ale niestety się nie udało (podejrzewam, że po prostu nie miał ich fotografii). Z drugiej strony wiem też, że w wiosce żadnych pomników wymienionych panów nie było.
Przed powrotem na jacht zostaliśmy przez żonę Kima obdarowani moroszką… Wcześniej też dostaliśmy jej zapas – od mamy Saszki. Teraz robimy powidła…

 

Jak Amundsen zaadadoptował małą Czukczenkę

Wioska przy której zimował Amundsen.Fot.obok: w tej zatoczce co i my prawdopodobnie zimował niegdyś jacht "Maud" Amundsena.


Z różnych źródeł wiemy, że przy wiosce Enurmino, czyli tej przy której teraz jesteśmy, jedną z zim swojego wieloletniego rejsu w latach 20-tych XX wieku, spędził jacht „Maud” Amundsena (tego samego Amundsena, który był pierwszym zdobywcą bieguna południowego). Coś nam się wydaje, że stali w tej samej zatoczce co i my, bo przy samej wiosce warunki są gorsze. Ponieważ mam na jachcie książkę o Amundsenie, przytoczę ciekawy i wzruszający fragment związany  z kontaktami Wielkiego Polarnika z tutejszymi Czukczami:


„W zatoce Sierdce-Kamień niewielka gromada tubylców, Czukczów, żyjąca na brzegu w trzech nędznych jarangach, które przypominały z daleka czapki borowików-olbrzymów, powitała z entuzjazmem niespodziewanych przybyszów. (…) Amundsen często korzystał z ich pomocy. (…) Jeden z nich, imieniem Kakot, stał się niemal członkiem załogi „Maud”. Za łyżkę strawy wykonywał każdą pracę zręcznie i szybko. Pewnego dnia wzburzony kucharz wpadł do kabiny dowódcy.
- Kapitanie, Kakot uciekł, zabrał z kuchni worek żywności!
Amundsen nie dowierzał własnym uszom.
- Żywność nieważna, mamy jej pod dostatkiem, ale czemu tak postąpił? Dałbym sobie za niego rękę uciąć.
Minęło kilka dni. Szalała zadymka, kiedy młody Czukcza powrócił na pokład „Maud”. Nie otrzepując śniegu z ubrania, jak to zazwyczaj czynił, stanął na progu messy. Jego śniada, płaska twarz wyrażała rozpacz. Bez słowa rozchylił poły futrzanego ubrania. Spod szmat i strzępów  skór wyjrzały ogromne, czarne, pełne przerażenia oczy. Kakot nie był sam, przyniósł ze sobą małe, wychudzone jak szkielet dziecko.
- Przybyłem za późno. W ja randze nie było nic do jedzenia. Moja kobieta już nie żyła, ostatnie kęsy oddała Kakonicie. Przywiozłem ją do ciebie, kapitanie – mówił martwym, drewnianym głosem. Niczego nie oczekiwał, o nic nie prosił.
Jakby domyślając się, że o niej mowa, paroletnia dziewczynka wyciągnęła chude ramionka do Amundsena. Bez chwili namysłu podniósł ją na wysokość głowy. W zetknięciu z tym drobnym, lekkim jak piórko dzieckiem, jakoś dziwnie zrobiło mu się na sercu.
(…) Od tej pamiętnej chwili Kakonita stała się najważniejszą osobą na „Maud”.
Wiedząc że mała Czukczenka godzinami potrafi stać na pokładzie , wyczekując go, Amundsen powracał szybciej niż zwykle z wypadów w teren. Podczas jego nieobecności żadna siła nie mogła zmusić dziewczynki  do przełknięcia najsmaczniejszego  placka czy kawałka ulubionej czekolady.
- Jak kapitan wróci – odpowiadała niezmiennie.
Kakot z radością patrzył na wypełniające się z każdym tygodniem policzki dziecka i na wielkie czarne oczy, w których nie było już smutku.
- Jeśli chcesz, zabiorę ją ze sobą do Norwegii , wychowam, ukończy szkołę – oświadczył mu pewnego dnia Amundsen.
Młody Czukcza spojrzał na niego z wdzięcznością.
- Zrób tak, kapitanie. Sam nie wiem co z nią począć jak stąd odpłyniecie. Będzie znów głodować.”


Tyle cytat z bardzo wciągającej książki Aliny i Czesława Centkiewiczów „Człowiek, o którego upomniało się morze” (Warszawa, wyd. Czytelnik, 1972). Powiem tylko że finał tej historii nie był jednak szczęśliwy. Amundsen wziął wprawdzie małą Kakot plus jeszcze jedną trochę starszą miejscową dziewczynkę do Norwegii, zgodnie z obietnicą zapewnił im opiekę i szkołę, ale jak piszą Centkiewiczowie – w wyniku nagonki prasy sugerującej że to pewnie jego nieślubne dzieci itp., ostatecznie odesłał Czukczenki z powrotem do ich rodzinnych stron.


Podpytywałam miejscowych czy wiedzą coś o losach małej Kakot. Okazuje się, że w ogóle nie znają tej historii. Mało tego – nie wiedzą wcale że Amundsen przy ich wiosce zimował, a tak naprawdę to nie wiedzą wcale kto to był Amundsen!



* * * * *



26 sierpnia, 49. dzień wyprawy
Na trawersie przylądka Dżenretlen, Morze Czukockie (Rosja)
Pozycja na godz. 1505: 67 st. 07`N, 173 st. 38`W
Hurra! Słońce!


Aż trudno nam uwierzyć, po tych dniach niepogody,  jednak czasem świeci  tutaj słońce! Dzięki temu dziś wreszcie mogliśmy zobaczyć naszą zatokę – bez mgły i deszczowych chmur wygląda naprawdę atrakcyjnie. Na zachodnim jej brzegu są całkiem wysokie góry, niektóre ośnieżone.


Już od samego poranka zrobiło się ciekawie. Budziki mieliśmy nastawione na 6-tą, Börje wstał za potrzebą już o 5-tej, robiąc przy tej okazji alarm, że na brzegu siedzi  biały niedźwiedź! Szczerze mówiąc trochę potrwało zanim się wygrzebałam z koi, tym bardziej że nie byłam pewna czy Börje mnie nie wkręca, ale niedźwiedź rzeczywiście był! Niestety, zanim wróciłam z aparatem, zdążył już trochę się oddalić…


Misiek płynący obok jachtu.Szczerze mówiąc trochę wcześniej przebudziło mnie coś jakby stukanie w burtę. Nawet w pierwszej chwili pomyślałam że to niedźwiedź, potem uznałam że to niemożliwe – jeśli już, to foki lub morsy, a na końcu uznałam, że to omamy w moich snach. Teraz wiem, że pierwsza wersja mogła być jednak prawdziwą, bo tutejsze miśki to bardzo ciekawskie zwierzęta. Nawet Börje twierdził, że ten osobnik był bardzo zainteresowany nami, bo przez długi czas siedział na brzegu, jakieś 30 metrów od jachtu (dokładnie tam, gdzie wczoraj przy schodzeniu na ląd zostawiliśmy ponton) i bacznie się nam przyglądał. Swoją drogą jak wczoraj zrobiliśmy sobie spacer na brzegu, nawet nie wzięliśmy strzelby. Profilaktycznie mieliśmy tylko po rakiecie i kijku trekingowym (zgodnie z zaleceniami strażników z Wyspy Wrangla, że najskuteczniejszy jest kij), ale w ogóle nie przypuszczaliśmy że na tym terenie też mogą być niedźwiedzie polarne.

 

Obok: misiek który przyszedł nas rano oglądać.


Ponieważ misek poszedł na spacer wzdłuż plaży, dokładnie zgodnie z kierunkiem naszego płynięcia, zmobilizował nas aby szybciej się zebrać, w biegu coś zjeść, podnieść kotwicę i wyruszyć  za nim, przy okazji robiąc mu sesję zdjęciową.  Myśleliśmy że pozostanie na brzegu, a tymczasem ku naszemu zdumieniu rzucił się w wody zatoki wypływając idealnie na nasz kurs!  Byliśmy zaledwie kilka metrów od niego, ale za długo nie chcieliśmy męczyć go swoją obecnością, bo widać było że się trochę stresuje.


Fajnie się dziś płynie… W słońcu świat jest piękniejszy i od razu humory nam się polepszyły (wczoraj mieliśmy lekki kryzys). Na jednej z Wysp Śnieżnych Gęsi, które mija się przy wyjściu z laguny odkryliśmy pozostałości starej chaty, na przeciwległym zaś brzegu – duży prawosławny krzyż. –Pewnie jakaś łódź się tu rozbiła… - stwierdził Börje, a mnie od razu przypomniało się nasze szaleńcze wejście do zatoki w czasie sztormu.


Przyladek.Teraz minęliśmy Przylądek Dżentreten (zdjęcie obok). Ładne miejsce – skalisty półwysep z typową tundrą, miejscami ze spektakularnymi klifami  o  które z impetem rozbijają się fale. Gdyby nie to, że spieszy nam się, aby jeszcze za dnia wejść do laguny przy Przylądku Neskyn, a żadne źródła (ani mapy, ani Locja Admiralicji) nie podają w niej głębokości, byśmy tu chętnie zostali na krótki treking. Prognoza zapowiada jednak na jutro silny wiatr – jeśli dziś nie wejdziemy do laguny, jutro pewnie nie będzie już szans.

 

 

 

Godzinę później…


Przed chwilą Börje z pokładu krzyczał, że kolejny biały misiek  chodzi po brzegu, ale daleko. Jak daleko to już nie wychodzę. Chyba nam już niedźwiedzie spowszedniały… :-) . Dziś po drodze był też wieloryb – niestety znowu nie było jak zrobić zdjęć, bo ledwo go wyczailiśmy i już się zanurzył.


W ramach podwieczorku zjedliśmy sobie krakersy z powidłami jakie Börje usmażył z zebranych przez nas wczoraj moroszek. Pycha!

 

* * * * *

 

26 sierpnia, wieczorem
O przymusowej zmianie planów i chlebie z rosyjskiego statku


Płyniemy.I nie weszliśmy do laguny, na którą się tak nastawialiśmy (przy Przylądku Neskyn). Krótko mówiąc – nici z planowanych trekingów, zobaczenia koloni morsów i zaprzyjaźnianie się z lokalnymi myśliwymi. Nici też z wyspania się i odpoczynku po wcześnie rozpoczętym dniu. Jeśli nic już nie stanie na przeszkodzie, szansę na zakotwiczenie mamy za 27 mil (jakieś 50 km), czyli realnie patrząc – 5 godzin.


Powód? Okazało się że do laguny po prostu nie da się wejść. Przynajmniej dzisiaj. Przybój jaki tam był na wejściu wyglądał jak niezła fala do surfowania – ryzyko było zbyt duże. Poza tym na mapach nie ma podanych głębokości  – wiadomo że ogólnie jest płytko. Z kolei od strony morza przy wiosce też kotwiczenie nie wchodziło w grę ze względu na dość mocny, dopychający wiatr (żadnej zatoki tam nie ma).


Ponieważ bardzo nastawiliśmy się na tę wizję kotwiczenia w lagunie i po prostu żal było nam tak sobie odpuścić, wywołaliśmy przez radio stojący na kotwicy statek z pytaniem czy mogą nam coś doradzić . Reakcja była błyskawiczna. Od razu skontaktowali się z ludźmi z lądu z którymi zastanawiali się, czy może któryś z lokalnych myśliwych polujących na foki i morsy może nas wprowadzić do laguny. Pomysł jednak upadł, bowiem przy takim przyboju miejscowi też nie są w stanie go pokonać. Niestety potwierdzono też, że w najbliższej okolicy nie ma szans na spokojne kotwiczenie. Doradzono nam natomiast tę zatoczkę za 27 mil.


Zanim odpłynęliśmy ludzie ze statku zapytali czy czegoś nie potrzebujemy. Powiedziałam że wszystko mamy, ale potem dodałam, że jakby znaleźli dwa bochenki chleba, to bylibyśmy szczęśliwi. Od razu się pochwalili, że mają super chleb, codziennie wypiekany i żebyśmy podpływali. Niesamowite wrażenie cumować tak burta w burtę takiego kolosa! (nazywał się „Gieroj”, czyli „Bohater”). Niestety ze względu na rozfalowanie nie było szans aby pójść do marynarzy w gości, jednak w trakcie szybkiej akcji zrzucili nam na pokład torbę z chlebem i jak się już potem okazało – czekoladą, a poza tym podali też dwie 5-litrowe butle z mineralką, którą teraz popijamy.
Różnie można myśleć i mówić o rosyjskich przepisach i rosyjskich urzędnikach, ale jeszcze raz muszę powtórzyć to o czym już na blogu pisałam – ludzie w tym kraju są naprawdę dobrzy, serdeczni i uczynni. Inna sprawa że jest jeszcze coś takiego jak morska solidarność – dla ludzi morza nie ma granic i durnych przepisów.Jak można pomóc, to się pomaga. Jachty żaglowe traktowane są zwykle ze szczególną sympatią, no może za wyłączeniem oficera Coast Guardu z Pevek.


Co do tej pomocy to chcąc nie chcąc podsłuchałam rozmowę marynarza ze statku z kimś z lądu, kiedy była mowa o tym myśliwym, który miałby ewentualnie pokazać nam wejście do laguny. Był tam moment zawahania, no bo wiadomo – trzeba wyciągnąć człowieka z domu, czas, paliwo itp. Oczywiście byśmy to jakoś załatwili. Ale marynarz od razu czując pismo nosem, zbeształ swojego rozmówcę, że myśli o takich sprawach. –Przypłynęli z Europy! Trzeba im pomóc! Jak człowiek człowiekowi! – w krótkich słowach powiedział spontanicznie co myśli. Nawet nie wiem jak miał na imię ten marynarz z „Gieroja”, ale na pewno będę go mile wspominać. A chlebek rzeczywiście okazał się pyszny. Jeszcze ciepły. Od razu zjedliśmy sobie po kilka kromek.


O kurde, czas na wachtę… Moja kolej sterowania. Autopilot odpada bo jesteśmy za blisko brzegu.

 

26 sierpnia, tuż przed północą
Zatoka przy Przylądku Netten
Pozycja:  66 st. 58`N, 171 st. 56`W
Travellunch w blasku gwiazd


Anna przy polarce.Dotarliśmy  do poleconej przez marynarzy z „Gieroja” zatoczki  szybciej niż zakładaliśmy. Przed chwilą zakotwiczyliśmy. Dookoła głęboka  noc, widać tylko  zarys wzgórz i palące się na brzegu ognisko. To ognisko trochę  nas zmyliło. Najpierw myśleliśmy że to ustawione na brzeg światło nawigacyjne – na mapie jest takowe zaznaczone, ale nie podano żadnej jego charakterystyki. Potem myśleliśmy że to światła jakiejś rybackiej łodzi – nawet dałabym sobie rękę uciąć że poza biało-żółtym widziałam też zielone, czyli pokazywane na prawej burcie. Ostatecznie jednak wyszło, że to grupa ludzi zrobiła sobie imprezkę…

 

Obok: "Anna" w zatoczce przy Przylądku Netten.


A co do świateł – tym razem na niebie, to dzisiaj po raz pierwszy od wielu tygodni zobaczyłam gwiazdy!!! I ogromnie się z tego faktu ucieszyłam! Mroczne noce mamy już od dobrych kilku dni, gwiazdy pewnie więc już były, ale pewnie wcześniej przysłaniały je chmury. Dzisiaj było prawie bezchmurne niebo, więc  jak zwykle najpierw wyłoniła się Wenus – najjaśniejsza i dla mnie – najpiękniejsza. Dopiero po jakimś czasie, jakby dając Wenusce czas na podziwianie jej blasku, nieśmiało zaczęły pokazywać się inne damy gwiezdnego dworu. Uwielbiam sterować wyznaczając sobie kurs na gwiazdy…


Swoją drogą wachta minęło bardzo szybko, bo częściowo urozmaicił mi ją Börje gotując w kokpicie „wołowinę po węgiersku” (to znaczy gotując wodę do zalania liofilizatu o tej nazwie). Kokpit okazuje się najlepszym miejscem dla naszej maszynki turystycznej… Żywność liofilizowaną dostaliśmy z firmy Sporting-Brożyna, która jest przedstawicielem firmy Travellunch. Dzięki Przemku! (to szef wspomnianej firmy). Przy naszych problemach z gazem te liofilizaty to na morzu jedyna dla nas szansa na porządny obiad czy kubek herbaty!

 

* * * * * *

 


25 sierpnia, 48. dzień wyprawy, wieczorem
Wciąż Koljuczińskaja Guba, ale teraz Kosa Jamrynaj (inna część zatoki)
Pozcycja: 66 st. 57`N  174 st. 12`W
Nieudane wypłynięcie (problemy z silnikiem) i maliny moroszki na pocieszenie


Trochę mam dość. Znudziła mi się już trochę ta zatoka, a tymczasem kiblujemy tu już kolejny dzień. Dzisiejszy ranek wcale nie zapowiadał niepowodzeń. Wstaliśmy w świetnych humorach, korzystając z grzałki zagotowaliśmy wodę na mleko do musli (mleko z proszku), potem wciągnęłam Börje na maszt, bo po sztormie mamy uszkodzone światło topowe i wyruszyliśmy. Po dwóch godzinach płynięcia do wyjścia z zatoki pogoda się zmieniła i… po wypłynięciu na morze, widząc jaka jest sytuacja i analizując jak się do tego mają nasze dalsze plany, zawróciliśmy. Wraz z pogodą siadły nam humory i nawet zmiana miejsca kotwiczenia na nieco bardziej ciekawe nie za wiele pomogła. Skoro jednak byliśmy przy ciekawszym brzegu, stwierdziliśmy, że koniec tego siedzenia i gnuśnienia na jachcie – ruszamy na wycieczkę. Przy okazji Börje rozstawił sieci, bo świeżą rybę chętnie byśmy zjedli, ale przy takiej pogodzie nawet ryby nie chcą się łapać.


Malina moroszka.Celem wycieczki miała być chata myśliwska, zaznaczona na rosyjskiej mapie (a raczej jej zdjęciu), ale była taka mgła, że do chaty nie trafiliśmy [następnego dnia, kiedy była już super widoczność, okazało się, że byliśmy tuż, tuż]. Nie ma jednak tego złego co by na dobre nie wyszło – okazało się, że tutejsza tundra to miejsce pełne maliny moroszki, czyli takich owocków rosnących jak poziomki, a wyglądających jak maliny (jak są zielone to są czerwone  :-), a po dojrzeniu stają się żółto-pomarańczowe i miękkie). Nie będę ukrywać, że zamiast ambitnego trekingu (bagnisty grunt do tego nie zachęcał) z zapałem uzupełnialiśmy braki witamin w wersji prosto z krzaka. Wiele z nich było niedojrzałych – pewnie już nie dojrzeją, bo zima nadchodzi tu szybkimi krokami. Przypomniało mi się jak na Wyspie Wrangla tłumaczono nam,  że tam się zbiera i jada wszystkie grzyby, jakie tam rosną, nawet te gdzie indziej uznawane za trujące. Kiedy zrobiliśmy zdziwione miny wyjaśniono nam, że tamtejsze grzyby mają tak krótki okres „życia”, że nawet nie zdążają wykształcić trucizny.

 

Fot.obok: arktyczna moroszka.


Oczywiście poza moroszką są w tutejszej tundrze też i inne rośliny. Na przykład rumianki!  No i wszechobecna bawełnianka  arktyczna. Ciekawa też okazała się  tutejsza „plaża”. Wreszcie pojawiły się na brzegu jakieś muszle (na Alasce czy w Kanadzie nie widzieliśmy żadnych), a poza tym całe wybrzeże zasnute jest wodorostami ciągnącymi się niczym  zielono-brunatne tasiemce.


Po powrocie na jacht mieliśmy jeszcze akcję przestawiania się w inne miejsce – baliśmy się, czy nasza kotwica na pewno nas w nocy utrzyma, tym bardziej że wiatr wbrew naszym nadziejom, wcale nie zamierzał ścichnąć.  Przy okazji była jeszcze akcja numer dwa:  „lampa naftowa” . Zazwyczaj niezawodna  tym razem się zbuntowała i wystrzeliła wielkim płomieniem osmalając pół sufitu (akurat byliśmy oboje na pokładzie, więc od razu nie zauważyliśmy).  Nawet na jedzenie już nie mieliśmy ochoty po takim dniu… Jak najszybciej – spać!


* * * * * *



24 sierpnia, 47. dzień wyprawy, rano
Koljuczinskaja Guba przy Lagunie Ciapatcien  - II dzień
Nie mamy gazu!


Kuchenka w przechyle.Wot, surpriz! Z rosyjskiego: niespodzianka! Skończył nam się gaz! Przykre odkrycie zrobiliśmy wczoraj wieczorem, kiedy zastanawialiśmy się, jak  ów wieczór wykorzystać  i wymyśliliśmy, że idziemy do kina. Najbliższe kino jest pewnie w Nome, czyli jakieś 600 mil stąd, ale postanowiliśmy obejrzeć sobie na ekranie komputera  przegrany na Wyspie Wrangla filmik  o Arktyce z doskonałej serii National Geographic „Wild Russia”.  Żeby było rzeczywiście jak we współczesnym kinie, Börje postanowił zrobić pop corn (mamy ze sobą zapas ziaren kukurydzy), ale niestety – okazało się, że nie da się pod garnkiem podpalić gazu. Ewentualności że to koniec zawartości butli w tym momencie jeszcze w ogóle nie braliśmy pod uwagę – Börje twierdził, że taka butla starcza zwykle na 4 miesiące, a żeglujemy raptem półtora. Film obejrzeliśmy ostatecznie bez pop-cornu, a gazem się nie przejęliśmy, uznając że pewnie coś tam nie tak z zaworami i spojrzymy na to rano (butla ze względów bezpieczeństwa jest umocowana na zewnątrz).

Fot. z prawej: jaki mamy przechył można czasem rozpoznać po ustawieniu kuchenki.


Rano przekonaliśmy się, że jednak butla jest pusta. Wydaje się to dziwne, bo wcale aż tak dużo nie gotujemy, a poza tym ze względów bezpieczeństwa często zamykamy zawory i przy butli , i przy kuchence, więc szansa na ulatnianie się jest raczej mała. Z drugiej strony znając Börje – wie co mówi, bo zna swoją łódź dobrze, a wszystko co może nawalić ma raczej zdublowane. Drugiej z butli z gazem jednak nie ma, bo to że się tak szybko skończy, po prostu nie brał pod uwagę. Po dłuższych oględzinach i dyskusjach doszliśmy do wniosku, że to jednak kolejna sprawka sztormu – coś się tam musiało na zaworze rozszczelnić.


Pierwsza próba odpalenia maszynki.Dramatu nie ma, bo mam jeszcze grzałkę, ale to raczej ostateczność, bo to urządzenie żrące wyjątkowo dużo prądu, a przy wyłączonym silniku staramy się oszczędzać zasilanie, zostawiając go w pierwszej kolejności  na to, co na jachcie działać powinno ze względów bezpieczeństwa (radar, komputer nawigacyjny, światła, pompa zęzowa itp.). Na szczęście mamy jeszcze sprzęt zabrany z myślą o trekingach lądowych, a należy do niego kuchenka turystyczna. Dzięki chłopakom z firmy Paker (dystrybutor  sprzętu turystycznego), którzy poświęcili mi mnóstwo czasu  dobierając mi najlepszą ich zdaniem kuchenkę, mamy model wielopaliwowy, co jest w tym wypadku bardzo ważne, jako że z braku gazu możemy gotować na benzynie. Łatwo jednak powiedzieć: „gotować”. Z tego typu maszynek ani ja, ani Börje wcześniej nie korzystaliśmy, jednak chęć zjedzenia śniadania i napicia się herbaty sprawiła, że zabraliśmy się do rozpracowywania urządzenia. Najpierw wypróbowaliśmy kuchenkę na pokładzie, ale wiatrzysko sprawiało, że nawet zapalenie zapałki było problemem. Przenieśliśmy się więc pod pokład, notabene w pobliże gaśnicy. Początki były trudne, to znaczy z efektami dźwiękowymi (syczenie) i świetlnymi (różne rodzaje i wysokość płomieni), ale w końcu udało się opanować sytuację i po półtorej godzinie (:-)) woda została zagotowana. Teraz, kiedy wiemy już co i jak, Börje obiecał na maszynce ugotować na obiad spaghetti!

 

U góry: skończył się gaz, trzeba przejść na turystyczną maszynkę na benzynę.


A co do jedzenia, to pożegnaliśmy się z chlebem. Nawet się nie skończył, tylko spleśniał. Od dziś przechodzimy na sucharki, których mamy całkiem spory zapas. Ze świeżych warzyw została tylko cebula – kupioną w Pevek marchewkę właśnie wykończyliśmy, bo też już chciała pleśnieć. Aby ustrzec się przed brakiem witamin i minerałów łykamy tabletki jakie w ramach apteczki dostaliśmy od firmy Superpharm. Byle do portu – jednym z pierwszych zakupów na jakie niezależnie od arktycznych cen się skusimy, będą jabłka! (w Pevek kupowaliśmy je po 280 rubli, czyli 10 dolców za kilogram!).

 


Po południu
Przeczekujemy sztorm…


Domek w zatoce.Nie wypłynęliśmy, bo na morzu wciąż sztormisko. W zatoce też duje co niemiara – wiatromierz wskazuje wahania siły wiatru od 23 do 33 węzłów. Uznaliśmy się, że wcale nam się tak bardzo nie spieszy żeby na siłę ładować się w trudne warunki, poza tym wciąż mamy kilka rzeczy do naprawienia.  Poza tym taki dzień leniucha od czasu do czasu się po prostu przydaje. W  Warszawie to nie do pomyślenia – nie mam takich dni, bo przy mojej pracy zawsze jest coś do zrobienia, a wszystko jest na wczoraj. Tu czas płynie inaczej, a przy okazji dochodzi się do wniosku, że te zwariowane miejskie życie trochę nie ma sensu. Brakuje czasu dla rodziny, dla znajomych, nie dostrzega się tego co ważne, piękne, ciekawe, albo po prostu normalne.

 

Powyżej: Jak wyglądają brzegi zatoki zobaczyliśmy dopiero trzeciego dnia. Wcześniej cały czas zasłaniała je mgła.


Luzacki dzień wykorzystałam na zrobienie porządku w swoich rzeczach, dosuszanie mokrych ciuchów po sztormie, przegląd sprzętu fotograficznego i wyczyszczenie mojego Acera (komputera), bo niestety dostał bryzgi morskiej wody z fali, jaka w czasie sztormowania wlazła nam przez uchylone okienko ochlapując stół nawigacyjny. Postanowiłam również, tak po babsku, zadbać trochę o swój wygląd. Wykąpałam się jeszcze wczoraj, dzisiaj przyszedł czas na kremy i kosmetyki których w czasie płynięcia nawet nie wyciągam, bo nie ma na to warunków i czasu. Znalazła się wśród owych specyfików „pianka oczyszczająca do twarzy”, którą z zapałem wyszorowałam swoje lico, stwierdzając że efekt daje całkiem dobry. Skoro tak to wczytałam się w składniki. I co wyczytałam? „Zrobiona na bazie piany wody morskiej”! Paradoks – czego jak czego, ale piany morskiej w naturalnej formie to mam tu pod dostatkiem na co dzień!


Foczka-podglądaczka.Z innych spraw  to zapomniałam napisać, że nie jesteśmy tu sami. Odkryłam to, kiedy wyszłam na pokład w celach fizjologicznych (już wcześniej pisałam, że na małych jachtach korzystanie z WC jest na tyle kłopotliwe, że zazwyczaj załatwia się te sprawy od razu do wody). No więc wyskakuję trzęsąc się z zimna, wystawiam za reling swoje pośladki i podświadomie czuję, że jestem obserwowana. Rozglądam się, a z wody wystają wlepione w mój odwłok dwa wielkie ślipia! Foczka! Wcale się nie speszyła moim spojrzeniem, pełnym oburzenia, że mnie podgląda.  Przekrzywiła tylko łepek i dalej patrzyła, co robię i co to za dziwny stwór pojawił się na jej terytorium.

 

Obok: Foczka-podglądaczka.

 

A tak w ogóle to zastanawiamy się, czy rosyjska Pograniczna Służba w ogóle wie, gdzie jesteśmy i czy w ogóle jeszcze się nami interesuje? W sumie to oni chcieli nas eskortować, my o to nie prosiliśmy, nie czujemy więc żalu że nas zgubili. Czy śledzą nas na radarach raczej wątpię, bo skoro  byli zaskoczeni że przyszliśmy do Pevek, bo przez tyle dni nie wiedzieli że jesteśmy na ich wodach, to znaczy że owy system radarowy nie jest tu wcale taki dobry jak ogólnie się sądzi. Z drugiej strony mają nasz numer satelitarny, jeśli więc nie mogą skontaktować się z nami przez radio VHF, mogą to zrobić przez telefon. Swoja drogą  to po takim nagłym i silnym sztormie mogliby się zapytać przynajmniej, czy wszystko z nami okej – bądź co bądź jesteśmy tu jedynym jachtem… Może im się wydaje, że my już na Alasce?

 

 

Wieczorem

W mesie Anny.Spaghetti na turystycznej maszynce z sosem a`la Börje wyszło nadspodziewanie dobrze. Zastanawialiśmy się jakie plany na dzisiejszy wieczór… Börje stwierdził, że „idzie na spacer do kotwicy”. Po sprawdzeniu, że na zewnątrz leje i wieje (licznik wiatromierza pokazuje 35 węzłów) stwierdził że zamiast spaceru lepszy będzie jogging, ale coś ociąga się z wyczołganiem się na pokład.

Obok: Wieczór w przytulnej mesie "Anny".


Ja dla odmiany studiuję Locję Admiralicji i sprawdzam co po drodze jest ciekawego i gdzie w razie złej pogody można wejść. W międzyczasie przyszły prognozy od Wojtka – jutro wciąż jeszcze będzie wiało. Jeśli ktoś ciekawy, jak wygląda taka prognoza którą codziennie Wojtek przysyła, podaję dzisiejszego smsa: 
„Aug 23 1800 N27R Aug24 0000 N30R 6000 NE30 R 1200 NE15 1800 ENE3”.


Już wyjaśniam o co chodzi: 23 sierpnia o godzinie  18 czasu zwanego uniwersalnym będzie wiatr z północy, o sile 27 węzłów, a do tego deszcz. 24 sierpnia o północy będzie wiało 30 węzłów z kierunku północnego i też będzie deszcz, o 6-tej rano nadal będzie silny wiatr o sile 30 węzłów, ale „odkręci się” na północno-wschodni, niestety wciąż z deszczem,  w południe, o  12-tej utrzyma kierunek północno-wschodni, ale osłabnie do 15 węzłów, a o 18-tej w ogóle będzie już bardzo słabiutki, ledwie 3 węzły, wschodnio-północno-wschodni. Proste… Czasy podane są w czasie UTC, czyli uniwersalnym, to jest takim jak w Anglii (minus 1 godzina w stosunku do Polski). To ważne, bo inaczej pogubilibyśmy  się w strefach czasowych. Wojtek nie musi wiedzieć jaka jest u nas godzina, my też nie wiemy jaka godzina jest u niego w Toronto, nie mówiąc o tym, że kiedy u niego jest 23 sierpnia, u nas jest już dzień później, to znaczy 24-ty, bo jesteśmy za Linią Zmiany Dat. Czas Uniwersalny rozwiązuje wszelkie problemy kto o jakim czasie i dniu mówi. Stąd też nasz Tissot (zegarek) wiszący przy stole nawigacyjnym, ustawiony na czas UTC. Tak na marginesie to przed chwilą sprawdzałam co Tissot ma do powiedzenia w zakresie ciśnienia. Funkcja barometru na jego tarczy jest nieubłagana – w ciągu ostatnich kilku godzin barometr znowu spada…

 

* * * * * *

 

23 sierpnia, około 17-tej, 47. dzień wyprawy
Koljuczinskaja Guba  - zatoka Morza Czukockiego
Pozycja: 67 st. 01`N, 174 st. 19`W
10 w skali Beauforta!
Odsypiamy, suszymy się, naprawiamy jacht…


To jeszcze nie sztorm.Narzekaliśmy wcześniej na brak wiatru, no to morze pokazało nam swój pazur! Ten spadający wczoraj barometr rzeczywiście nie przyniósł nic dobrego. Dostaliśmy w kość tak, że oboje zapamiętamy to na całe życie.  W sztormie o sile 10 w skali Beauforta Börje spędził na pokładzie bite 12 godzin, ja 10 (to dlatego, że w połowie swojej wachty Börje wywołał mnie na pokład, a potem już nie miało znaczenia czyja jest wachta – walczyliśmy razem). Nie wiem dokładnie z jaką prędkością wiało – dopiero na samym końcu, kiedy byliśmy już w zatoce osłonięci mierzeją, miałam czas by wyciągnąć wiatromierz który wskazywał siłę wiatru 40 węzłów. Ale nawet w zatoce były potężne fale przelewające  się przez pokład, wiało tak że nawet oddychać było trudno, a niezależnie od poziomego (! – tak, bo zmiatanego przez wiatr) deszczu, sprawiającego wrażenie, że ktoś wbija w twarz lodowate szpilki, co chwila dostawało się w twarz falą, która z kolei przypominała bolesne smaganie biczem. Najgorsze w tym wszystkim było zimno – ręce w mokrych rękawiczkach (przemoczyliśmy wszystkie) i nogi marzły tak, że trudno było wytrzymać, a woda w niby opiętym sztormiaku wlewała się w najbardziej wydawałoby się niedostępne zakamarki ubrania (w międzyczasie raz się przebierałam, ale zaraz znowu miałam wszystko mokre). O tym jak wyglądało wnętrze jachtu wolę nie pisać – istne pobojowisko pełne mokrych rzeczy, na podłodze makaron z chińskiej zupki, którą chciał mi przyrządzić Börje, ale mu uciekła  z rąk, kiedy jacht podskoczył na fali, rzeczy ze źle domkniętej szafki… Po prostu – krajobraz po bitwie, a raczej – po sztormie.

 

Na zdjęciu u góry: To wcale nie sztormowe zdjęcie. W sztormie o zdjęciach nie myśleliśmy...


Zimno i mokro...

Obok: Zimno, mokro i do domu daleko.

Wiele sztormów miałam okazję zaliczyć w swoim żeglarskim życiorysie, ale ten naprawdę był ciężki. Niby nie były to najtrudniejsze warunki – na Zawiszy na Pacyfiku zaliczyliśmy tajfun, na „Starym” przy Falklandach, po przejściu Hornu – 12 w skali Beauforta z 16-metrowymi falami. Tu fale były mniejsze [potem powiedziano nam, że ogólnie na Morzu Czukockim fale nie są nigdy duże], wiała „tylko” dziesiątka (sztorm liczy się od ośmiu stopni w skali Beauforta), a jednak – było trudniej. Pierwsza sprawa:  była nas tylko dwójka. Na „Zawiasie” załoga liczyła ponad trzydzieści osób, na „Starym” – dziewięć, czyli można było się zmieniać i zawsze były świeże siły. Tutaj mogliśmy liczyć wyłącznie na siebie, nie wiedzieliśmy jak długo to potrwa, a już na starcie byliśmy niewyspani i głodni, bo ostatni posiłek jaki zjedliśmy był lunchem, a na kolejny już do rana nie było czasu. Druga sprawa – trochę ten sztorm nas zaskoczył.  Prognozy na niego nie wskazywały, nie było żadnych ostrzeżeń. Z tego powodu – co jednak nas nie usprawiedliwia – po prostu się do niego nie przygotowaliśmy. Potem analizując sytuację przyznaliśmy się sami przed sobą, że za późno zrzuciliśmy grota i zredukowaliśmy foka i nie zrobiliśmy innych rzeczy, które przydałoby się zrobić.  Najgorsze była jednak świadomość, że gdyby coś, pewnie nikt nam tutaj nie pomoże. U wybrzeży Kanady czy Alaski – co innego, można byłoby liczyć na szybką reakcję, tutaj nie za bardzo.  A zresztą,  w tych warunkach jakie tutaj są (temperatura co najwyżej kilka stopni) szybko łapie się hipotermię (wychłodzenie organizmu) – przy wpadnięciu do wody ma się zaledwie kilka minut życia. Każde z nas ma tego świadomość, tak więc bez żadnego przypominania zakładamy nasze Crewsavery (pasy asekuracyjne) i w trudnych warunkach nawet tylko stojąc za sterem,  przezornie się przypinamy.


Szczerze mówiąc mieliśmy spory dylemat, czy lepiej sztormować na morzu, z dala od brzegu, czy schronić się w zatoce, którą mieliśmy niedaleko. Zatoka kusiła, ale wejście do niej przez wąski kanał, na dodatek w nocy, nie mając dobrych map, stanowiło manewr dość ryzykowny. Sztormowanie na otwartym morzu może okazać się bezpieczniejsze, pod warunkiem że nie trwa zbyt długo – w zmęczeniu łatwo o błąd, który może mieć groźne skutki. Ostatecznie postanowiliśmy zaryzykować, czyli wejść do zatoki.


Też jeszcze nie sztorm...Był to jeden z najbardziej stresujących momentów jakie przeżyłam na morzu. Dla Börje chyba też. Wiedzieliśmy, że stawiamy wszystko na jedną kartę – jeśli się nie uda, nikt nam tu nie pomoże. Z mapy wyglądało że wejście to bardzo wąski kanał, z którego zboczenie oznacza siedzenie na mieliźnie, z której w tych warunkach nie będzie jak zejść ale i bez mielizny może skończyć się wyrzuceniem na brzeg (wyobraźnia podsuwała: skały). Silny wiatr z rufy i pchająca nas wielka fala nie dawały szans na wycofanie się. Żeby nie było nam za łatwo, ciągle coś szło nie tak. Przede wszystkim – panowały egipskie ciemności. Noc jest tutaj wciąż krótka – trwa zaledwie kilka godzin, ale wstrzeliliśmy się w te najbardziej mroczne godziny. Co z tego że zwykle świeci księżyc, jak tej nocy zasłaniały go chmury. Na dodatek zaczął szwankować silnik (potem okazało się, że za burtą znalazła się lina, dokładniej talia grota, która wkręciła się w śrubę). O zalewającej nas fali, zimnie i tym okropnym deszczu sprawiającym że trudno było patrzeć wprost przed siebie, już nie wspominam.  Nie dawało rady długo wystać za sterem - zmienialiśmy się na stanowiskach. Kiedy jedno z nas było przy sterze, drugie śledziło mapę i krzycząc korygowało kurs sternika. Jedyną pomocą było palące się na brzegu światło nawigacyjne – wydawało się na wyciągnięcie ręki, co wcale nie było miłe, bo wskazywało, że łatwo się możemy na ten brzeg wpakować. Jak już wyżej napisałam, nie byliśmy pewni jaki ten brzeg jest – jeszcze pal sześć plaża, ale równie dobrze mogłyby być skały. W kluczowym momencie – zawiesił się komputer! Tak po prostu – przestał współpracować! Jego odpalenie (chodzi o naszego nawigacyjnego IBMa) wymaga trochę czasu, który teraz wydawał się wiecznością. Nie powiem – oboje się denerwowaliśmy, choć staraliśmy się tego nie pokazywać.


Płynęliśmy na czuja, jak się okazało – dobrze. Już w zatoce nieocenioną pomocą było zdjęcie mapy udostępnionej nam na rosyjskim statku. Na naszej mapie, dość ogólnikowej, nie było żadnych głębokości, na zdjęciu – owszem! Nie wiem czy ten sympatyczny, życzliwy oficer który nam te mapy dał do sfotografowania, nie miał z tego powodu nieprzyjemności, ale chciałabym go kiedyś spotkać i powiedzieć mu jak bardzo nam pomógł, a być może nawet nas uratował.


Zakotwiczyliśmy około 7-mej rano, przemoczeni, zmarznięci, głodni i zmęczeni. Byliśmy tak padnięci, że odpuściliśmy sobie sprzątanie – rozwiesiliśmy tylko do suszenia ciuchy i zaraz potem wleźliśmy do śpiworów,  5 minut później śpiąc. Obudziliśmy się około południa i resztę dnia spędziliśmy już pracowicie na doprowadzaniu jachtu do porządku i sprawdzaniu jakie są straty. Zerwała się lina mocująca używany przy pełnych wiatrach bom foka, pękło mocowanie prowadnicy talii grota, straciliśmy jeden odbijacz (kanister który chciał odlecieć uratowałam), rozerwała się też szwedzka banderka (polska wyszła bez szwanku), szlag trafił nasze światła nawigacyjne. Czyli ogólnie nie jest  tak źle.  Na szczęście „Anna” jest bardzo suchym jachtem, tak więc poza ciuchami używanymi na pokładzie, nie mamy nic do suszenia.


W ramach rekompensaty „strat moralnych” dogadzamy sobie jedzeniowo. Upiekliśmy placek, a na obiad zrobiłam (wczoraj gotował Börje, więc dziś moja kolej)  kaszę gryczaną z sosem z borowików (plus marchewka i kotlet z mielonki). Trochę się bałam jak Börje zaakceptuje tę kaszę, bo w Szwecji to potrawa zupełnie nieznana, ale stwierdził, że to całkiem dobre. Teraz z kolei popijamy herbatę z rumem i cytryną. Nad stołem pali się lampa naftowa, wnętrze ogrzewa nasza „koza” (piecyk). Z zewnątrz dochodzi gwizd, a raczej ryk wciąż mocnego wiatru – wcale nie żałujemy, że nie jesteśmy teraz na morzu.

 

* * * * * *

 

22 sierpnia, 46. dzień wyprawy, około 18-tej
Morze Czukockie
Pozycja na 1730: 67 st. 32`W, 174 st. 31`W
Dowcipy o Czukczach


Z  smsów od Wojtka z Toronto i od Pawła (mojego męża) wynika, że nawala nam  spot, czyli urządzono wysyłające na mapkę na stronie internetowej naszą pozycję.  Zastopował się trzy dni temu, choć ciągle płyniemy i co kilka godzin go uruchamiamy. Widocznie pracuje tylko w dobrych warunkach pogodowych, a deszcz, zimno i męcząca fala jakie nam wciąż towarzyszą, niespecjalnie mu się podobają. Nam zresztą też nie – ustaliliśmy że na noc wejdziemy do niedalekiej zatoki – Koljuczinskoj Guby. Tymczasem trochę nas niepokoi coraz silniejszy wiatr i spadający barometr – nic dobrego to nie wróży.


Studiując w ramach wachty  Locję Admiralicji wyczytałam że do zostawionego w nocy gdzieś  z boku Przylądka Otto Schmidta  (po rosyjsku: Mys Szmita) w 1778 roku dopłynął na statku HMS „Resolution” słynny brytyjski kapitan Cook ! Niezły gościu! Eksplorował wybrzeża Nowej Zelandii, Australii, różne wyspy Pacyfiku, ale jak widać nie tylko tropiki go pociągały – zimne morza także! Poza tym pływanie w XVIII wieku po tutejszych akwenach było nie lada wyczynem. Nawet teraz jest wyzwaniem, choć mamy nowoczesne urządzenia, GPSy, radary, ubrania z goretexu, super sztormiaki, kadłuby ze stali i mapy na komputerach. Pozostaje tylko chylić czoła przed żeglarzami sprzed stuleci.


Co dziś robiłam? Żeby nie wpaść w depresyjny nastrój, w który chce nas wpędzić jesienna już tutaj aura, potłumaczyłam sobie kolejne dowcipy o Czukczach. Dowcipy dowcipami, ale Czukczów lubię i mam nadzieję, że nie będą mi mieli za złe że przytaczam co o nich piszą Rosjanie (bo dowcipy są z rosyjskich stron internetowych):


Dwaj Czukcze rozmawiają:
- Durny ten car Mikołaj był… - stwierdza jeden.
- Durny? Dlaczego niby?
- No bo Alaskę Amerykańcom sprzedał, a Czukotki – nie!


Siedzi dwóch Czukczów i odpala bombę. Przygląda im się przerażony mężczyzna:
- Co wy robicie? Przecież ona wybuchnie! – wykrzykuje.
- Ech, nic nie szkodzi… Mamy drugą…


Czukcza miał pomalować statek. Pomalował. Przychodzi komisja odebrać pracę. Patrzy i się dziwi.
- Czukcza, a dlaczego ten wasz statek tylko z jednej strony pomalowany?
- Czukcza nie durak. Czukcza umowę czytał. A tam napisano: Czukcza – z jednej strony, dyrekcja Morskiego  Flota z drugiej strony!


Na prośbę ludzi ze swojego osiedla pojechał Czukcza do Moskwy, aby dowiedzieć się, kiedy będzie komunizm. Na spotkaniu z Gorbaczowem pyta: |
- Kiedy będzie komunizm?
- Wot, widzisz… Za oknem stoi moja Wołga, obok Wołga Lukjanowa, dalej Wołga Ligaczewa. Kiedy będzie tam w jednym rzędzie stała także twoja Wołga, wtedy możesz uznać że jest komunizm.
Wrócił Czukcza do siebie, do wioski w tundarze. Współplemieńcy pytają:
- No i jak? Dowiedziałeś się?
- Pewnie! Widzicie, przed jarangą stoją moje sanie, obok twoje, a tam dalej jego. Jeśli będą tam także sanie Gorbaczowa, znaczy że nadszedł komunizm.


Czukczy urodziło się szóste dziecko. Aby dostać metrykę urodzenia, Czukcza musi wypełnić formularz.
Narodowość ojca? Wiadomo:  Czukcza - wpisuje. Narodowość matki: Czukcza. Narodowość dziecka? Czukcza wpisuje: Chińczyk.
- Jak to Chińczyk jak obydwoje rodzice są Czukczami? – dziwi się urzędniczka.
- A co wy myślicie, że Czukcze gazet nie czytaja? Przecież tam jasno napisane, że teraz na Ziemi co szósty mieszkaniec to Chińczyk! – rezolutnie odpowiada Czukcza.
Czukcza opowiada: - W górach pojawił się ogromny ptak. Ludzi w powietrze unosi! Czukcza trzy razy strzelał, zanim człowieka to dziwo wypuściło. Innostrańcy mówią o tym: lotnia!

 

* * * * * *

 

21 sierpnia, 45. dzień wyprawy, znowu o 3-ej w nocy
Znowu na Morzu Czukockim
Pozycja na 0300: 69 st. 44`N, 176 st.40`W
Buja…


Chyba musimy coś zmienić w naszym systemie wacht – znowu mam „psiaka”, czyli wachtę od północy do czwartej rano, którą potem trudno odespać.


Na pokładzie ziąb i śnieg! Zaczęło sypać już wczoraj – w końcu to Arktyka. Na szczęście w sterowaniu wyręcza nas Amos – samoster działa na tyle dobrze, że właściwie mogę ograniczyć się jedynie do wystawiania głowy i sprawdzania czy nie płynie jakiś statek, czy żagle dobrze pracują i zerknięcia na pokładowy  GPS czy nie zbliżamy się za bardzo do lądu. Znajdujący się pod pokładem komputer  z mapami wyłączyliśmy, bo idąc na samych żaglach oszczędzamy prąd – zasilanie to odwieczny problem małych jachtów, a nasze baterie słoneczne umieszczone na nadbudówce nie są tak wydajne, jak na to liczyliśmy.


Ogólnie to jednak płynie się całkiem fajnie, bo wreszcie mamy fajny wiatr. Wieje od rufy, więc z ustawionymi „na motyla” żagielkami suniemy z prędkością 7-8 węzłów. Pod pokładem rzuca jak diabli – nasz jacht to teraz taki „kiwaczek” kolebiący się z burty na burtę. Nawet zrobienie herbaty jest problemem , bo trzeba niezłej koordynacji aby próbować utrzymać pion, zapierając się o co się da, a równocześnie uważać, aby nie oblać się, nie pozwolić kubkowi odjechać i nie zostać zaatakowanym przez jakieś nieopatrznie zostawione na wierzchu, źle zasztauowane przedmioty.


Wczoraj około 14-tej przekroczyliśmy po raz drugi południk 180-ty i tym samym wróciliśmy na półkulę zachodnią, przy okazji zmieniając morza – ze Wschodniosyberyjskiego na Czukockie (tak czy owak to wciąż Ocean Arktyczny, czy jak wolą Rosjanie – Północny Ocean Lodowaty). Tym razem obydwoje z Börje czujnie czekaliśmy na moment kiedy na ekranie naszego Garmina (GPSa) pojawi się magiczne 180 (poprzednim razem byłam zła, że przegapiłam) i… znowu się nie udało. No ale teraz to nie nasza wina tylko GPSa który pokazuje pozycję przeskakując co kilka sekund. W rezultacie graniczny „180” pominął – udało nam się na zdjęciach uchwycić jedynie 179 stopień  59 minut 0,547 sekundy EAST, a potem już było 179 stopień, 59 minuty 0,987 sekundy WEST.


Z innych spraw – łączyliśmy się przez satelitę z radiem TOK FM, w którym w niedzielnym programie podróżniczym była mowa o naszym rejsie (pozdrawiamy prowadzących i słuchaczy!).  Padło pytanie, za czym tęsknię… Oczywiście bez zastanowienia wymieniłam rodzinę. Potem zastanawiałam się, za czym jeszcze. Za ciepłem, za lasami, czy w ogóle – drzewami, za chodzeniem w letniej sukience i w sandałkach,  za świeżymi owocami…  Za czym NIE tęsknię? Za telewizją, za informacjami o polityce, za zwariowanym tempem życia z milionem „ważnych” spraw „na wczoraj”…

 

* * * * * *

 

20 sierpnia, 44. dzień wyprawy, o 3-ej w nocy
Morze Wschodniosyberyjskie
Po minięciu Billings Point (ros. Mys Billingsa)
Pozycja na 0300: 69 st. 45`N, 176 st. 41`E
Zapiski nocnej wachty


Ale pogoda…  Termometr pokazuje zero stopni, siąpi nieprzyjemny deszcz, a mgła taka, że ledwo widać dziób jachtu. Na szczęście na radarze zupełnie czysto. Wiatr w międzyczasie zmienił się na północny, czyli niby okej, ale jest tak słaby, że jakby go nie było. W międzyczasie pożegnaliśmy się już z białymi nocami – teraz jest już szaro-ciemno, wrócił też dawno (od wyjazdu z Europy) nie widziany księżyc. To znaczy dzisiaj księżyca nie ma, bo zasłaniają go chmury, ale wczoraj świecił.

Ponieważ steruje Purga (autopilot), a ja tylko śledzę  mapy na ekranach komputerów, mogę pozwolić sobie na przeglądanie moich notatek o Czukotce.  Przetłumaczyłam właśnie artykuł jaki jeszcze przed wyjazdem ściągnęłam  z Internetu ze stronki www.aif.ru . Tekst był napisany w 2008 roku, a chodziło o arktyczny, to znaczy odbywający się wzdłuż wybrzeży Czukotki rejs statku „Anadyr” należącym do Pogranicznej Służby. Było to niebywałe tutaj wydarzenie, bo statki pograniczników nie pokazywały się w tym rejonie Arktyki od 1993 roku, a i wtedy nie wychodziły dalej niż do portu Uelen, tuż przy  Cieśninie Beringa.  Ostatecznie, po 15 latach przerwy, pogranicznicy mogli znowu zademonstrować swoją obecność i siłę. Nie bez powodu. Jak  tłumaczy bardzo nacjonalistycznie nastawiony autor tekstu:   „Arktyka jest dla Rosji bardzo ważna ze względów ekonomicznych,  a to ze względu na bogactwa naturalne wśród których szczególnie ważne są ropa i gaz z szelfu”. I  dalej (cytuję dokładne tłumaczenie): „od pewnego czasu rosyjska część Arktyki zrobiła się wyludniona, co sprawa że sąsiedzi patrzą na nią pożądliwym i zawistnym okiem. >Sami nie korzystają i nam nie dają< – zarzucają Rosji. Ameryka w ogóle marzy o przekształceniu Morza Czukockiego w ogólnie otwarte dla ekonomicznego wykorzystania. Kanada, USA, Norwegia i Dania chciałby podzielić Arktykę miedzy sobą, ograniczając Rosję jedynie do granic jej szelfu. (…) No ale Rosja nie poddaje się i chwała Bogu – zaczyna podejmować stosowne kroki.”. Następnie jest o tym, że: „Prezydent zatwierdził już program o zagospodarowaniu i ochronie Arktyki. Sporo miejsca w tym dokumencie poświecono pogranicznikom jako stróżom ekonomicznych interesów państwa. (…) Jeszcze w 2001 roku Rosja zgłosiła do ONZ kwestię rozszerzenia swojej polarnej ekonomicznej strefy z 200 mln do 350 [podejrzewam że chodzi o kilometry kwadratowe], uzasadniając to tym, że taka jest właśni e wielkość rosyjskiego szelfu w Północnym Lodowym Oceanie [chodzi o Ocean Arktyczny]. Sprawa do tej pory została bez odpowiedzi, dlatego też Rosja zaczęła podejmować konkretne kroki. 2 sierpnia 2007 roku dwa aparaty głębokościowe typu „Mir”  zostały opuszczone na morskie dno w rejonie Bieguna Północnego, wzięły próbki gruntu i zostawiły tam tytanową flagę Rosji. A żeby Ameryka i reszta świata widziała, że wschodni rejon Arktyki jest nasz i nie zgodzimy się oddać Morza Czukockiego w międzynarodowe władnie, wysłaliśmy „Anadyr” aby niósł tam rosyjską flagę i strzegł naszej granicy”.


Zastanawia mnie tu kilka rzeczy… Szczerze mówiąc to myślałam że taki obszar to choćby ze względu na bezpieczeństwo pływających tu jednostek, kontroluje kilka statków, a tymczasem wynika że jest tylko „Anadyr” i jeszcze druga – „Newa”! Druga sprawa – w Kanadzie statki Coast Guardu prowadzą badania naukowe i służą do pomocy wszelkim jednostkom, pełniąc służbę pokojową, niczego nie demonstrując. Czy tu nie mogłoby być podobnie?  No i po co ta tytanowa flaga pod biegunem? Za tą cenę można byłoby na przykład uprzątnąć tysiące pordzewiałych beczek z Wyspy Wrangla.


PS. Nas pilnuje nie „Anadyr”, który teraz jest chyba na Kamczatce, tylko właśnie ta wspomniana jego następczyni – statek „Newa”.

Powyżej: Mapka ilustrująca żądania Rosji odnośnie powiększenia granic wpływów na terenach arktycznych. To co jest na żółto, to granice wód arktycznych, które chcą  mieć do swojego wykorzystania: USA, Kanada, Dania, Islandia i Norwegia. Kolor czerwony to to, co obecnie należy do Rosji, a przerywana linia – granica szelfu do której Rosja chce powiększyć swoje granice (chodzi o tereny gdzie można wykorzystywać bogactwa naturalne).

* * * * * *

 

19 sierpnia, 43. dzień wyprawy, przed południem
Morze Wschodniosyberyjskie, Aachim[aaczim] Point
Pozycja na godzinę 1130: 69 st.56`N, 173 st. 18`E
Znowu białe niedźwiedzie!


Planowaliśmy wypłynąć bladym świtem, ale się nie udało. Musieliśmy być bardzo zmęczeni, bo żadne z nas nie słyszało budzików. Teraz już płyniemy – aura zrobiła się jesienna, w powietrzu czuje się rześkość szybko tutaj nadchodzącej zimy. My za bardzo za nią nie tęsknimy, ale białe niedźwiedzie, które widzieliśmy przed chwilą na brzegu, zapewne tak!  W dziwnym miejscu te miśki spotkaliśmy – nie ma tu lodów, jest tylko piaszczysta plaża, na której takim olbrzymom trudno się wyżywić. W ciągu kwadransa widzieliśmy cztery miśki – jedną rodzinkę trzysztukową (no bo „trzyosobową” to jakoś nie pasuje) i jednego bysiora-samotnika. Niestety były dość daleko, więc z dobrych zdjęć nici. Próbowaliśmy podpłynąć bliżej, ale utknęliśmy na mieliźnie.


A co z naszymi „opiekunami”, czyli statkiem Pogranicznoj Służby? Ni widu, ni słychu… Po tym jak nie zdecydowali się wypłynąć na rozhuśtane morze w noc kiedy opuściliśmy Pevek, tylko przeczekiwali w zatoce, już ich nie widzieliśmy. Nad ranem po wypłynięciu jeszcze wywołałam ich przez radio informując o naszej pozycji, a potem straciliśmy kontakt. Żeby nie było że uciekliśmy, wywołałam statki które nas słyszą i prosiłam o przekazanie, jeśli spotkają statek Pogranicznej Służby, że jacht „Anna” wszedł na noc do takiej i takiej zatoczki, a potem będzie spokojnie płynął na wschód… Dzisiaj też próbowałam się kontaktować, ale w eterze cisza…

 

Po południu
Na trawersie Vevman Point
Pozycja: 69 st. 53`N, 175 st. 01`E
Purga za sterem


Ale fajny tu brzeg! Rudawo-zielono-czarne wzgórza ozdabiają wyglądające niczym grzebienie skalne ostańce. Trochę kojarzy mi się to z naszą Jurą Krakowsko-Częstochowską. Pewnie fajne miejsce do wspinania, choć to na pewno nie wapienie (sądząc po kolorze skały zapewnie bazalt, ale głowy nie dam).

Autopilot ochrzczony Purgą.Mamy nową pomoc.  Udało nam się odpalić autopilota. Wcześniej był bezużyteczny, bo opiera się na kompasie magnetycznym, a ze względu na bliskość Bieguna Magnetycznego występowały anomalie magnetyczne, które sprawiają że zwykłe kompasy wariują. Właśnie z tego powodu żegluga w Przejściu Północno-Zachodnim (czyli ponad Kanadą i Alaską) opiera się na wskazaniach GPSów, a jeśli ktoś bardzo chciałby używać tradycyjnych kompasów, musiałby uwzględniać różne skomplikowane poprawki . Tutaj jednak odkryliśmy że nasz kompas magnetyczny zaczął pracować już w miarę normalnie (od ciągle przesuwającego się na północ Bieguna Magnetycznego jesteśmy oddaleni), więc autopilot wrócił do łask. Zastanawialiśmy się jak go nazwać. Skoro pracujący na wietrze samoster to Amos, czyli facet, uznaliśmy że teraz musi być imię damskie, żeby urządzenia sparować. Stanęło, że autopilot to Purga, tak jak imię naszej psiej znajomej z portu Pevek.


Obok: Nasz autopilot nazwany Purgą.


W każdym razie teraz Purga steruje, choć trzeba ją pilnować, bo ma swoje kobiece humory i czasem próbuje narzucić nam własną drogę. Pomoc to jednak duża, jako że w tutejszych warunkach dłuższe stanie za sterem potrafi dać w kość, a tak to przynajmniej książkę można poczytać. Wróciłam do zabranej z domu książki „Człowiek, o którego upomniało się morze” Centkiewiczów. Polecam, choć nie łatwo to dziełko zdobyć, bo wydano je dobre 40 lat temu. Książka jest fabularyzowaną biografią słynnego norweskiego żeglarza, podróżnika i  odkrywcy  Roalda Amundsena, który po powrocie z wyprawy na Biegun Południowy, gdzie dotarł jako pierwszy, w rosyjskiej Arktyce również przebywał (w latach 20-tych XX wieku na statku „Maud”). Niesamowity facet. Świetny dowódca – z jednej strony ludzki i wyrozumiały, z drugiej wymagający i perfekcyjny w organizacji. Jak pisali o nim swego czasu Centkiewiczowie, nie uznawał zwrotów: „nie potrafię”, „nie dam sobie rady”, „nie wiem czy podałam”. Notabene właśnie trwa Rok Nansena i Amundsena. Nansen (też Norweg)  to mój idol – cenię go jeszcze bardziej niż Amundsena, nie tylko jako żeglarza i odkrywcę, ale przede wszystkim jako człowieka, który bardzo dużo zdziałał dla światowego pokoju. Mało kto wie, że ten arktyczny badacz, mający na koncie niezwykłe wyprawy, a o którym teraz mało kto pamięta, bo nie zabiegał o swoją autopromocję, był  laureatem nagrody Nobla. Kiedy byłam z moim mężem na ostatnią Wielkanoc w Oslo, poszliśmy do posiadłości Nansena gdzie jest też jego grób. Skromny jak sam Nansen. I niestety – zapomniany…

 


Po  przerwie
O łodzi podwodnej która okazała się wyspą


Wyspa niczym łódź podwodna.Musiałam zrobić przerwę w pisaniu bo mieliśmy akcję pod hasłem „łódź podwodna”. Najpierw przez lornetkę dojrzałam coś, co wyglądała jak mała wieżyczka. Uznałam że okej, pewnie stawa/pława ze światłem dla oznaczenia jakiegoś niebezpieczeństwa, ale kiedy na pokładzie pojawił się Börje, stwierdziliśmy że wieżyczka stoi na czymś długim i cienkim. Wątpliwości nie mieliśmy: wynurzona łódź podwodna!  Niedowierzanie i zaskoczenie mieszało się z ciekawością, tak więc złapałam za aparat fotograficzny („z bliska pewnie nie pozwolą się fotografować” – zakładałam) i nastrzelałam kilkadziesiąt fotek, bo każda wydawała mi się lepsza od poprzednich, choć ogólnie wszystkie były z takiej odległości kiepskie. Wizja że zaraz możemy mieć gości na jachcie, sprawiła że nawet co nieco sprzątnęliśmy  :-).
Zrobiliśmy milę, potem drugą i… Cóż, odkryliśmy że żadna łódź podwodna na nas nie czeka! Kiedy byliśmy bliżej, podłużny kształt przeistoczył się w wyspę (na mapie jej nie było), a wkrótce okazało się, że to nawet i nie wyspa (czyli mapa się zgadzała) tylko kraniec półwyspu (mierzeja była na tyle niska, że jej wcześniej po prostu nie widzieliśmy). Po prostu taka morska fatamorgana…

 

* * * * * *

 

18 sierpnia, 42. dzień wyprawy , około 13
U wybrzeży Czukotki – Morze Wschodniosyberyjskie
Pozycja na godzinę 1250: 69 st. 57`N, 172 st. 44`E
A życie (rejs) toczy się dalej…


Lód na wantach.Ładny dzień – słońce rozświetla zieloną toń morza, z prawej burty ciągnie się górzysty brzeg Czukotki. Znowu zrobiło się cieplutko, co znaczy że termometr pokazuje już całe 3 stopnie Celsjusza. W nocy pokazywał zero, a jeśli dodać do tego nieprzyjemny wiatr, muszę przyznać, że na wachcie od 2 do 6 rano zmarzłam strasznie. I to mimo wersji ubioru: bielizna oddychająca, bluza polarowa i jeszcze jedna bluza z podwójnej warstwy polaru plus ciepły sztormiak. Twarz wysmarowałam kremem dla narciarzy, ale i tak czułam smagający skórę mróz. O tym że było mroźnie świadczy lód na pokładzie i na wantach. Kiedy rano lód z olinowania zaczął topnieć, było prawdziwe bombardowanie spadających z góry sopelków.

 

Fot. obok: lód na wantach.


W każdym razie przy warunkach jakie są teraz byłoby całkiem fajnie, gdyby nie nasz stan przygnębienia po tym, co zdarzyło się wczoraj. Ogólnie – nastroje kiepskawe. Ciągle myślimy o co naprawdę pogranicznikom chodziło i nie możemy dojść. Dla mnie to dodatkowa porażka – wiele miesięcy pracy nad rozgryzaniem rosyjskiej biurokracji, dziesiątki jeśli nie setki telefonów do Moskwy i na Czukotkę, w końcu radość że mamy potrzebne dokumenty i nagle ktoś jedną decyzją, podejrzewam że nawet nie znając szczegółów sprawy, wszystko to przekreślił.


Za kilkanaście mil planujemy wejście do zatoczki przy półwyspie Aachim. Chcemy odpocząć – jesteśmy zmęczeni psychicznie, a i fizycznie też, bo cały czas od wczorajszego wypłynięcia mamy silny, idealnie przeciwny wiatr. Próbowaliśmy halsować, ale nie miało to sensu – nie posuwaliśmy się prawie wcale do przodu, bo co trochę zyskaliśmy wysokości, to i i tak wiatr nas spychał. Katujemy więc silnik, ale tak długo płynąć nie da rady, bo i silnika szkoda, i paliwa przy takim pływaniu zabraknie, a poza tym nie ma przyjemności żeglowania. Trochę dziwne, że kazano nam opuścić Pevek w taką pogodę – wiedzieliśmy że tak będzie, bo nawet w przysłanych przez Wojtka prognozach było: siła wiatru 25-30 węzłów, East, z literką „g” co miało oznaczać sztorm. Aż tak silnego wiatru jak te zapowiadane 30 knotów wprawdzie nie ma, ale dziwne że służba graniczna nie bierze pod uwagę prognoz i zamiast dbać o bezpieczeństwo zwłaszcza małych jednostek, zmusza je do opuszczenia portu.


A co do prognoz to przyzwyczailiśmy się w Kanadzie, że od tamtejszego Coast Guardu zawsze można było otrzymać prognozy – pogodowe i lodowe, ustne lub na wydrukowanych mapkach - jak chcieliśmy. Tutaj jest na odwrót – eskortujący nas statek Pogranicznoj Służby nas pytał (jesteśmy trochę przed nimi), jakie po przejściu Przylądka Szelagskiyj są warunki, jak i skąd wieje, jaka fala… Ostatecznie my katowaliśmy się płynięciem, a oni zostali na spokojnych wodach zatoki i dopiero teraz nas gonią. Próbowałam ich przed chwilą wywołać przez radio, ale pewnie są na tyle daleko, że sygnał z naszej VHF-ki (radia średniego zasięgu) do nich nie dociera. Zgłosił mi się natomiast inny statek, z którym bardzo miło sobie pogadaliśmy, a przy okazji dostaliśmy prognozy pogody. Wiatry mają słabnąć (teraz jest 17 węzłów), ale niestety ciągle będą ze wschodu. Na marginesie to jak widzę, to tutaj kanał 16 (normalnie – kanał bezpieczeństwa) służy do ogólnych międzystatkowych plotek. Nikt nie przechodzi na inne kanały, tak jak teoretycznie powinno się to odbywać.  Z drugiej strony trzeba przyznać, że tutejsze wybrzeże jest lepiej oznakowane niż cieśniny arktycznej Kanady czy Alaski – jest więcej raconów (boi radarowych), są nawet światła na brzegach. No ale i ruch statków jest tu większy niż w nadamerykańskim Przejściu-Północno Zachodnim.  Wkurzające natomiast jest to, że na wielu mapach przy maleńkich wysepkach zamiast zaznaczać zarys lądu, za wystarczające uznano napisanie literek typu „os” czy „ostw” czy samo „o” co jest skrótem od rosyjskiego „ostrow” (wyspa). Nie zauważysz, albo nie znasz rosyjskiego – twoja sprawa…

 

Około 20
Zatoka Nolde (część zatoki Aaczim) przy półwyspie Perkayon
Pozycja: 69 st. 52`M, 173 st. 14`E
Ale cisza…


Ptasie przedszkole.Do części laguny do której zamierzaliśmy wejść nie weszliśmy – było za płytko, w dodatku zaczęła szwankować sonda (cały czas teraz pokazuje 3,5 m głębokości, przez co wpakowaliśmy się na mieliznę). Oczywiście znaleźliśmy zastępcze miejsce do rzucenia kotwicy i w towarzystwie zainteresowanych nami kaczek i gęsi, które podpływają całymi rodzinami wyraźnie zainteresowane naszą obecznośćią, z pomocą kupionego wczoraj wina  (25 dolców za 3 litrowe pudełko bułgarskiego sikacza) próbujemy odtajać po przeżyciach wczorajszego dnia. Najlepsza jest tu cisza! Taka, że bicie własnego serca można usłyszeć… Börje usiłuje złowić coś na wędkę… Twierdzi że jest przypływ i dlatego ryby nie biorą  :-).

Powyżej: płynie ptasie przedszkole.

 

*  * * * * *

 

17 sierpnia, 41. dzień wyprawy
Pevek, wyjście w morze
Jak zostaliśmy kryminalistami i dostaliśmy 5 lat zakazu wjazdu do Rosji


Sprawy przybrały nieco nieoczekiwany obrót. Dziś z samego rana mieliśmy wyjść w morze, ale wczoraj wieczorem przyjechał Andron – kierowca-pogranicznik, i powiedział że zanim wypłyniemy, mamy poczekać na pieczątki do paszportu. Byliśmy pewni że chodzi o standardowe stemple, bądź co bądź to nasz pierwszy rosyjski port. W świetnych humorach, jedząc śniadanie na pokładzie – czekaliśmy.


Około 10-tej przyjechał Andron i powiedział że oficer-pogranicznik nie może do nas przyjść, bo jest zajęty, mamy więc jechać do biura. Ciągle przekonani że to tylko formalność, pojechaliśmy. Biuro było inne niż siedziba pograniczników, ale pal sześć – chodziło tylko  o stempel. Czekaliśmy dość długo, zdążyliśmy się nawet zaprzyjaźnić z jakimś cwaniaczkowatym petentem, który zdradził nam  ze w tutejszych fabrykach złota zarabia się 2500 dolców miesięcznie, przy czym wszystko można odłożyć, bo za jedzenie i kwaterę się nie płaci. W końcu lekko zaniepokojona, bo ile czasu można czekać na stempel, zajrzałam do pokoju w którym siedział nasz oficer-pogranicznik i delikatnie mu się przypomniałam.


Pobieranie odcisków palców.Kazano mi zawołać kierowcę. Kiedy ten przyszedł, dostał polecenie zabrania nas na komisariat milicji (bo tu ciągle jest milicja, nie policja). Na milicji ku naszemu zdziwieniu, najpierw ustawiono nas przy ścianie i zrobiono nam zdjęcia. Takie foty z przodu i z profilu, jakie się robi do policyjnych kartotek. Potem przyszedł czas na odciski palców. Nieco się zdziwiliśmy, ale powiedziano że to na rozkaz pograniczników, czyli  nie mieliśmy wyjścia…

Obok: pobieranie odcisków palców i dłoni.


Co do tych odcisków palców to niesamowita jest technika ich pobierania. Przychodzi młodziutka dziewczyna i maże paluchy delikwentów czarnym tuszem, po czym odciskuje je na kartce w określonych rubryczkach. Następnie robi to z całą dłonią…  Potem powtarza to tyle razy, ile kopii jest potrzebnych, jakby nie można było użyć kserokopiarki. Nie mogliśmy się pohamować od tłumionego śmiechu, w związku z czym dziewczę zapytało dlaczego nas to śmieszy i czy u nas tak się nie robi? Kiedy powiedzieliśmy że nie, a jeśli nawet już trzeba pobrać odciski to robi się to elektronicznie, dziewczę było mocno zdumione.


Po całej tej dziwnej procedurze znowu zabrano nas do tajemniczego biura gdzie z kolei wzięto nasze paszporty i bez wyjaśniania o co chodzi, pani za biurkiem zaczęła nam w nich coś wpisywać. Na prośbę, by wreszcie ktoś nam powiedział co jest grane odpowiedziała tylko że powinna wbić pieczątkę, ale że pieczątka jest za duża i się nie mieści, więc musi wpisać treść ręcznie. Kiedy wyszła z pokoju, oficer-pogranicznik w zupełnie luźnej rozmowie, jakby przypadkiem i mimochodem powiedział nam, że owy wpis to anulacja naszych wiz, oficjalne stwierdzenie odmowy wjazdu do Rosji i zakaz przekraczania granicy tego kraju przez najbliższe 5 lat! Nie mogliśmy uwierzyć własnym uszom! Dla mnie to bardzo dotkliwa kara, bo mimo wszystko Rosję lubię i chciałabym ten kraj odwiedzić, ale druga sprawa – w Moskwie często zmieniam samoloty, na przykład lecąc do Indii.


Ponieważ pieczątki nas delikatnie mówiąc zaskoczyły, zażądałam kontaktu z ambasadami Polski i Szwecji, ale usłyszałam, że nie ma takiej możliwości, tym bardziej że z biura jest wyjście tylko na telefony miejskie. W tym układzie poprosiłam o kontakt do kogoś z szefostwa Pogranicznej Slużby, uznając że na pewno jakoś nasz oficer ze swoimi szefami kontaktować się musi. I w tym przypadku usłyszałam odmowę, ale że się uparłam, oficer wyszedł z pokoju i gdzieś tam dzwonił. Kiedy wrócił, wręczył mi kartkę z jakimś numerem, mówiąc że swojego telefonu udostępnić nie może, bo możemy zadzwonić z naszego, satelitarnego. Nie chodzi nawet o koszty (choć fakt, rozmowy z satelitarnego są bardzo drogie), ale z naszego Iridium trudno się dogadać i często zrywa połączenia, tak więc zażądałam zabrania nas na pocztę. Oczywiście znowu była odpowiedź, że „nie”, chociaż chyba musiałam być mocno zdesperowana, bo nagle w biurze znalazła się możliwość wyjścia poza Pevek i połączono nas z Anadyrem. Niestety, usłyszeliśmy tylko, że osoba decyzja jest poza biurem i będzie za półtorej godziny.

Odwieziono nas na jacht informując, że od tej pory nie mamy już prawa go opuszczać. Przy okazji padło też pytanie, co wczoraj robiliśmy na rosyjskim statku? Zgodnie z prawdą powiedziałam że umówiliśmy się z jego załogą na prysznic i pranie, co jest wśród ludzi morza zupełnie normalne I na całym świecie załogi dużych statków pomagają żeglarzom m.in. w taki sposób. W odpowiedzi usłyszeliśmy że na całym świecie nie znaczy że w Rosji i że nie mieliśmy prawa tego robić. Nie będę tego komentować, bo ręce i nogi opadają. Mam tylko nadzieję, że uczynny i sympatyczny oficer ze statku, który znając dobre morskie obyczaje po prostu chciał po ludzku pomóc, nie będzie miał przez nas problemów. Może dobrze że był zajęty i nie miał czasu z nami pogadać, bo tak przynajmniej nie można mu zarzucić zbyt bliskich kontaktów z nami.


Co było dalej? Zawieziono nas na jacht, po czym po jakimś czasie znowu zabrano do biura pogranicznoj służby. Andron, kierowca gazika którym nas wożą, to całkiem sympatyczne chłopisko, ale że akurat był jednym z niewielu osób które wiedziały o naszym praniu na rosyjskim statku, powiedziałam mu że mieliśmy za to ochrzan. Obruszył się, że to nie on wykablował. Ciekawe kto taki nadgorliwie życzliwy?


W biurze mieliśmy jeszcze raz zadzwonić do  szefostwa pogranicznoj służby w Anadyrze, stolicy Czukotki. Rozmowa była krótka, a raczej – jej nie było. Najpierw „nasz” oficer (ten z Peveku)  przekazał nam, że „główny szef jest zajęty, a rozmawiać z nami tak czy owak nie ma ochoty” (dokładnie takie słowa padły). Kiedy wymusiłam aby połączono mnie osobiście, po przedstawieniu się usłyszałam tylko trzask odkładanej słuchawki.

Tymczasem dano nam do podpisania kolejne dokumenty. Poprosiłam o ich przetłumaczenie, bo obawiam się że w długiej, zagmatwanej treści mogą być jakieś kruczki. Przy okazji powiedzieliśmy oficerowi że mu niedowierzamy, bo nas cały czas oszukiwał. Od pierwszego dnia, kiedy mówił że sąd to tylko formalność, że wszystko będzie dobrze i  że ukrywał przed nami przygotowywanie całej tej akcji. Gdyby nam powiedział wcześniej, mielibyśmy czas na skontaktowanie się z naszymi rodzinami, prawnikami, MSZ-etem, ambasadami, Ambasadorem Rosji, który ma nad tym rejsem honorowy patronat, a przede wszystkim – pewnie wcześniej byśmy wyszli w morze i nic by nam nie zdążyli powpisywać do paszportów. Teraz jeszcze zostaliśmy odcięci od źródeł jakiekolwiek kontaktu. Poczta z normalnymi telefonami i Internetem nie wchodziła już w rachubę, zabroniono nam nawet wejścia do budynku portu gdzie byłaby szansa na Internet. Zgryźliwie tylko oficer zauważył, że inne jachty które tu były (rosyjski „Piotr I” i ekspedycja norweska) Internet miały. Wyjaśniłam mu, że to były sponsorowane wyprawy, z dużym budżetem, a my jesteśmy tu za własne pieniądze, w zupełnie innym celu – poznawczym (w tamtych rejsach chodziło o poniekąd  „sportowe” zaliczenie North East i North West Passage). Oczywiście na oficerze nie zrobiło to żadnego znaczenia, mało tego – stwierdził, że  nie obchodzi, co jako dziennikarka będę o Czukotce pisać i wcale mu nie zależy aby ten zakątek Rosji reklamować. Powiedziałam mu, że może jego to nie interesuje, ale może być to ważne w przyszłości dla jego dzieci, które mogłyby zarabiać na turystach, przyjeżdżających na Czukotkę dzięki ciekawym artykułom. Widać jednak było, że oficer ma wszystko w nosie. Podejrzewam że turyści w jego mniemaniu kojarzą się tylko z dodatkową dla niego pracą, a przecież tak dobrze jest nic nie robić.

W międzyczasie wyraziliśmy też zdziwienie tym co się wcześniej wydarzyło w sądzie. Czyli że obiecywano nam na rozprawie, że po opłaceniu kary będziemy wolni, tyle że mamy płynąć na odprawę do Providenii, a tymczasem decyzje są zupełnie inne. Oficer na to, że to sąd dołożył nam największą z możliwych kar, czyli te 70 dolarów od osoby, a kara mogła być przecież mniejsza. Tu już mnie poniosło – komu jak komu, ale bardziej ufam sędziemu niż oficerowi, a sędzia wyraźnie powiedział że najwyższej kary domagał się pogranicznik, bo on chciał dać niższą. Powiedziałam, że w drodze do portu chcielibyśmy zatrzymać się przy sądzie i wyjaśnić tę sprawę. Odpowiedź była taka jakiej się spodziewałam: nie ma mowy!


Z żądaniem tłumaczenia dokumentów pogranicznik był przygotowany – wiedział że jeśli nie ja to na pewne Börje o to poprosi. Tłumaczką była znajoma już nam nauczycielka ze szkoły, kobieta bardzo miła, ale powiedzmy sobie szczerze – znająca angielski dość miernie. Dzięki temu Börje miał powód by dokumentu nie podpisać. Ja chyba też powinnam odmówić, ale stało się – podpisałam.


W międzyczasie znowu wrócił temat „Nortoco”, czyli firmy załatwiającej nam zezwolenie na przebywanie na Czukotce. Pierwszego dnia, kiedy jeszcze oficer-pogranicznik był dla nas miły, przyjechał do nas na jacht, namawiając abyśmy napisali donos na tę firmę, że nas źle obsłużyła. Kartki i długopis miał już przygotowane. Powiedziałam mu od razu, że Börje podpisywać niczego nie będzie, bo z Nortoco nie miał żadnych kontaktów, a  co do mnie, to ja w sumie zastrzeżeń do nich nie mam, no może tylko tyle, że strasznie długo te wystawianie zezwolenia trwało (dziewczyny z Nortoco twiedziły w e-mailach że to nie ich wina, tylko Pograniczna Slużba tak długo trzyma dokumenty).  W trakcie rozmowy o Nortoco oficer wspominał jeszcze kilkakrotnie – że trzeba ich zamknąć, że mamy pecha że na nich trafiliśmy, że cierpimy za ich nieprofesjonalność, że trzeba było zwrócić się do innej firmy. Mówiłam, że się zwracałam – do  różnych firm poleconych na oficjalnej, rządowej stronie Czukotki, ale tylko Nortoco odpowiedziało. A jeśli Notoco nie jest godne polecenia, to dlaczego w takim razie jest rekomendowane przez władze na rządowej stronie? Tak czy owak mam wrażenie że odmowa napisania donosu na Nortoco wpłynęła znacznie na pogorszenie naszej sytuacji.


Finał? Zawieziono nas na jacht informując że mamy jak najszybciej opuścić Pevek i w obstawie statku Pogranicznej Służby wypłynąć z wód terytorialnych Rosji. Statek Pogranicznoj Służby ukryty w kącie zatoki już na nas czekał, aby nas „odprowadzić”… Smutny koniec wymarzonej wyprawy. Moja miłość do Rosji (bo ja naprawdę lubię ten kraj) w dużym stopniu osłabła…  A najgorsze że ciągle nie wiemy o co w tym wszystkich chodzi. Mamy wrażenie że jesteśmy ofiarami jakiś tutejszych wewnętrznych rozgrywek i pionkami w grze, która w rzeczywistości nie do końca nas dotyczy.


[Uzupełnienie pisane już w USA: Będąc w Pevek mowa była o opuszczeniu wód Rosji i płynięciu na Alaskę, ale nikt nie mówił że mamy zrobić to natychmiast, najkrótszą drogą. Z Pevek do Nome na Alasce (to pierwszy port w którym można zrobić odprawę paszportową USA) jest jakieś 700 mil, czyli kawał drogi, stąd też nasze kilkukrotne założenie że będziemy trzymali się blisko wybrzeża, aby w razie czego wskoczyć w jakąś zatoczkę. Jeszcze raz chcę podkreślić, że zarówno sędzia, jak i pogranicznicy zaakceptowali tę pomysł. To ważne, z punktu widzenia późniejszych wypadków.


I jeszcze jedno – kwestia granicy między USA i Rosją. Na każdej mapie jest to prawie prosta linia będąca przedłużeniem Cieśniny Beringa. Powszechnie wiadomo, że przeważnie każdy kraj ma pas wód terytorialnych liczący 12 mil, ale zarówno Rosja jak i USA to kraje nieco specyficzne. Naszym błędem było to, że nie przestudiowaliśmy dokładnie przepisów,  czyli za granicę między obydwoma krajami przyjęliśmy linię widniejącą na mapach (także morskich), a dopiero później dotarło do nas że to wcale nie tak – granica jest zaledwie po 12 milach. Gdybyśmy mieli taką świadomość od początku, i tak nie zmieniłoby to naszego planu płynięcia wzdłuż wybrzeża – skoro mowa była o opuszczeniu wód Rosji bez sprecyzowania kiedy, logiczne było, że dopóki możemy – płyniemy wzdłuż brzegu.

PS. Jeszcze a`propos tutejszych paradoksów. Przedwczoraj oficer-pogranicznik powiedział nam, że dyrektor miejscowej szkoły chciałby nas poprosić  o spotkanie z miejscowymi dzieciakami. Chodziło o to,  aby powiedzieć im o naszym rejsie, o krajach w których mieszkamy… Okej, przygotowałam prezentację zdjęć, Börje też spodobał się pomysł, bo to fajne zrobić coś dla miejscowych dzieciaków.  Zaproponowałam oficerowi, żeby może zamiast opowiadać dzieciom o jachcie pokazując zdjęcia, lepiej zaprosić ich na jacht i pokazać jak żyjemy, jak posługiwać się różnym sprzętem. Usłyszałam, że to niemożliwe, bo przecież nasz jacht to terytorium obcego państwa, a dzieci nie mają prawa do przekraczania granicy Rosji…

Skończyło się na tym, że oficer o umówionej godzinie kiedy miał nas zabrać do szkoły, nie przyjechał. Pewnie nie miał czasu, bo musiał przygotować dokumenty związane z naszą deportacją.

 

* * * * * *

 

16 sierpnia, 40. dzień wyprawy
wciąż w Pevek (Rosja)
Wycieczka do łagrów, wielkie pranie
Wieczorem


Po wielkim praniu.Siedzę sobie na rosyjskim statku w kabinie zaprzyjaźnionego oficera i robiąc pranie w statkowej pralce mogę wreszcie uzupełnić bloga. Swoją drogą wcześniej wzięłam też prysznic, bo Andriej (ten nasz znajomy pierwszy oficer) udostępnił nam także swoją kabinę. Ale jaka to kabina! Właściwie – ogromny gabinet czy raczej salon do pracy plus sypialnia z ogromnym łożem plus łazienka większa od tej jaką mam w swoim domu! Zatkało mnie, bo warunki są wcale nie gorsze (raczej lepsze) niż w kabinach poznanych oficerów ze statków kanadyjskich.

 

Na zdjęciu obok: po wielkim praniu wielkie suszenie.


Jutro już na pewno wypływamy z Peveka. „Na pewno” – o ile wiatr nie będzie mocniejszy niż zapowiadane 25 knotów, niestety prosto w dziób. Dziś już pogranicznicy dopytywali się kiedy wreszcie wypłyniemy – w sumie to nawet przy bardzo silnym wietrze nie za bardzo mamy wyjście, bo wyraźnie nas tu już nie chcą. Mieliśmy wyjść już dzisiaj, ale zabrano nas na wycieczkę, a poza tym musieliśmy trochę popracować przy jachcie i zrobić drobne zakupy.


Z wycieczką to wyszło zupełnie przypadkowo. Wczoraj tankując wodę, kiedy stałam przy hydrancie i czekałam na sygnał od Börje czy zbiorniki już pełne i trzeba zakręcić kurek, podszedł do mnie elegancko ubrany gość, powiedział wprost że „wiele tu może” (dosłownie) i zapytał, jak może nam pomóc. Trochę wcześniej wróciłam z banku gdzie miałam zapłacić sądową grzywnę i byłam wściekła jak diabli, bo myślałam że 2000 rubli czyli 65 dolców to mamy zapłacić razem, a tymczasem okazało się że od osoby (plus koszty bankowe liczone również dla każdego oddzielnie). W każdym razie humor miałam nie najlepszy, więc nie omieszkałam dać upust swojemu rozżaleniu, nie tylko w kwestii kary, ale przede wszystkim tego, że taki kawał płynęliśmy, zostaliśmy ukarani, choć nie czujemy się winni, a na dodatek nie pozwalają nam niczego w okolicy zobaczyć. Pan widać nas zrozumiał, bo obiecał następnego dnia zorganizować dla nas wycieczkę. Na wszelki wypadek zapytałam ile to będzie kosztowało, ale nasz dobroczyńca stwierdził, że nie ma mowy o pieniądzach, bo jesteśmy przecież gośćmi. Na koniec rozmówca stwierdził, że sam nie dysponuje odpowiednim samochodem (na tutejsze drogi musi być jakaś terenówka), ale obiecał że ktoś o 10-tej po nas przyjedzie. Zapraszałam go na jacht na herbatę ale nie skorzystał z zaproszenia.


Nie powiem, bardzo się ucieszyliśmy z obietnicy wycieczki, ale dzisiaj rano przy śniadaniu zaczęłam mieć wątpliwości, czy coś z tego będzie. W sumie to obcy człowiek, rozmawialiśmy zaledwie kilka minut, niby dlaczego miałby nam załatwiać za darmo samochód z kierowcą? Tymczasem 5 minut przed godziną 10-tą przy burcie „Anny” pojawił się młody chłopak, i powiedział że po nas przyjechał.  Jak się okazało był to samochód portu, a kierowca to Wowa – sympatyczny i bardzo rezolutny 20-parolatek, nie tylko świetny w prowadzeniu samochodu, ale doskonały także jako przewodnik.


Arktyczne jagody.Fajnie było zobaczyć coś innego niż tylko morze. Szutrowa, wertepiasta droga (Wowa mówił że to i tak najlepszy jej odcinek) przecinała rozległe przestrzenie porośnięte dobrze nam znajomymi niskopiennymi krzakami które ja znam pod nazwą wierzby arktycznej, choć tu akurat mówi się brzoza arktyczna. Zrobiliśmy po drodze przystanek na jagody i borówki – pełno ich tutaj. Są czarne jagody (czyli niebieskie, takie jak w Polsce), borówki brusznice (czerwone, też znajome z Polski), poza tym czarne owoce bażyny (tutaj się je jada, ale są takie ogólnie bez smaku), a gdzieniegdzie (to już na bardziej bagnistych przestrzeniach) można też znaleźć malinę moroszkę (w Polsce nie mamy – takie coś co rośnie jak poziomka, a wygląda jak pomarańczowa malina). Ze zwierzaków widzieliśmy hasające przy szosie ziemne wiewiórki i trochę ptactwa – m.in. dostojne żurawie koroniaste i arktyczne sowy.

Zdjęcie powyżej: wybór arktycznych jagód (zwykłe, borówki, bażyny).



Pozostałości łagru.Celem kilkugodzinnej „wyprawy” były pozostałości jednego z licznych tutaj łagrów. W szczerym polu stały zrujnowane kamienne domy i jakaś maszyna. Właściwie nie sprawiało to wrażenia obozu - widziałam gułag na Wyspach Sołowieckich i jeden z obozów na Kamczatce, ale w przeciwieństwie do tamtych miejsc, tutaj nie było żadnych kolczastych ogrodzeń czy choćby wieżyczek strażniczych. Ot, po prostu resztki zabudowań. Mimo takich na pozór „lepszych” warunków tutejsi więźniowie i tak  byli bez szans na przeżycie. Pracowali przy wydobywaniu uranu, co oznaczało maksimum miesiąc życia. Skuteczna ucieczka raczej nie wchodziła w grę – nawet gdyby ich nie złapano, zginęliby przez zimno i zabójczą naturę.

 

Obok: Pozostałości sowieckiego łagru dla więźniów wydobywających uran.


Ciekawym doświadczeniem była wizyta w stacji radarowej. Kiedy była wybudowana Wowa nie wiedział, ale podejrzewam że w latach zimnej wojny. Teraz to zdemolowane, opuszczone miejsce, pełne żelastwa, ale  na swój sposób interesujące. Weszliśmy do środka – w środku rozmontowane, pordzewiałe maszyny, porzucony, poszarzały dziennik łączności z ostatnim wpisem z 1992 roku i… kolorowe malowidła na ścianach przedstawiające podbój kosmosu.


A tak w ogóle to Wowa powiedział że zdaniem produkujących się w telewizji synoptyków, to ostatnie dni takiej pięknej pogody. Jesteśmy wysoko ponad Kołem Podbiegunowym, a chodzimy w krótkich rękawkach. Na szczęście nie ma tu prawie wcale komarów (w Kanadzie były straszne). Teraz ma już nadejść arktyczna jesień…

 

 

W międzyczasie
Purga daje łapę!


Purga co pomostu strzeże.Uff! Zaprzyjaźniłam się wreszcie z Purgą. Purga (dosłownie znaczy to po rosyjsku: „ zamieć”, „burza śnieżna”) to wielkie kudłate psisko, na pozór ociężałe i leniwe, ale jak nas uprzedzano – chętnie udowadniające siłę swojej szczęki. Problem w tym, że ulubione miejsce wygrzewania się Purgi stanowi pomost, którym trzeba przejść wydostając się z „Anny” via pordzewiałe barki na ląd. Purga ani myśli się usuwać, bo pomost to jej terytorium, do którego jest bardzo przywiązana. Kiedy zaraz po przypłynięciu zadaliśmy pytanie czy jacht stojąc w tym miejscu jest bezpieczny, od razu usłyszeliśmy że skoro Purga go pilnuje, to na pewno tak, bo to naprawdę groźny pies, który na pewno nikogo nie przepuści.

 

Obok: Purga co pomostu strzeże.


Do dzisiaj, za każdym razem jak pojawialiśmy się przy pomoście, wychodził ktoś z pobliskiej barki i Purgę zabierał, pozwalając nam przejść. No ale tym razem na barce nikogo nie było, Purga uwaliła się dokładnie w poprzek wąskiego pomostu, a my musieliśmy zatankować wodę, co oznaczało konieczność mojego kilkakrotnego kursowania między „Anną” a hydrantem. Z duszą na ramieniu musiałam się z Purgą zaprzyjaźnić. Zajęło to trochę czasu, ale chyba psisko mnie zaakceptowało, bo daje się nawet pogłaskać. Mimo wszystko jednak każde  przejście koło sierściastego dywaniku na pomoście przyprawia mnie o przyśpieszone bicie serca i zastanawianie się, którą z moich łydek Purga wybierze w pierwszej kolejności?

 

* * * * * *

 

15 sierpnia, 39. dzień wyprawy
II dzień stania w Pevek
Ogłoszenie wyroku!


Lokalny sąd.Dzień zaczęliśmy od ponownego stawienia się w sądzie. Nie powiem, tym razem jednak trochę się denerwowałam, bo wieczorem przyjechał do nas oficer-pogranicznik i powiedział, że wcale nie jest pewne, czy niezależnie od kary finansowej nie zostaniemy wyrzuceni z wód terytorialnych Rosji. Jakby na potwierdzenie takiej ewentualności skinął na stojący w porcie statek „Pobierieżnej Służby” czyli tutejszego „Coast Guardu”, który rzeczywiście sprawia wrażenie jakby miał być naszą obstawo-kontrolą. Trochę mnie to zdziwiło, bo wczoraj przy podpisywaniu przez nas tuzina różnych dokumentów, a potem na rozprawie nie było o tym mowy. Sugerowano nam, że jak nie będziemy utrudniać sprawy i pójdziemy na współpracę, skończy się jedynie niewielką karą finansową (maksimum 65 dolarów, ale rozumieliśmy że dostaniemy mniej), popłyniemy do Prowidienii – portu w Cieśninie Beringa, aby tam zrobić odprawę celno-paszportową, po czym będziemy mogli zostać na Czukotce robiąc co tylko chcemy. W międzyczasie jeszcze zabrał głos Börje, który zwrócił uwagę, że jeśli chodzi o żeglowanie, to do Prowidenii jest kilkaset mil w zapewne trudnych warunkach pogodowych, tak więc ze względów bezpieczeństwa trzeba uwzględnić, że prawdopodobnie „Anna”, która jest jednak małym jachtem,  będzie musiała zrobić kilka przystanków w jakichś zatoczkach. Sędzia od razu powiedział, że jasne, rozumie i nie ma sprawy.

Fot. powyżej: Tablica potwierdzająca, że przywieziono nas do sądu.


W sądzie, podobnie jak i dzień wcześniej, wszystko odbyło się w majestacie prawa. Czyli  była sala z klatką dla przestępców (my na szczęście nie w klatce), sędzia w todze, wstawanie kiedy sędzia wchodzi, no i pełne napięcia odczytanie wyroku. Skończyło się karą 2 tys. rubli, czyli 65 dolarów, tyle że jak się potem okazało, nie od nas razem, ale od osoby, co mnie nieco zaskoczyło, bo znaczyło maksymalny wymiar, bez żadnej ulgi.  Potem, na korytarzu, w trakcie krótkiej, prywatnej już rozmowy, sędzia mnie za to przeprosił, ale powiedział, że taką grzywnę wymusili na nim pogranicznicy.  Niestety, w przeczytanym z szybkością karabinu maszynowego wyroku, wypełnionym mnóstwem paragrafów przeoczyłam to co najważniejsze, a mianowicie że z wczorajszych obietnic pozostania na Czukotce nici – trzeba będzie Rosję opuścić. Wyszło to dopiero później dając mi poczucie oszukania i zmanipulowania. Nie utrudnialiśmy procesu, podpisaliśmy podsuwane dokumenty może nawet zbyt szybko, nie żądaliśmy adwokata i nie czepialiśmy się, że pani tłumaczka ma problemy z tłumaczeniem, a tymczasem taki finał. Najbardziej wkurza nas  fakt, że zostaliśmy potraktowani na równi  z kryminalistami, postawieni przed sądem, zostając ukarani nie za bardzo wiedząc za co. Absolutnie nie czujemy się winni – obrywamy za niejednoznaczność rosyjskich przepisów.


Niezależnie od tego co myślę o rosyjskich przepisach muszę przyznać, że wielkim atutem Rosji są ludzie – szczere i dobre dusze. W Pevek wiele osób wie o  naszych kłopotach i na każdym kroku dają nam odczuć, że nam współczują, rozumieją, a niektórzy nawet wprost mówią że im wstyd za to, że mamy takie problemy. Kiedy przyszłam do banku zapłacić karę i zastałam tłum czekających, zostałam wpuszczona bez kolejki, żebym przynajmniej w ten sposób odczuła, że naród jest za nami.
Co do ludzi, to szukając poczty, która jest chyba jedynym w mieście miejscem dającym dostęp do Internetu, poznaliśmy Luka – też szukającego poczty Kirgiza. Luk przyjechał na półroczną delegację w kopalni złota i przeklina Arktykę na czym świat stoi, ale facet sprawiał tak  miłe wrażenie, że z przyjemnością się z nim gadało. Swoją drogą na pocztę ostatecznie dojechaliśmy… radiowozem, o ile tak można nazwać rozklekotany gazik z uczynnym milicjantem, którego zapytaliśmy o drogę.


Pomnik Lenina w Pevek.W ramach obiadu poszliśmy do znajomej już wcześniej, jedynej w mieście knajpki, gdzie podobnie jak i wczoraj zamówiliśmy standardowy zestaw,  solidnie się nadając, tym razem bez efektów biegunkowych. Dość dokładnie zwiedziliśmy też miasto, o ile można nazwać zwiedzaniem oglądanie opuszczonych domów z oknami bez szyb, straszącymi pustką i możliwością zawalenia się. Oczywiście reprezentacyjne miejsca w postaci „Placu Centralnego” z pomnikiem Lenina i pomnikiem Wojny Ojczyźnianej, a także muzeum z całkiem przyzwoitą ekspozycją kulturalno-historyczno-przyrodniczą, też zobaczyliśmy.

Obok: pomnik Lenina na głównym placu w Pevek.


Popołudnie zajęły nam prace przy jachcie, w tym m.in. tankowanie paliwa i wody. Przy okazji Alex – kapitan stojącego obok nas holownika, wtajemniczył nas w arkana tutejszych prawideł pogodowych. Powiedział m.in. że nadchodzi „jużak” jak nazywa się tutaj wiatr z południa, wróżący dużą  falę i sporo zamieszania w porcie. Potwierdziły to potem prognozy przysłane przez Wojtka – najbliższe dni straszą niestety silnymi wiatrami (30 węzłów), dokładnie z kierunku w jakim mamy płynąć (czyli południowy-wschód).


Już na sam koniec dnia wpadliśmy na stojący w porcie wielki statek, który jak się okazało też idzie do Providenii, a potem do amerykańskiego Seattle. Bardzo miły pierwszy oficer, Andriej, pokazał nam interesujące nas mapy  morskie. Te które mamy (brytyjskie) są bardzo ogólnikowe, tutaj zaś dysponują wersjami na tyle szczegółowymi, że dokładnie widać głębokości w zatoczkach, w których w razie złej pogody mamy zamiar się chronić. Pofotografowaliśmy interesujące nas fragmenty – będziemy mieli teraz nawigację „zdjęciową”. Tak w ogóle to przez długi czas próbowałam kupić mapy rosyjskie. Po serii telefonów do rosyjskich portów (m.in. do Peveka), do różnych ministerstw w Moskwie (Transportu Morskiego itp.), a także do Instytutu Hydrografii w Sankt Petersburgu, musiałam uznać sprawę za niemożliwą do załatwienia, przynajmniej z pozycji osoby będącej na stałe w Polsce.


Tak na marginesie to chcieliśmy zobaczyć stojący w porcie statek pogranicznikow, ale oficerowie z niego jakoś nie podchwycili tematu. Trochę tu inne zwyczaje niż w Kanadzie, gdzie od razu nas zaproszono do zwiedzania jednostki . Mało tego – spontanicznie zapytałam dokąd teraz idą (mając na myśli czy się jeszcze spotkamy), na co odpowiedziano mi stanowczym i poważnym: to tajemnica wojskowa! W Kanadzie wręcz odwrotnie – celowo nam mówiono, jaka jest dalsza trasa jednostek Coast Guardu, abyśmy w razie problemów wiedzieli, czy mamy gdzieś w pobliżu życzliwą załogę. Tutaj zasady są trochę inne i czasem trudno je zrozumieć.
Teraz jest wieczór – bardzo przyjemna pora, bo jeśli nie liczyć pracy portowych żurawi, robi się bardzo cicho, a zatokę pokrywa idealnie gładka tafla wody. Właśnie zmąciła ją foczka, która wynurzyła swój ciekawski łepek i patrzy się na nas (a my na nią). Lubię patrzeć na odbicie „Anny” w wodzie. Zaraz zgasi je nadchodzący mrok. Niestety polarny dzień (białe noce) już się skończył – teraz noce stają się coraz ciemniejsze i dłuższe. Niedługo zaczną się zorze polarne…

 

* * * * *

 

14 sierpnia, 38. dzień wyprawy, po południu
w Pevek
Przed rosyjskim sądem czyli witamy w kontynentalnej Rosji


Dopłynęliśmy do Pevek, po czym niemal od razu zabrano na posterunek Pogranicznoj Służby (czyli taki nasz WOP). Spędziliśmy tam praktycznie cały dzień i jeszcze tego samego dnia (o 18-tej_ postawiono przed sądem za złamanie rosyjskiego prawa, a konkretnie – wejście do tego portu. Dokumenty w porządku, jest w nich napisane: „miasto wejścia: Pevek”, widnieje logo Federalnej Służby Bezpieczeństwa i Urzędu Pogranicznoj Służby Czukotki, ale… i tu już teraz sama nie wiem o co chodzi. Wyrok ma być podany jutro rano, ale specjalnie się nie przejmujemy, bo kapitan-pogranicznik zapewnia, że to tylko formalność, i że inne jachty które były na Czukotce też przez to przechodziły, więc nie ma się czym przejmować.


Na razie żeby się nie zamartwiać co będzie jutro, kupiliśmy sobie po piwie (Tuborg i rosyjskie – rosyjskie okazało się lepsze) i siedząc na pordzewiałej barce przy której cumuje „Anna”, wypiliśmy. Chcieliśmy iść grzecznie do jakiegoś pubu, ale kiedy zapytałam lokalesów gdzie oni idą wypić piwo, spojrzeli na mnie nieco dziwnie i wzruszając ramionami wyjaśnili: - Na ławkę! No to skoro nie mamy ławki, zostaje barka.

 

Lenin na ścianie bloku.Z innych „atrakcji” miasta zaliczyliśmy lokalną restaurację, w której za całe 380 rubli od osoby (jakieś 13 dolców) zjedliśmy całkiem porządny obiad (surówka z pomidorów i ogórków, kapuśniak zwany w Rosji „barszczem”, kartofle ze schaboszczakiem i kompot). Wszystko byłoby dobrze, gdyby mnie zaraz po tym nie przegoniło. Nie pozostaje mi nic innego, jak podziękować dziewczynom z Superpharmu za leki na biegunkę! Skuteczne!  :)


Co do miasta, to jak to w komunistycznych osiedlach – zabudowę tworzą obrzydliwe bloki, po części odmalowane na jaskrawe barwy. Niedaleko portu zachował się taki ze ścianą na której wymalowano wielki portret Lenina (patrz – zdjęcie obok), zostawiono też jeden z tutejszych pomników Wodza. Miasto jest dość znacznie rozciągnięte – ulice są jeśli chodzi o układ  bez ładu i składu, za to z wielkimi dziurami. Ponoć tydzień temu po jednej z nich przechadzał się niedźwiedź polarny. Nauczycielka z miejscowej szkoły  opowiadała, że tego dnia dzieciaki nie wracały same z zajęć, jak się to zwykle tutaj robią; obdzwaniano rodziców, aby przyszli po nich osobiście.

Obok: Lenin na ścianie jednego z bloków mieszkalnych w Pevek.


Jesteśmy padnięci ze zmęczenia, tak więc dokładniejsze zwiedzanie zostawiliśmy sobie już na jutro, jak odeśpimy zarwane noce. Czyli – ciąg dalszy nastąpi…

 

Wieczorem
Czasowo-językowe zamieszanie


Sąd to niemiłe zaskoczenie, za to miłą niespodzianką w Peveku jest fakt, że wreszcie znowu działają nasze komórki (w Kanadzie i Stanach nie działały). Rozmowy są drogie (19 zł za minutę nawiązanego połączenia), ale na szczęście są smsy. Mamy natomiast ciągle problem z przeliczaniem czasu. Nie tak dawno Börje zadzwonił do swojej żony budząc ją o trzeciej nad ranem (był przekonany że w Szwecji jest 15-ta), ja z kolei zaczęłam dzisiaj napastować Pawła smsami o jego 5-ej rano. W każdym razie jak się okazało w stosunku do Wyspy Wrangla zegarki musimy przesunąć o kolejną godzinę. Swoją drogą śmiesznie – przypływamy do nowego lądu i jedno z pierwszych pytań jakie zadajemy, to: która jest godzina i jaki dzień aktualnie mamy? W przypadku Pevek jeśli w Polsce jest na przykład czwarta po południu (16-ta), to tutaj – druga w nocy, już kolejnego dnia. Wkrótce znowu zrobi się zamieszanie, bo będziemy płynąć kawał drogi na wschód, a to znowu oznacza konieczność przesuwania zegarków,  tym razem dla ich „przyśpieszania”.


Mnie jeszcze oprócz czasu, mylą się języki. Mój umysł myśli po polsku, ale do Börje zwracam się po angielsku, zaś rozmowy „zewnętrzne”, wiadomo,  prowadzę po rosyjsku. Rezultat jest taki, że wszystko mi się miesza – kolega Szwed ciągle słyszy jak mu coś tłumaczę po rosyjsku, do Rosjan dla odmiany „spikam” w niezrozumiałym dla nich „anglijskim”.

 

* * * * * *

 

15 sierpnia na wczesno-porannej wachcie


Cholera – też mi lato! Termometr z zegarka Tissota wskazuje 0 stopni! A w Polsce pewnie cieplutko, słoneczko… Co ja w tej Arktyce robię?

 

 


Kilka godzin później…


Już mi się Arktyka znowu podoba! Wraz z nastaniem poranka i wejściem do zatoki, pojawiło się słońce, ucichł wiatr (wcześniej wiatromierz pokazywał 20 węzłów), można siedzieć na pokładzie bez kurtek. Pokladowa drukarka.Zatokę w której leży Pevek otaczają malownicze góry. Aż miło patrzeć na takie widoki. Kryzys jaki miałam w nocy minął bezpowrotnie…


W ramach przygotowywania dokumentów dla Rosjan, zabrałam się tymczasem do odpalenia naszej drukarki, czyli miniaturowej maszynki firmy Brother (na zdjeciu obok). Zabraliśmy ją z myślą o drukowaniu mapek lodowych i pogodowych, no ale z braku interetu nie mieliśmy co drukować. Do dzisiaj, bo trzeba było czarno na białym mieć wszelkie papiery. Rosjanie lubia miec wszystko "czarno na bialym", tak wiec drukarka w tych rejonach to na jachcie sprzet praktycznie obowiazkowy.

 

 


14 sierpnia, na nocno-porannej wachcie 37. dzień wyprawy
Morze Wschodniosyberyjskie (Rosja)
Kierunek: Pevek


Jest godzina 0330 tutejszego czasu. Tutejszego, czyli czukockiego (w Polsce komputer wskazuje 1730). Sztormik lekko odpuścił, ale i tak z góry dochodzi wycie wiatru, a dookoła przetaczają się wielkie grzywacze. Właśnie jestem po akcji sprzątania zawartości źle zasztauowanej puszki z przecierem kukurydzianym. W efekcie trzepnięcia w nas jakiejś wyjątkowo wściekłej fali,  sos wykatapultował tak, że zabrudził nam pół kambuza.

Na szczęście nie trzeba siedzieć na pokładzie, bo nasz Amos, czyli samoster, całkiem dobrze radzi sobie ze swoimi obowiązkami. Co kwadrans jednak go sprawdzam, a przy okazji lustruję widnokrąg. Lody mają być teraz dopiero u wybrzeży kontynentalnej Czukotki, ale nigdy nie wiadomo czy nie spotkamy się na przykład ze statkiem raz w roku wiozącym zaopatrzenie na Wyspę Wrangla (a właśnie teraz ma być wysłany).

 

 

13 sierpnia, 36. dzień wyprawy
Na granicy Morza Czukockiego i Wschodniosyberyjskiego
Przy Mys (Przylądek) Blossom (70 st. 47`N, 178 st. 45`E)
Dziewięć niedźwiedzi!

 

Niedźwiedzia rodzinka z misiem-mutantem.Coś niesamowitego! Jestem pod ogromnym wrażeniem, bo w ciągu dwóch godzin widzieliśmy aż 9 niedźwiedzi! Pięć spacerujących po lądzie (jeden pokrwawiony, zapewne po niedawnej walce o terytorium) i cztery pływające w oceanie. Z tych w wodzie to jeden wyglądał na samotnie polującego na morsy samca, a trzy stanowiły rodzinkę, z młodym. Młody był nieco dziwny, bo w połowie brązowy. Podejrzewam że to krzyżówka niedźwiedzia polarnego i brunatnego, co rzadko, ale czasem się zdarza. Śliczne zwierzaki – budzą respekt, grozę, ale także dużo sympatii.

 

Obok: Niedźwiedzia rodzinka z misiem-mutantem ( w połowie brązowym).

 

Przy Mys Blossom, najbardziej na południowy-zachód wysuniętym cyplu Wyspy Wrangla, były też morsy. Ze względu na te czające się w wodzie niedźwiedzie, morsy zbiły się w stadko efektownie prezentując swoje długie kły. Wyglądają w tej pozycji prześmiesznie, ale niedźwiedzie odstraszają.

 

Fot. obok: stado morsów.


Stadko morsów.Ponieważ w  międzyczasie zrobiła się zupełna flauta, postanowiliśmy poczekać na wiatr w niedalekiej od Mys Blossom zatoczce na zachodniej strony wyspy. W Locji Admiralicji napisano lakonicznie, że jakiś stateczek wszedł tam w… 1911 roku. Zdziwiliśmy się, że Brytyjczycy mają takie stare dane, ale teraz już wiemy dlaczego. Po prostu chyba w międzyczasie nikt tam nie wpływał, bo przeszkodą jest płycizna przy wejściu i dodatkowo – bardzo silny prąd. Po czterokrotnym wejściu na mieliznę my też w końcu odpuściliśmy, chociaż wąskie gardło wejścia do laguny pokonaliśmy. Börje bardzo przeżywa że się nie udało – rozumiem go, bo to takie samo uczycie jakie ja mam, kiedy wspinając się w wysokich górach jestem na przykład 200 metrów od wymarzonego szczytu, no i ze względów zdroworozsądkowych  muszę jednak odpuścić, podejmując decyzję o odwrocie.

 


Wieczorem, około 20-tej
Zaraz po zejściu z wachty


FalaDopiero co pisałam o flaucie, czyli totalnym braku wiatru, a teraz już mamy go w nadmiarze. Warunki prawie  sztormowe. Wiatr 30 węzłów, czyli regularne siedem w skali Beauforta (sztorm liczy się od ósemki). Fala przelewa się przez pokład, morze pokrywają białe smugi piany. Warunki zmieniały się z minuty na minutę – ten przeskok od flauty do siódemki trwał zaledwie godzinę. Na samym bezanie i tylko lekko rozwiniętym foku, płyniemy 8 węzłów!

 

 

 

12 sierpnia, 35.  dzień wyprawy,  po południu
Morze Czukockie, u wybrzeży Wyspy Wrangla (Rosja)
Morscy tułacze


Punkt 13-ta, czyli z godzinnym opóźnieniem, z dużym żalem opuściliśmy Uszakowskoje. „Z godzinnym opóźnieniem”, bo rangersi dali nam deadline do dwunastej. Chodziło o to, że nieszczęsne zezwolenie było na dwie doby, czyli dokładnie tyle. Początkowo usłyszeliśmy, że mamy opuścić już  w nocy, no bo liczono nam wtorek-środa. Zbuntowaliśmy się, bo przecież Siergiej (ranger) widzał że jesteśmy padnięci z niewyspania (dzisiejsza noc była jedyną od wielu dni, którą mieliśmy szansę normalnie przespać), a poza tym w międzyczasie zaczęło naprawdę mocno wiać (siła wiatru 25 węzłów) i padać. Tak czy owak nie za bardzo uśmiechało nam się, aby tak zaraz po powrocie z intensywnej morskiej wycieczki, wracać na ryczące od wiatru, rozfalowane morze. Zwróciłam uwagę, że skoro przypłynęliśmy na wyspę we wtorek o 12-tej w południe, to mając zezwolenie na 2 dni powinniśmy mieć prawo zostania do 12-tej w czwartek. Siergiej, aczkolwiek niechętnie, przyznał mi rację.


W międzyczasie sytuacja pogodowa zaczęła się jeszcze pogarszać, tak więc po cichu liczyliśmy, że może dostaniemy pozwolenie, aby w ogóle przeczekać te niekorzystne warunki. Nawet ludzie ze Stacji Polarnej wstawiali się za nami, że jak to, w morze, w taką pogodę, niebezpiecznie itp. Siergiej jednak był niewzruszony – instrukcje są instrukcjami. Cóż było robić – przygotowaliśmy się do sztormowania i wypłynęliśmy.


Jak na razie płynie się nawet fajnie, bo szybko – mamy wiatr w plecy. Na samym foku i bezanie robimy 7-8 węzłów, a na zjeździe z fali GPS wskazywał mi nawet 13. Dookoła jest jakoś tak… mistycznie. We mgle przebija klifowy brzeg, o jacht walą fale z białymi grzywaczami, a my mamy poczucie, że jesteśmy na prawdziwym końcu świata i prawdopodobnie w promieniu wielu mil nie ma tu żadnych innych jednostek.


Napisałam na początku, że żal nam było odpływać. To ze względu na mieszkańców Uszakowskiego. Dzisiaj po śniadaniu poszliśmy się pożegnać do Stacji Polarnej, gdzie jak się okazało, na nas czekano. Poczciwy Grisza, nasz ulubiony Czukcza, powiedział że dzisiaj rano już kilkakrotnie wychodził na brzeg, aby nas zabrać do Stacji, ale wyglądało na to, że jeszcze śpimy. Wczoraj natomiast napędziliśmy mu stracha, bo był przy zatoczce kilkakrotnie, nawet o pierwszej w nocy, bo chciał zobaczyć czy już przypłynęliśmy z wycieczki, a że we mgle nas nie dojrzał, zaczął się poważnie denerwować.


[Boże, ale  huśta! Właśnie musiałam zrobić chwilową przerwę na zbieranie rzeczy które powypadały z niby pozamykanych szafek. Pisać mogę jedynie pod warunkiem zaklinowania się w półszpagacie o ścianę toalety, służącej jako pomieszczenie na sztormiaki i kurtki  :-). Tak na marginesie to wychodzenie na pokład w celach fizjologicznych stało się prawdziwą mordęgą, ale i tak każde z nas woli wyjść na ziąb, niż bawić się ze skomplikowaną obsługą jachtowego kibelka.]


Oczywiście jak to w rosyjskiej gościnie, nie dało rady tak po prostu się pożegnać. Zaproszono nas na herbatę, zaraz potem pojawiło się domowe ciasto, świeżo wypieczony chleb, złapana przez Griszę wczoraj garbusza (ryba z rodziny łososiowatych) i miska czerwonego kawioru, który tutaj się je łyżkami prosto z miski. Dostaliśmy potem to wszystko w prezencie do zabrania na jacht.


Przy okazji herbaty pogadaliśmy jeszcze o tutejszym życiu. Trudno uwierzyć, ale ci ludzie, którzy żyją i pracują tutaj w tak trudnych warunkach, sami śmiejąc się że są jak na zesłaniu lub w więzieniu, zarabiają raptem 300 dolarów miesięcznie! Tym bardziej dziwią tutejsze stawki – te zezwolenia na zwiedzanie wyspy za 8 tys. dolarów czy cena jednego litra paliwa – 28 dolarów!!! Albo cena wynajęcia helikoptera na lot z  najbliższego miasta – Pevek (ok. godziny lotu) – 30 tys. dolarów! Ponoć to stawki nie tylko dla cudzoziemców, dla Rosjan także.


Przy herbacie znowu zeszło na temat niedźwiedzi. Grisza opowiedział o dziewczynie, młodej Czukczy, która zginęła kilka lat temu. Siedzieli w trójkę i jedli obiad, a dziewczyna poszła po drzewo do palenia w piecu. Kiedy zaniepokojeni jej długą nieobecnością biesiadnicy wyszli na zewnątrz, zobaczyli już tylko resztki rozszarpanej nieszczęśnicy. Inny niedźwiedź porwał w tym czasie dziecko, ale na szczęście je przynajmniej udało się uratować.  Niedźwiedzie odwiedzają wioskę zimową porą dość systematycznie. Pokazywano nam nawet zdjęcia zrobione z chat, podczas gdy po drugiej stronie widać przyklejony do szyby nos białego niedźwiedzia.  Odkąd w oknach są kraty naszpikowane gwoździami, przez okna już nie wchodzą. Wolą „po ludzku”, drzwiami. Szarogęszą się strasznie – wpadają, robią demolkę, co się nie nadaje do zjedzenia, to niszczą. Po prostu – wandale.


Póki co koniec…  Idę na wachtę, tym bardziej że jak widzę Börje już mocno zziębnięty …

 

Wieczorem
Na kotwicy w Buchcie (Zatoce) Predatelskiej
Pozycja: 70 st.  52`N, 179 st. 30`E
Chcę do domu!!!

Dawno nie dostałam tak w kość. Morze pokazało nam te swoje drugie, mniej przyjemne oblicze. To że bardzo mocno wieje, to nie problem, bo przynajmniej można szybko płynąć na samych żaglach. Tyle że co innego silny wiatr w tropikach, a co innego tutaj, kiedy termometr wskazuje 2 stopnie. Zmarzłam na wachcie jak diabli, do tego ten okropny deszcz. Ciuchy  mam suche, bo nasze Fladeny (sztormiaki) sprawdzają się znakomicie (polecam, bo tańsze od np. renomowanego Musto, a sprawdzają się nie gorzej, jeśli nie lepiej). Rękawiczki mogę jednak wyżąć, a poza tym  ogólnie jest depresyjno-nieprzyjemnie.

Borje przy zaglach.Przyznam się, że dawno tak nie liczyłam minut kiedy wreszcie zakotwiczymy, bo postanowiliśmy jednak przeczekać silny wiatr, a przy okazji  wyspać się może nawet „na zapas”. Tyle że kiedy już dopłynęliśmy do laguny, gdzie mieliśmy to uczynić, okazało się, że na wejściu do niej jest tak płytko, że o mały włos, a nic nie wyszłoby z naszych płonnych nadziei wypoczynku na kotwicowisku. Kilka razy stanęliśmy nawet na mieliźnie, walczyliśmy też z bardzo silnym prądem, no i ostatecznie się udało. Miejsce jest dalekie od ideału, ale zdecydowanie jest tu spokojniej niż na rozszalałym morzu.


A w ogóle to jestem zła, bo chciałam sfotografować GPSa wskazującego 180 południk, który właśnie przekroczyliśmy. Czekałam, ekran pokazywał skaczące  minuty południka 179, a tu nic tylko ciągle ten 179 i  179. Potrwało dłuższą chwilę zanim dotarło do mnie, ze 180 stopień na ekranie GPSa  jest tylko przez krótki moment, bo przecież  nie ma on żadnych minut – są tylko minuty właśnie tych południków 179-tych – zachodniego i wschodniego. Czyli nawet nie wiedząc kiedy znalazłam się znowu na rodzimej wschodniej półkuli (najpierw był 179 stopień West, potem nagle zrobił się 179 East). W drodze powrotnej (z Pevek w kierunku Cieśniny Beringa), będę bardziej czujna.

 


10 sierpnia, około północy, 34. dzień wyprawy
Wyspa Wrangla – II dzień
Bezkrwawe łowy na polarne niedźwiedzie


Niedzwiedz z Wyspy Wrangler.Dzień minął nam pod znakiem wycieczki w towarzystwie Siergieja – rangersa, czy jak się tu oficjalnie nazywa – inspektora zapowiednika (strażnika rezerwatu). Zgodnie z umową, aby dobrze wykorzystać czas, wypłynęliśmy już o drugiej w nocy. Naszym celem była położona jakieś 30 mil dalej na zachód Buchta (Zatoka) Somnitielanaja, ale już po drodze widzieliśmy na brzegu w sumie trzy niedźwiedzie (w tym jedną obściskującą się parkę). Poza tym była też śliczna, siedząca na beczce sowa arktyczna (piękne ptaki!), wylegująca się na żwirowej plaży foczka i przemykający lis polarny, czyli inaczej mówiąc – piesiec, który teraz jest jeszcze szary, ale przed zimą zmieni futro na śnieżnobiałe.

W samej zatoce było naprawdę ciekawie. Hitem był płynący tuż obok jachtu niedźwiedź! Akurat sterowałam, patrzę, a tu taki włochaty kształt płynie. Kiedy na niego spojrzałam, pokazał swój zad i zanurkował, ale zaraz potem wypłynął znowu. Chcąc wyciągnąć na pokład śpiących na dole – Börje i Siergieja, wrzasnęłam:
- Niedźwiedź!
Börje zjawił się na górze w mgnieniu oka, Siergiej zaś, zmorzony chorobą morską, mruknął tylko, żebyśmy go sobie sami zobaczyli. Na szczęście już wcześniej, przed wejściem do zatoki, zwinęłam żagle, tak więc teraz mogliśmy spokojnie manewrować przy miśku na silniku. Za blisko nie podpływaliśmy, aby zwierzaka zanadto nie stresować. W międzyczasie Börje widział jeszcze wieloryby (ja nie).


Zakotwiczyliśmy i przeprawiliśmy się na ląd przy stojącym na brzegu krzyżu. To mogiła Pawłova, miejscowego Czukczy, który jakoś tak w latach 90-tych został w pobliskiej chacie zjedzony przez niedźwiedzia. Koszmarny wypadek. Zaniepokojona brakiem kontaktu z kolegą ekipa z Uszakowskiego, wysłała zwiad, który zobaczył niedźwiedzia pastwiącego się nad resztkami człowieka. Zwierzaka zabito, rozpruto mu brzuch i wyciągnięto rozszarpane ciało Pawvova, zgodnie z jego wcześniejszym życzeniem chowając go w skromnej mogile na brzegu zatoki. Właściwie cały grób to odwrócona do góry dnem łódka i prawosławny krzyż.


W ramach ochrony przed niedźwiedziami dostaliśmy nakaz chodzenia z rakietami i gazem pieprzowym, który nam sprezentowano, oraz obowiązkowo – z kijami. Strzelby nie zabieramy, bo niedźwiedzi zabijać nie można, a kije podobno wystarczą. Siergiej twierdzi, że tutejsze misie panicznie się boją kłów morsów, a kij im się z takimi wielkimi kłami kojarzy. Na każdym kroku się tutaj podkreśla, że w razie czego nie można przed białymi niedźwiedziami uciec – jeśli to zrobimy, misiek myśli, że pewnie mamy jakąś zdobycz, więc tym bardziej chce nas dopaść, a poza tym ogólnie wzbudzamy w nim instynkt łowcy. Kiedy mówiłam Siergiejowi, że w Kanadzie poleca się podskakiwanie i pokazywanie, że jest się człowiekiem, Siergiej się śmiał i twierdził, że tutaj to raczej nie zadziała. Podsunął jednak inny patent, na logikę – bardzo sensowny, a mianowicie założenie na koniec podniesionego kija kurtki, przez co zwierzę myśli, że ma do czynienia z istotą dużo większą niż w rzeczywistości jesteśmy, a z większymi każdy, nawet misiek, woli nie zadzierać.


Wioska Somnitielnaja.Wracając do naszej wycieczki… Trochę po lądzie pochodziliśmy, obserwując m.in. śnieżne gęsi, arktyczne wydrzyki (skuy), pasącego się na horyzoncie samotnego woła piżmowego, ja jeszcze z pasją oddawałam się fotografowaniu kwiatków, których jest tu nadzwyczaj dużo, na dodatek ładnych. Później popłynęliśmy do opuszczonej osady Somnitielnaja, zwanej tak od rzeczki przy ujściu której jest położona. W domku w którym niegdyś mieszkał Pawłov (tam właśnie go zjadł niedźwiedź) mieszkają teraz przyjeżdżający od czasu do czasu rangersi (z Uszakowskiego można dostać się tu quadami po dawnej drodze). Poza nimi nikt już tu nie mieszka, choć jest coś w rodzaju skromnego hostelu, dla turystów, którzy przylatują od czasu samolotem lub helikopterem. Wioska jest całkiem urokliwa, ale wrażenie psują setki walających się na brzegu pordzewiałych beczek. Te beczki to także zmora Uszakowskiego. Dziwne że to taki problem, aby je z wyspy  usunąć. Ponoć powstał już jakiś rządowy program dotyczący tej kwestii, ale na moje pytanie do rangersa z Somnitielnej kiedy według niego będzie porządek z tymi okropnymi beczkami, rangers stwierdził że nieprędko. Börje zażartował, że jakby  ściągnęli Chińczyków to byłoby szybko i tanio – może to rzeczywiście dobry pomysł?


Zanim wyruszyliśmy w drogę powrotną rangersi z Somnitielnej wylądowali jeszcze u nas na jachcie (jeden z nich to mieszkający na wyspie od 25 lat Pietrowicz, który wyciągał z brzucha niedźwiedzia pożartego Pawłova). Zaprosiliśmy ich, tym bardziej że dostaliśmy od nich rybę (teraz nic tylko jemy ryby). Było miło, a przy okazji znowu uszczupliły się nasze zapasy wódki. Nieco zdziwiłam się jednak, gdy padło pytanie o zagrychę – na stole były ciasteczka, krakersy, ale żadnej na przykład kiełbasy nie posiadamy. W tej sytuacji ranger zapytał o popitkę. Nie za bardzo wiedziałam, co ma na myśli, ale że w międzyczasie w olśnieniu wygrzebałam ogórki konserwowe, chłopak stwierdził, że jak najbardziej może być zalewa z tych ogórków. Zupełnie nie przeszkadzało mu, że to sam ocet – wypił duszkiem całą szklankę, a przy następnym kielichu wódki, powtórzył to z drugą porcją octowego płynu.


Rangersi zapytali też o rakiety. Czy nie moglibyśmy im dać. Widzę, że to tutaj bardzo pożądana rzecz, bo wcześniej Grisza też o to prosił. Na szczęście mamy ich pewien zapas – poza tymi które były na „Annie” dostaliśmy ich pewien zapas w stoczni w Inuvik. Oczywiście daliśmy – w końcu nam chyba specjalnie potrzebne nie będą, a tutaj mogą chłopakom  nawet uratować życie (na przykład przy spotkaniu z niedźwiedziem).


Podróż powrotna do Uszakowskiego minęła pod znakiem płynięcia pod wiatr i fale. Większość drogi przypadała na mojej wachcie, a że chłopcy pod pokładem spali więc nie było z kim pogadać, dokończyłam sobie słuchanie „Włóczęgów Północy”  (audiobook`a). Piękna powieść, po której inaczej patrzy się na świat zwierząt i relacje między zwierzętami a ludźmi. Takie słuchanie bardzo pomaga przetrwać wachtę przy złej pogodzie, a tak teraz było – ulewa i gęsta mgła (płynęłam gapiąc się cały czas na echo lądu na radarze). Obudziłam Börje dopiero kiedy trzeba było rzucać kotwicę… Dla cierpiącego na chorobę morską Siergieja był to chyba najprzyjemniejszy moment wycieczki  :-).

 

11  sierpnia, wieczorem
Na kotwicy w Uszakowskoje – Wyspa Wrangla
Bez wodki nie razbiriosz!


Ale dzień! Wrażeń starczy na kilkanaście innych!


Najważniejsze, że jednak jesteśmy na Wyspie Wrangla. Ponoć jesteśmy drugim w historii jachtem, który tu przybył. Przed nami był to jedynie jakiś jacht w 2001 lub 2001 roku (nikt nie pamięta dokładnie ani kiedy, ani jak się nazywał), a załoga weszła tu awaryjnie, bo ktoś z ekipy połamał sobie żebra.


Co do wpisu zaraz po zakotwiczeniu, to okazało się że w „wiosce duchów” którą jest Uszakowskoje, jednak jacyś ludzie żyją. Z 300 osób o których pisze Locja, w rzeczywistości jest tu kilkanaście, no ale są. Zaraz po tym jak zakotwiczyliśmy pojawiło się na brzegu 5 facetów, wyglądających z daleka jak żołnierze, ale kiedy do nich podpłynęliśmy okazało się że to jednak nie pograniczniki tylko strażnicy rezerwatu.  Nie za bardzo wiedzieli co z nami zrobić, bo nikt im nie powiedział, że zamierzamy przypłynąć, a  nikogo z szefostwa nie było. Ostatecznie zabraliśmy ich na jacht, gdzie niezależnie od poczęstowania ich herbatą i ciastkami porobili zdjęcia dokumentów które im pokazaliśmy, a przy okazji sympatycznie pogadaliśmy.


Teraz już rozumiem, dlaczego tak mało osób tu dociera. Problem z dostaniem się to jedno, druga sprawa to tysiąc problemów formalnych, ale to pikuś przy trzeciej kwestii. Jak nie wiadomo o co chodzi, to zapewne chodzi o kasę. Wyspa Wrangla to najdroższe miejsce dla turystów jakie znam, a w końcu po świecie trochę jeżdżę. Do tej pory rekordzistami w cenach były opłaty pobierane w parkach narodowych Rwandy, Konga i Ugandy, gdzie za niedługi treking i godzinę przebywania z dzikimi gorylami górskimi płaci się 500 dolców. Dużo? W stosunku do Wyspy Wrangla to taniocha. Ale po kolei…


Zanim tu dopłynęliśmy już dobre ileś miesięcy temu prowadziłam korespondencję z szefem tutejszego rezerwatu, który podał cenę naszego zezwolenia na przebywanie tu przez 2-3 dni, a konkretnie 240 tys. rubli. Coś mi wyszło że to 850 dolców, uznałam więc że to trochę drogo, co w jednym z maili szczerze napisałam.  W drodze wyjątku, no bo żeglarze itp. obiecano nam zniżkę i rzeczywiście ją dano – Siergiej będący tak zwanym inspektorem rezerwatu zakomunikował nam że upust wynosi  ostatecznie 50%. Nie powiem – ucieszyłam się, bo jednak 425 dolców to nie to samo co 850.
Przyszło do płacenia, wyjmuję 1500 rubli, czekam na resztę, a inspektor na mnie wyczekująco patrzy. Zorientowałam się że coś nie tak… Liczę jeszcze raz – jest 1500. Kurde, coś nie tak… Może mi się coś pomyliło? W końcu te zera… Biorę kartkę papieru, liczę, nijak mi się te zera nie zgadzają. A właściwie to okazało się że się zgadzają, tylko że mnie się ubzdurowało że to pomyłka ze strony Rosjan. Co się okazało – krótki pobyt na Wyspie Wrangla, z 50%-ową zniżką, nie kosztuje wcale 425 dolarów, ale 4250 dolarów! Myślałam że dostanę zawału!


Kilka telefonów satelitarnych do przebywającego w Anadyrze dyrektora rezerwatu dało to, że w drodze wyjątku możemy zostać za te nieszczęsne 425 dolców na wyspie przez 2 dni (jako pierwszy liczono popołudnie sprawdzania dokumentów i dogadywania spraw organizacyjnych). Głupia sprawa – z jednej strony jesteśmy wdzięczni, że nie powiedziano nam że mamy natychmiast opuścić wyspę, czyli wypływać w morze,  z drugiej – mamy ogromny niedosyt, bo nie zobaczymy wszystkiego co planowaliśmy. Tak czy owak mamy jedynie jutrzejszy dzień by zobaczyć jakieś zwierzaki. Z Siergiejem, który jako lokalny „inspektor” musi być z nami (nawet się cieszymy, bo to właściwie bardziej przewodnik niż kontroler) umówiliśmy się, że w tej sytuacji żeby wykorzystać dobrze czas wypłyniemy już o drugiej, tak aby na rano być w zatoczce gdzie jest szansa na niedźwiedzie.


Część popołudnia wykorzystaliśmy na zobaczenie wioski. Oprowadzał nas po niej Siergiej, Tolja i Grisza (to ten Czukcza którego widzieliśmy najpierw), dodatkowo z dwoma psami – Czukiem i Ciapą (Ciapa to potomstwo po miłości Czuka z wilczycą. Wilczyca czując zew wolności odeszła w siną dal, zostawiając szczeniaka udomowionemu tatusiowi).


Uszakowskie to rzeczywiście dziwna wioska. Nazwa pochodzi od pana Uszakowa, który założył osiedle zdaje się jeszcze w latach 20-tych. Mieszkańcy wybudowali mu pomnik – jedyny jaki stoi w wiosce  (co ciekawe – nigdy tu ponoć nie było pomnika Lenina – wodza upamiętniono jedynie tablicą której już nie ma; dla równowagi nie ma też w wiosce cerkwi). Świetlany okres wioski to lata 80-te, kiedy rzeczywiście mieszkało tu około 300 osób plus jeszcze sporo żołnierzy  – jeśli dodać obozy wojskowe na wyspie  było tu w sumie z tysiąc osób, w większości napływowych Rosjan i Ukraińców. Podstawą ich utrzymania był tutejszy sowchoz, zajmujący się głównie hodowlą sprowadzonych na wyspę udomowionych reniferów. Przyszła jednak pierestrojka, sowchoz przestał był utrzymywany przez państwo (skończyły się zamówienia publiczne i dobre pensje pracowników), doszło do dewaluacji rubla (a tutejsi ludzie przez owe dobre pensje mieli spore oszczędności, które z dnia na dzień straciły wartość) i ludzie widząc że nic tu po nich, zaczęli wyjeżdżać.  Niektórzy korzystając z możliwości transportu decyzje o wyjeździe podejmowali szybko i spontanicznie, stąd też wrażenie że wyszli z domu i zaraz wrócą. W niektórych domach do tej pory można znaleźć na przykład zapasy soli czy przypraw, widzieliśmy stojące na stole żelazko… Wiele domów w międzyczasie się już zawaliło, albo ci którzy tu pozostali je częściowo rozebrali, wykorzystując na opał drewno. –Tu była szkoła – pokazywali nam chłopcy wskazując nic nie mówiące ruiny. -Tamta chałupa to biblioteka, a tamten budynek zabity na cztery spusty to dawny sklep … A tu był klub – można było potańcować, pooglądać wyświetlane z taśmy filmy… - rozmarzył się Grisza, który z nielicznych tutejszych mieszkańców ma najdłuższy staż (rodzice przywieźli tu jak miał 4 latka, a teraz ma 56). Grisza był olieniowodem, to znaczy zajmował się reniferami (czyli jak się tu mawia: olieniami), a potem na nie polował. Teraz pracuje na stacji arktycznej,  chociaż jako Czukcza ma prawo chodzić w tundrę i mimo że to rezerwat –polować. Dostaliśmy od Griszy niezwykłe upominki-amulety – ja: kieł niedźwiedzia, Borje – pazur.


W goscinie na Wyspie Wrangla.Ponieważ Grisza zaproponował że na stacji arktycznej możemy wziąć prysznic, wylądowaliśmy na owej stacji. Warunki życia – całkiem niezłe. Prysznic to chyba duma stacji – nowoczesny, z mnóstwem guzików (potem okazało się że w przypadku różnych opcji wodnych masaży - niedziałających). Oj, jak dobrze było się wykąpać nie myśląc o „marnującej się” wodzie!  Jako że zostaliśmy zaproszeni na kolację, była okazja aby wszystkich poznać. Rzecz jasna przynieśliśmy z sobą flaszeczkę, Finlandii zresztą, tak więc szybko zrobiło się miło i swojsko. W sumie na stacji mieszka około 10 osób, z czego dwie kobiety, a dokładniej dwie Leny (jedna to Lena-kucharka, druga Lena-pogoda, bo zajmuje się obserwacjami meteorologicznymi).


Co do jedzonka to na kolację były ziemniaki z kurczakiem w czymś w rodzaju rosołu – dobre, takie domowe. No i do tego – CHLEB! Pierwszy od wyjazdu z Polski normalny chleb, czyli nie słodka amerykańska wata, a własnego wypieku pachnący, normalny chlebuś. Widząc jak nam smakuje Lena obiecała że na wypiecze kilka bochenków! Super, tym bardziej że amerykańska wata właśnie się nam kończy.  Chleb dostaniemy na wypłynięcie, czyli pojutrze, a tymczasem dostaliśmy w prezencie świeżo złowioną przez szefa stacji rybę! Będzie na jutrzejszy  obiad.

 

10 sierpnia, 33.  dzień wyprawy
6 mil od Uszakowskoje (rosyjska Wyspa Wrangla)
Pozycja na godz. 12.30 czasu alaskańskiego: 70 st. 56`N, 178 st. 12`W
Poranek we mgle


Dziś w nocy Börje się pomylił i zamiast zmienić mnie o 1 w nocy, wyszedł na wachtę już o północy. Nie budziłam go – sam, z własnej woli wstał. Wracać do śpiwora już mu się nie opłacało, tak więc ja poszłam spać wcześniej niż zamierzałam, a w zamian odstałam dłużej na porannej wachcie.


Za sterem na Morzu Czukockim.Poranna wachta tym razem była wyjątkowo nieprzyjemna. Po pierwsze - było mgliście, co tutaj normalne (w  Locji Admiralicji Brytyjskiej napisano, że w rejonie Wyspy  Wrangla mgły mogą nie ustępować 2-3 dni albo i dłużej).Po drugie – nic nie wiało, kompletna flauta, a to żadna przyjemność ciąć ocean tylko na silniku (nie mówiąc o niemożności  użycia samosteru).  Po trzecie – i to było gorsze – było cholernie zimno. Termometr wskazuje 2 stopnie, a tym razem nie było szans na chronienie się w ciepłym wnętrzu jachtu, bo trzeba było cały czas sterować ręcznie. Pewnie ktoś powie że 2 stopnie to niewiele, ale jak się doda do tego wiatr i konieczność stania w jednym miejscu, to naprawdę dostaje się w kość, nie mówiąc o tym że ja po prostu jestem zmarzluchem. Założyłam najcieplejsze rękawice  (takie które biorę na wyprawy wysokogórskie na wysokości ponad 6 tys. m npm) i podwójne skarpety, a i tak nie mogę powiedzieć, że było mi ciepło. Żałowałam że nie mogłam sięgnąć do ogrzewaczy chemicznych, które dostaliśmy na rejs od pewnego przesympatycznego pana z Kielc (pozdrawiam!) – jak na złość  Börje rozłożył się na podłodze tak, że nijak nie można było sięgnąć do skrytki gdzie ogrzewacze są ukryte. Na pocieszenie udało mi się jedynie złapać gar z resztkami zrobionej wczoraj sałatki. Wywlokłam go na pokład i wyczyściłam co do ostatniego ziarenka ryżu.


Wspomniałam o spaniu na podłodze… Mając do dyspozycji kilka godzin snu nie kładziemy się do naszych koi z czystą pościelą, bo śpimy po części w ubraniach. Uwalamy się albo na wąskich kojach w mesie, albo na podłodze, gdzie jest najlepsza miejscówka bo przy jeździe na silniku jest przyjemnie ciepło, a poza tym najmniej buja. Jest to jednak utrudnienie dla wachtującego, który przez leżące na podłodze „zwłoki” ma utrudniony dostęp do kambuza (w trakcie wacht robimy sobie gorące zupki lub przynajmniej herbaty), ale przy pewnych wyczynach gimnastycznych da się gotować tak, by nie zdeptać kompana.


Zdeptanie zdeptaniem, ale ja wczoraj… przegryzłam sobie język. Sama nie wiem jak to się stało – broniłam się przed kichnięciem, równocześnie coś tam mówiłam a tu na dodatek jacht podskoczył na fali.  Nawet nie przypuszczałam że język to tak ukrwiony „narząd”  :-).


Za godzinkę, półtorej będziemy już w porcie, Próby kontaktu z portem na Wyspie Wrangla pozostały bez skutku. Numer satelitarny wciąż nie odpowiada, nie ma też odzewu na wywoływanie przez radio VHF, a e-mail wysłany w tej sprawie przez Wojtka Wejera wrócił ponoć  sygnalizując niedostarczenie. Ciekawe, jak się sprawy potoczą…

 

 

Około południa
Zaraz po zakotwiczeniu


O Boże, ale wioska! Nikogo nie widać! Jakby po wybuchu bomby neutronowej – są domy (fakt, większość rozlatujących się, bez szyb, ale jakoś stoją), ale żadnych ludzi! W Locji Admiralicji napisano że mieszka tu 300 osób – przynajmniej dzieciaki powinny stać na brzegu, bo one zawsze są ciekawe. Tymczasem nikogo – cisza i pustka! Ale…  Borje przez lornetkę wypatrzył jakiegoś jedynego gościa z dwoma psami, który przechadza się po brzegu. Nie wygląda na żołnierza. Najprawdziwszy Czukcza!

 

 


9  sierpnia, 32.  dzień wyprawy
Na Morzu Czukockim, 65 mil od Wyspy Wrangla
pozycja na godz. 1650: 70 st. 45`N, 174 st. 34`W
O zbuntowanym Amosie i humorzastym morzu

 

 

Widać że zbliżamy się do lądu – pojawiły się mewy. Jutro po południu będziemy w Uszakowskim, bo tak nazywa się jedyna osada na Wyspie Wrangla.


Na nocno-porannej wachcie pokłóciłam się z Amosem. Nie chciał trzymać kursu, a ziąb był taki, że nie za bardzo kwapiłam się aby siedzieć na pokładzie i sterować ręcznie. Żadne prośby i rozkazy nie działały. Groźby zresztą też nie – zagroziłam że nie dostanie w porcie swojej porcji rumu, ale nasz samoster to chyba abstynent. Manipulowałam przy linkach kapryśnego urządzenia chyba z godzinę, ale Amos jakoś uparł się, żeby owszem, trzymać kurs, ale tam gdzie on chce, a ja akurat nie.


No ale wachta trwa 4-5 godzin (bo czasami wydłużamy) a w Arktyce oznacza to, że przez ten czas pogoda może zmienić się 5 razy. Tak było i teraz. Wiatr siadł, tak więc samoster i tak poszedł w odstawkę, a ja miałam kolejne zajęcie – zrzucanie i klarowanie żagli.


Pisanie bloga.Reszta wachty minęła mi całkiem przyjemnie – na sterowaniu i słuchaniu z audiobooków „Włóczęgów Północy”. Fajna książka – świat natury pokazany oczami niedźwiadka któremu zastrzelono matkę i jego kompana – szczeniaka który ma wilcze geny. Obaj wędrują przez dzikie ostępy północnej Kanady usiłując jakoś przeżyć, nie raz ledwo uchodząc z życiem, ucząc się na własnych błędach szkoły przetrwania.   Alternatywną rozrywką jest też teraz obserwowanie echosondy, która poza tym że podaje głębokość, pokazuje też przepływające pod nami większe ryby lub ławice ryb (a może też łodzie podwodne?). Wygląda to prześmiesznie – tak jak na jakiejś grze komputerowej. Dziwne że wcześniej czegoś takiego nie było – czyżby tam nie było tylu dużych ryb? Ciekawe, jak rozpoznać który znaczek to wieloryb?

 

Zdjecie powyzej: pisanie bloga na pokladzie (a przy okazji testowanie Acera w odpornosci na niskie temperatury).


Ryby na echosondzie.Popołudnie minęło nam głównie pod znakiem prób dodzwonienia się pod podany nam wcześniej w korespondencjach mailowych numer telefonu na Wyspę Wrangla. Mieliśmy się zameldować na około 24 godziny wcześniej, ale to wcale nie takie proste – coś nie tak z tym połączeniem. Na wszelki wypadek poprosiliśmy Wojtka Wejera o e-maila do stacji naukowej na wyspie, aby potem nie było, że wpływamy niezapowiadani, łamiąc rosyjskie prawo.

Obok: Co można wyczytać z echosondy? Nie tylko to, że do dna mamy tutaj 43 metry, a temperatura wody wynosi 6 stopni, ale także na jakich głębokościach są ryby!

 

Okej, teraz idę robić sałatkę z ryżu i tuńczyka…  Jakoś po wczorajszym dniu niemocy roznosi mnie energia, a że zostały jeszcze zakupione w Kanadzie „Polskie Ogórki” czyli korniszony, to żeby się nie zmarnowały – zużyję je także. Swoją drogą z naszymi korniszonami mają wspólną jedynie nazwę…

 

 

7-8  sierpnia, 31.  dzień wyprawy
Na Morzu Czukockim, zaraz za granicą między USA i Rosją
No to już w Rosji – jak niedziela staje się poniedziałkiem


Podnosimy rosyjska flage.Pod wszystkimi żagielkami idziemy z prędkością 6 węzłów – bardzo przyzwoicie. Trochę nam jednak morze dało popalić. Wieje wcale nie tak mocno – nasz wiatromierz wskazuje na 20 węzłów, co w skali Beauforta oznacza piąteczkę. Za to fala tu okropna. Rzuca nami na wszystkie strony, spać trudno, gotować trudno, nawet żeby usiedzieć w nawigacyjnej trzeba zrobić półszpagat i zapierać się o przeciwległą ścianę. Najgorsze że nas zmuliło, co przyjemne nie jest, bo przechodzi nie tylko ochota do jedzenia, ale w ogóle do wszystkiego. To jedne z tych nielicznych momentów, kiedy sama siebie pytam: „co ja tutaj robię?”.


Lodu jak nie ma, tak nie ma. W tym przypadku to trochę jesteśmy tym rozczarowani (że nie ma), bowiem celowo zamierzaliśmy podpłynąć do pola lodowego i zobaczyć, czy nie ma na nim niedźwiedzi polarnych. No ale na podanej przez Wojtka wczoraj pozycji południowego krańca lodu, nawet najmniejszych growlerów nie ma, co pewnie oznacza że wiejący dzisiaj przez cały dzień południowy wiatr wszystko zepchnął na północ.


No ale za to jesteśmy już  na wodach terytorialnych Rosji (pod salingiem powiewa już oczywiście rosyjska flaga), a to równocześnie oznacza przejście Linii Zmiany Dat, która wbrew temu co uczono nas na lekcjach geografii, tutaj nie pokrywa się wcale z południkiem 180.  W każdym razie z niedzielnego popołudnia przeskoczyliśmy w ciągu kilku sekund w poniedziałkowe popołudnie. Trochę nam się zaczynają mylić czasy. Ja na swoim zegarku mam jeszcze czas kanadyjski, Borje u siebie – Nawigacyjny Tissot.alaskański, na komputerach i w GPSie jest polsko-szwedzki, no i mamy jeszcze jeden zegarek przy stanowisku sternika – specjalnego „morskiego” Tissota, gdzie jest czas UTC, czyli uniwersalny (potrzebny choćby do prognoz pogody które Wojtek podaje nam w UTC – w stosunku do polskiego godzina różnicy). Teraz już chyba przestawię swój zegarek z czasu kanadyjskiego na rosyjski, bo za dużo kombinacji w obliczeniach. A swoją drogą ten „morski” Tissot jest naprawdę niesamowity. Z różnych ciekawych funkcji ma np. pokazywanie czasu pływów (wysokiej i niskiej wody), bardzo potrzebną na morzu funkcję barometru (podaje nie tylko aktualne dane, ale także wykres za ostatnie 6 godzin), oczywiście alarm, kompas i kilka rzeczy potrzebnych na regatach (m.in. odliczanie czasu do startu).

Super-zegarek na zdjeciu obok

 

 

 

6 sierpnia, 30.  dzień wyprawy
Na Morzu Czukockim, jeszcze na wodach USA
pozycja na godz. 10; 70 st. 16` N, 170 st. 49` W


Około południa


Zwolniliśmy (log wskazuje 3,5 knota), ale za to idziemy na samych żagielkach. Plusem pływania na żaglach, poza oczywistą przyjemnością że to przecież o takie pływanie chodzi, jest również i to, że przy odpowiednio silnym wiaterku można użyć samosteru. Innymi słowy: nie trzeba marznąć i moknąć na pokładzie, co teraz pewnie by mi groziło. A tak - steruje nasz Amos (samoster), ja tylko co kwadrans wychylam na pokład głowę sprawdzając czy czegoś na tej wodnej pustyni nie ma, po czym mogę zająć się na przykład pisaniem bloga, czy zrobieniem jajecznicy, tak jak to było dzisiaj. To pierwsze śniadanie od dłuższego czasu kiedy nie jedliśmy poridżu, czyli owsianki, której fanem jest  Börje (i on to zawsze też przygotowuje). Muszę powiedzieć, że teraz to już nawet polubiłam ten rodzaj jedzonka – przynajmniej na długo wypełnia żołądek. Tak swoją drogą to jajecznica  wyszła średnia – mam wrażenie że tutejsze jaja i parówki które dodałam mają zupełnie inny smak niż u nas, a raczej – nie mają smaku.


Mamy niezbyt mocny wiaterek z południowego-wschodu – tym razem tak jak było w prognozach, które nie zawsze się tu sprawdzają, ale które wnikliwie analizujemy. Wojtek Wejer przysyła nam je w bardzo wyczerpujących opisach (satelitarnymi smsami) w związku z czym mamy potem temat do rozmów przy wieczornej herbacie. Nie wiem dlaczego, ale ciągle mylą mi się tu kierunki: wschód i zachód. A właściwie to wiem dlaczego – mam zakodowane w głowie, że Rosja to kraj położony na wschodzie (przynajmniej względem Polski), a tymczasem tutaj płynie się do Rosji na zachód. Jutro prawdopodobnie już wejdziemy na wody terytorialne Rosji, a zarazem przetniemy granicę zmiany dat.

 

Na wachcie popołudniowej


Zachod slonca.Trochę się rozwiało, no a w związku z tym jest też odpowiednio większa fala. Zrobienie czegoś na jachcie to już teraz niezła ekwilibrystyka, a gotujący obiad Börje w ogóle musiał wykazywać się niezłym refleksem w żonglowaniu talerzami i garnkami. Do prac na pokładzie, a także „czynności toaletowych” (bo jak to na małych jachtach – korzystanie z normalnej toalety jest na tyle kłopotliwe, że wolimy wyjść na dek), wychodzimy w pasach asekuracyjnych. Pasy (firma Crewsaver) są super – po raz pierwszy korzystam z tak funkcjonalnych szelek z kapokiem w jednym. Nie krępują ruchów, w ogóle się ich nie czuje, ale gdyby coś, to znaczy w razie wylecenia za burtę, odpala się mały pojemnik z gazem który błyskawicznie je pompuje. Oczywiście wierzę na słowo że tak jest – wolę nie sprawdzać w praktyce.

 

Na zdjęciu: nagroda za trudy żeglugi - ładne zachody słońca.


A co do wygody…  Dyskutowaliśmy dzisiaj z Börje na temat wygód na jachcie. „Anna” jest pod tym względem dość prosta – nie ma na niej telewizora, zmywarki, zamrażarki, mikrofalówki, ale to akurat nie jest nam wcale potrzebne. Przydałby się pewnie autopilot (mamy tylko samoster, co oznacza że jak nie mamy postawionych żagli to wchodzi w grę tylko sterowanie ręczne), ale jakoś brak tego elektronicznego wynalazku aż tak bardzo nam nie przeszkadza. Nie mamy  też możliwości sterowania jachtem z wnętrza jachtu, czyli w przeciwieństwie do nowoczesnych, luksusowych konstrukcji, gdzie na wachtę można wyjść w kapciach i w ogóle nie wystawić nawet głowy na wiatr, u nas jednak wachta oznacza przebywanie na pokładzie. Ale… Okej, dostajemy czasem przez to w kość, ale przynajmniej wiemy,  że jesteśmy na morzu. No i tak wolimy „Annę”!

 


5 sierpnia, 29. dzień wyprawy
Na Morzu Czukockim
Zaraz po opuszczeniu Barrow


Wypłynięcie poszło nam tym razem wyjątkowo sprawnie, a to poniekąd dzięki statkowi Coast Guardu który pojawił się niedaleko od nas i perspektywą niewygodnych pytań na dzień dobry podniósł nam poziom adrenaliny. Mieliśmy jeszcze popłynąć na ląd wziąć jeszcze ze dwa kanistry wody (każdy kanister to 25 litrów – całkiem sporo) i tyle samo paliwa (tym bardziej że stoimy tuż przy stacji benzynowej, która ma też  dostępny kran z wodą), ja chciałam wpaść jeszcze do muzeum (wczoraj w końcu nie zdążyliśmy), ale jak zobaczyliśmy ten Coast Guard, to już odpuściliśmy. Błyskawicznie wciągnęliśmy na pokład ponton i w przyśpieszonym tempie obraliśmy kurs na zachód.


Do Wyspy Wrangla z  Barrow jest 400 mil, czyli pewnie z 5 dni płynięcia (jak dobrze pójdzie). Jak na razie jest dobrze – porywisty wiatr , przez który  wczoraj ogłoszono „alarm dla małych jednostek” już siadł. Przestało też wreszcie padać. Jedyne co pozostało po złej pogodzie to rozbełtane morze – nieprzyjemna fala rzucająca nami na wszystkie strony. Za to wreszcie jest w miarę głęboko. Stu metrowe głębokości to przy pełnym mielizn Morzu Beauforta duży luksus. Zapomniałam napisać, ale granicą między morzami (Beauforta i Czukockim) był minięty dwa dni temu Cape Barrow.

 


A skoro płyniemy na Czukotkę, to trzy dowcipy które sobie przetłumaczyłam z rosyjskiej strony z kawałami:


Przyszedł przedstawiciel Chińczyków do Czukczów.
- Wojować z wami będziemy. Ilu was?
- Pewnie z pięćset będzie. A was?
- Z miliard.
- Ojeju, a gdzie my was grzebać będziemy?

Pewnego dnia Czukcza kupił szafę z wewnętrznym lustrem. Otwiera ją w domu.
- Żona! Patrz! Brat do mnie przyjechał!
Żona podchodzi.
- I to jeszcze z jakąś babą!

Czukcza wygrał na loterii „Wołgę”. Przychodzi po odbiór nagrody, a kiedy pada pytanie jaki kolor sobie życzy, bez zastanowienia żąda:
- Dajcie mi czerwoną!
- Może chcecie czarną, niebieską, zieloną? Nawet żółtą mamy, ale czerwonej nie…
- W takim razie oddajcie mi moje pięćdziesiąt kopiejek – decyduje Czukcza.

 

 

Wieczorem
Pozycja na godzinę 2035 czasu alaskańskiego: 69 st. 25`N, 161 st. 02`W


Słuchanie audiobooków.Właśnie zeszłam z wachty – całkiem przyjemnej bo jak na tutejsze obszary to było nawet ciepło (wersja:  pod sztormiakiem tylko jeden polar). Grzejemy na silniku bo wbrew prognozom silnego wiatru nic nie wieje! Kompletny sztil!  Wypatrywałam wielorybów, ale jakoś nie chcą się pokazać. Na dodatek co jakiś czas nachodzi gęsta mgła, nic się nie dzieje, tak więc dla zabicia czasu odsłuchuję sobie audiobooki. Ale to fantastyczny wynalazek – cztery godziny sterowania mijają jak z bicza strzelił. Przerobiłam już „Miłość po polsku” Gretkowskiej, teraz jestem na etapie „Boso, ale w ostrogach” Grzesiuka, o codziennym życiu na moim rodzinnym Czerniakowie.

Na zdjęciu: Tutaj słuchanie audiobooków, ale nie w trakcie wachty :)


Idę spać, bo o północy znowu wachta…

 

 

4 sierpnia, wieczorem
Na kotwicy w Barrow
Jak smakuje wieloryb i foka?


Wreszcie wiem jak smakuje maktak, czyli wielorybie sadło. To za sprawą Toma, tego, którego poznaliśmy 2 dni temu przy ognisku, a który widząc nas w sklepie, zaproponował by ich z Alice (jego żoną) odwiedzić. Pomysł nam się spodobał, tym bardziej że na rozhuśtany na fali jacht nie za bardzo chcieliśmy wracać, a nie mieliśmy już pomysłów, co z sobą zrobić – muzeum było zamknięte, kino (bo to też rozważaliśmy) w Barrow nie istnieje (za to dobrze rozwinięte jest wypożyczanie filmów na płytkach DVD).


Noszenie dziecka w kapturze.Wyszło fajnie, bo Tom i Alice są bardzo sympatyczną parą, no i dużo dowiedzieliśmy się od nich o lokalnym życiu. Najpierw pokazali nam swoje parki – tradycyjne kurtki, które często przekazywane są z pokolenia na pokolenie. Dobra parka kosztuje majątek. Te które widziałam w sklepie, takie zwykłe, „bez rodowodu” miały cenę 1200 dolarów! Myślałam że mi się przewidziało, ale Tom powiedział, że tak, to taka przeciętna cena, a to że drogo, wynika przede wszystkim z rodzaju futra obszywającego kaptur. Co ciekawe – parki kobiece uszyte są tak, aby można było w nich nosić na plecach  dziecko. Alice zademonstrowała to na przykładzie swojej córeczki, która teraz  wprawdzie już nieco na to za duża, ale widać że lubiła taki rodzaj „transportu”, bo od razu wskoczyła matce na plecy, przyklejając się do nich i wystawiając spod kurtki swoją główkę. Żeby dziecko nie wypadło dołem, zawiązuje się specjalnie nisko wszyty w parce sznurek.

Na zdjeciu: jak Inupiat nosza dzieci.


Przy okazji kilka słów o tym jak wygląda współczesny eskimoski dom (na Alasce wciąż używa się określenia „Eskimosi”, nie „Inuici”). Tak w ogóle „dom” po eskimosku to „igloo” (wymowa: iglu). Czyli igloo to nie tylko kopulasta konstrukcja ze śniegu, ale każdy dom.


Ogólne dom współczesnych Eskimosów nie różni się od domów Amerykanów na przykład z Nowego Jorku. Ważnym jego elementem jest telewizor (w przypadku domu Toma i Alice – ogromny ekran na pół ściany), a także lodówka. To  co jest inne niż w Nowym Jorku, to zawartość lodówki, bo tutaj wśród różnych rzeczy jest też mięso karibu, foki czy wieloryba. Foka w wersji suszonego mięsa w oleistej, śmierdzącej zalewie, nie specjalnie przypadła mi do gustu – z ciekawości  spróbowałam, ale drugiego kawałka już nie chciałam. Lepszy  był wieloryb, a właściwie maktak – jego zewnętrzna warstwa (skórka z tłuszczykiem), którą jedliśmy w wersji prosto z zamrażalnika czyli taką na wpół zmrożoną. To tutaj wielki przysmak – mnie wystarczą dwa kawałki jakie zjadłam. Przy okazji nauczyłam się rozróżniać tłuszcz foczy od wielorybiego. Pierwszy jest żółty, mętny, wielorybi biały, bardziej klarowny.

Zdjecie ponizej - wielorybi maktak.


Maktak  z wieloryba.Co do wielorybów to obejrzeliśmy też zdjęcia z polowań na wieloryby. Alice się przy nich aktywnie udziela – pływa na jednej łodzi jako sternik (zdarzają się też kobiety pełniące funkcję kapitanów takich łodzi). W okolicy Barrow poluje się na wale grenlandzkie, wielki e wieloryby osiągające nawet kilkanaście metrów długości. W sumie tutejsza społeczność (kilka wiosek) ma przyznany rocznie limit 44 sztuk – 22 na wiosnę (polowania odbywają się w kwietniu-maju) i 22 na jesieni, ale zwykle nie odławia się aż takich ilości. Jesienią poluje się z łodzi motorowych, na wiosnę – z tradycyjnie budowanych umiaq`ów, czyli niewielkich łodzi wiosłowych  o  drewnianym szkielecie  obszywanym foczą skórą. Ze zdjęć wynikało że takie obszywanie to szalenie męcząca  (i śmierdząca) praca. Skóry są jeszcze niewyprawione – takie zwykłe, świeżo zdjęte z  upolowanych fok (na małą łódź trzeba przeciętnie skóry z siedmiu fok).


Upolowany wieloryb (rzuca się w niego harpun z ładunkiem wybuchowym) jest ściągany do brzegu, gdzie albo tradycyjnie wyciąga się go na brzeg ciągnąc za liny, albo ostatnio – przy pomocy traktorów i… wózków widłowych. Potem jest okazja aby zrobić sobie na wielorybie zdjęcia (wskakuje na niego po kilkanaście osób), aż wreszcie przystępuje się do jego ćwiartowania , sprawiedliwie obdzielając wszystkich którzy uczestniczyli w polowaniu, resztę mięsa dzieląc na innych mieszkańców).


Sporo zdjęć na laptopie Alice było też z lokalnych fiest, w trakcie których jedną z popularnych zabaw są tak zwane blanket toss, czyli skoki na przypominającej trampolinę  rozciągniętej foczej skórze, trzymanej przez stojący dookoła tłum. Najlepsi spece wykonują różne salta, ale i zwykły skok to nie taka prosta sprawa, o czym świadczą zdarzające się co jakiś czas wypadki. Tak na marginesie to widziałam w dzisiejszej gazecie, że te skoki to jedna z konkurencji rozgrywanych na odbywających się właśnie w miejscowości Fairbanks (środkowa Alaska) Igrzysk Olimpijskich Eskimosów i Indian. Wygrał facet który ma 59 lat. Inną z konkurencji są zawody kto wyżej podniesie stopę (takie niby kopnięcie z podskoku). Gazeta rozpisuje się z entuzjazmem o nowym rekordzie – 116 cali.


Z gościny u Toma i Alice „wygoniła” nas perspektywa zamknięcia stacji benzynowej, na której musieliśmy zatankować zostawione baniaki. Przeprawa na jacht była niezłym wyczynem – już przy odbijaniu od brzegu dostaliśmy na ponton taką falę, że nasze zakupy były częściowo mokre (udało mi się na szczęście ochronić chleb który tu kosztuje 6 dolców za paczkę (trudno tę kromkową watę nazwać bochenkiem). Za to na „Annie” – domowo i przytulnie bo uruchomiliśmy naszą kozę –piecyk z długą rurą, który jest wyjątkowo skuteczny jeśli chodzi o ogrzewanie.

Penisy morsow.Z innych ciekawostek dzisiejszego dnia – będąc w sklepie trafiłam na stolik z lokalnym rękodziełem. Były wśród nich udekorowane… penisy morsów. Jeju, nie przyszłoby mi do głowy że mors może mieć tak ogromne przyrodzenie! Szczerze współczuję paniom morsowym…

Zdjecie obok: pamiatki z penisow morsow.


A teraz kilka informacji z lokalnego folderu:
- Barrow położone jest 531 km na północ od kręgu polarnego i 1920 km od Bieguna Północnego
- oryginalna, eskimoska nazwa miasteczka (Barrow znaczy się) to Ukpiagvik, co znaczy „miejsce polowań na śnieżne sowy”
- Inupiat (Eskimosi) stanowią 65% populacji miasteczka
- Barrow to siedziba władz North Slope Borough, jednostki administracyjnej którą możemy porównać do gminy. Tyle że to powierzchniowo największa gmina świata – zajmuje powierzchnię prawie połowy Polski, dokładnie  142 tys. km kwadratowych, w całości w Arktyce, ale mimo takiego dużego obszaru, liczba mieszkańców wynosi zaledwie 7,5 tys. osób (z czego 4,7 tys. w Barrow).
- z pośród licznych kościołów tu działających, najwięcej wyznawców ma kościół Prezbiteriański, który był tu zresztą jako pierwszy. Budynek świątyni prezbiteriańskiej powstał jeszcze w 1888 roku – obsługiwał wtedy osadę wielorybniczą jaka się tu utworzyła. Teraz są także mormoni, katolicy, baptyści a nawet – bahaiści!

 

 

4 sierpnia, 30. dzień wyprawy
Wciąż w Barrow


Nogi Borje.Wieje tak, że jednak zrezygnowaliśmy z planowanego wyjścia w morze, tym bardziej, że Coast Guard  jakimś cudem wcale się nami nie interesuje. Z tej okazji wyspaliśmy się na zapas, trochę popracowaliśmy przy jachcie (nawala nam nieco pompa zęzowa),przelaliśmy przywiezione z lądu paliwo i wodę (tutaj wszystko trzeba transportować w kanistrach -dzisiaj przywieziemy kolejne "porcje"), a zaraz idziemy do miasta zobaczyć miejscowe muzeum.

 

Na zdjęciu obok: Nogi Börje, czyli naprawa pompy zęzowej.


Wyjście w morze planujemy na jutro rano, jak nieco siądzie te wiatrzysko, które nawet na kotwicy robi nam niezłą huśtawkę. Jak dobrze pójdzie to za jakieś 5 dni powinniśmy być na Wrangler Island skąd pewnie będą dalsze newsy na blogu.

 

3 sierpnia, 29. dzień wyprawy
Na kotwicy w Barrow
Pozycja: 71 st. 17`N, 156 st. 47` W
Dzień pod znakiem Helen


Przy Cape Barrow.Ale zwariowany dzień! Rano, zaraz po śniadaniu, podnieśliśmy kotwicę i z „naszej” zatoczki przenieśliśmy się do Barrow. Po drodze minęliśmy Barrow Point – to najbardziej na północ wysunięty kraniec Alaski, a zarazem całych Stanów Zjednoczonych. Poza opuszczoną stacją wielorybniczą (pordzewiały piec do wypalania wielorybiego łoju i wrak wielorybniczej łodzi) nic tam ciekawego nie było, ale okolicznościowe foty zrobiliśmy.

 

Na zdjęciu obok: Börje za sterem przy Cape Barrow (Barrow Point).


Barrow nie jest dobrym do kotwiczenia portem – nie ma osłoniętej zatoki, tak więc jest się wystawionym na działanie fali i wody.  No ale wiadomo: jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma…


Jeszcze nie zdążyliśmy przedostać się naszym pontonem do brzegu, a już czekała tam Helen – poznana wczoraj Inupiatka, która nim zdążyliśmy cokolwiek powiedzieć, zapakowała nas do swojego samochodu i zabrała do swojego domu na obiad, czyli obiecane wczoraj mięso karibu.


Helen ma duży dom, bo i liczna jest jej rodzina. Moją ulubienicą stała się 2-letnia Liliana, wnuczka Helen.  Aż nam głupio było że w sumie jesteśmy obcy, a tu wszyscy tacy gościnni. Od razu padła propozycja, że jak chcemy, to możemy wziąć prysznic, zrobić pranie, skorzystać z Internetu, mamy też wolną rękę jeśli chodzi o korzystanie z ekspresu do kawy i w ogóle kuchni. Karibu  z papryką w wersji smażono-duszonej okazało się naprawdę dobre – potem przed domem zobaczyłam jeszcze rogi nieszczęśliwca którego zjedliśmy.


Brama z żeber wieloryba.Ponieważ Helen musiała wrócić do biura, w którym pracuje (specjalnie dla nas wyskoczyła z pracy), zaangażowała do pomocy i opieki nad nami całą swoją rodzinę. Zatankowane w domu Helen kanistry z wodą przewiozła na jacht jej córka, do szpitala odwiózł mnie Denver – zięć. Jak było w szpitalu? O tym poniżej… W każdym razie po szpitalu znowu wylądowałam w domu Helen, bo choć Denver zostawił mi swoją komórkę, abym zadzwoniła jak skończę, i tak zanim opuściłam szpital, czekał przysłany przez Helen  samochód.


Aby podziękować gościnnej Helen zaprosiliśmy całą rodzinę na oglądanie jachtu, a Helen – na kolację do restauracji. Knajpek w Barrow jest kilka – ponieważ nie mogliśmy zdecydować czy chcemy japońską, orientalną czy indyjską, ostatecznie Helen zdecydowała że pojedziemy do meksykańskiej, to jest obwieszonej sombrerami i sztucznymi kwiatkami „Pepe”.  Knajpka knajpką, ale właścicielka to dopiero zwariowany oryginał! Przyszła do nas z długopisami w koku, tłumacząc że jest z pochodzenia pół Szwajcarką, ale nieważne kim by była – już po minucie zjednała sobie naszą sympatię.

 

Na zdjęciu poniżej:  W meksykańskiej knajpce "Pepe", razem z Helen i właścicielką restauracji.


W knajpce w Barrow.Po kolacji (poza sałatką z krewetkami, pomidorami, jajkiem i oliwkami na nic innego już w żołądku nie miałam miejsca), Helen zabrała nas na wycieczkę. Zatrzymaliśmy się przy kościele prezbiteriańskim, jednym  z najstarszych budynków miasta, przy stojącym nieopodal drogowskazie pokazującym że do Nowego Jorku jest taki sam dystans jak na Hawaje, czyli 3380 mil (tym razem chodzi o mile amerykańskie czyli 1 mila amerykańska to chyba 1,6 kilometra, albo coś koło tego). Potem podskoczyliśmy jeszcze do symbolicznej bramy zrobionej z żeber wieloryba i drewnianych szkieletów tradycyjnych łodzi (na zdjęciu powyżej), które obciągnięte foczą  skórą używało się niegdyś do polowań. Na koniec wylądowaliśmy przy naszym pontonie, no ale okazało się że tak się rozwiało, że o przerzuceniu Helen i jej rodziny na jacht, nie ma mowy.


Teraz siedzimy na jachcie i przy herbatce (ze względu na moje antybiotyki tym razem bez rumu) słuchamy wycia żaglu w wantach. Szczerze mówiąc wcale nie żałujemy, że nie wyszliśmy dzisiaj w morze - wieje zimny, porywisty wiatr, o sile przekraczającej 20 węzłów. Boimy się tylko czy nie będzie problemów z Coast Guardem. Dzisiaj jakoś przeszło, ale nie wiadomo czy jutro ktoś się nie zainteresuje jak z naszą odprawą (a raczej jej brakiem). Odpłynąć jednak i tak nie możemy – dzisiaj nie dano mi zaświadczenia do firmy ubezpieczeniowej, mam się zgłosić po nie jutro.



Jak było w szpitalu


Tym razem mam okazję przetestować amerykański system opieki zdrowotnej. Szpital w Barrow trzeba powiedzieć że mają duży. Uśmiechnięta pracownica rejestracji dała mi do wypełnienia trzystronicowy formularz,  który nie do końca wiedziałam jak wypełnić. Co wpisać w rubryczce: „plemię”? Albo przy pytaniu: „język jakim posługujesz się w domu” (home language) – wpisuję rzecz jasna polski, ale zaraz pod tym jest inne pytanie: „na ile dobrze nim władasz”? Chyba jasne, że jak się nim posługuję na co dzień, to raczej go opanowałam.  Trochę problemów było też z lokalnym adresem. Mówię że jacht, no ale jaki adres? Wpisałam obok nazwy jachtu warszawską ulicę i jest okej… Na zakończenie formalności założono mi na rękę bransoletkę z numerkiem – coś w stylu bransoletki jaką dostaje się w hotelach typu all inclusive, tyle że ta jest papierowa, no i miałam czekać.


Szpitalny napis po miejscowemu.Czekanie wykorzystałam na rozejrzenie się. Przy rejestracyjnym okienku leżały darmowe prezerwatywy – komu potrzebne może się zaopatrzyć. Jest też stanowisko z maseczkami na twarz plus tablica nakazująca wszystkim z kaszlem czy katarem założenie takiej ochrony. Żeby się nikt nie nudził – gra telewizor. Na ekranie relacja pokazująca jak biednie żyje się w Afryce.

 

Na zdjęciu obok: szpitalne ogłoszenie napisane w lokalnym języku inupiat.


Na ścianie na obrazkach scenki z lokalnego życia. Najbardziej mi się spodobał miś polarny na krze i Inuici płynący na łódce na polowanie. Pacjenci – tych było tylko kilkoro, sami lokalesi: kobiecina z dzieckiem w kapturze (to tradycyjny sposób noszenia dzieci przez eskimoskie/inuickie matki), facet w T-shircie reklamującym arktyczne koło łowieckie (w logo jest foka, mors i wieloryb), a także mający zbolałą minę Murzyn (sorry, ale jakoś grzeczniejsze wydaje mi się słowo „Murzyn” niż  „Czarny”). Co do Murzyna to też można powiedzieć lokales - w Barrow ludność pochodząca z tropikalnych krajów nie dziwi – sporo jest przybyszy oryginalnie nie tylko z Afryki, ale też z Ameryki Łacińskiej czy Azji (głównie Japończycy i Koreańczycy).


Dziewczyna która załatwiała sprawy biurokratyczne pochwaliła się że ma ojca rodem z Polski. W Polsce jednak nigdy nie była, bo tatuś mieszka w Texasie. Ale w Texasie też nie była. Ona sama jest z Kalifornii. Przyjechała tu kilka lat temu ale widać, że tęskni za Słonecznym Stanem (tak mówi się o Kalifornii). Tyle że stąd trudno się wydostać – jak mi powiedziała bilet do Anchorage, największego miasta Alaski będącego punktem przesiadkowym na inne loty, kosztuje, bagatela 1200 dolców. Jak jej powiedziałam że z Polski do Nowego Jorku lata się za 700 (albo i taniej), nie chciała uwierzyć.


W końcu wywołano przez głośniki mój numerek. Nim się obejrzałam, zostałam zważona, zmierzono mi ciśnienie, do ust włożono termometr. Pielęgniarka spisała kolejne formularze, po czym pojawił się ubrany w niebieski strój lekarz, który zadał kilka pytań, po czym stwierdził że chce posłuchać mojego serca. Drzwi otwarte na rozcież, trochę się zdziwiłam, że taki brak intymności, no ale cóż – w końcu to szpital. Błyskawicznie zdjęłam  koszulkę, siedzę topless, a on speszony, właściwie to przerażony, że aż tak to nie nie trzeba. Teraz z kolei ja byłam speszona - okazało się, że w Stanach osłuchuje pacjenta przez ubranie.
Ostateczny werdykt: ostra infekcja i tak jak się obawiałam – kolejny antybiotyk. Kiepskawo…

 

Wieczorem…


Ale fajne zakończenie dnia nam przypadkowo wyszło… W sumie już mieliśmy położyć się spać, kiedy nagle wyszło słońce i tak pięknie oświetliło na brzeg, że postanowiliśmy zrobić sobie wypad na ląd. Pomysł był spontaniczny – błyskawicznie się przebraliśmy z wersji morskiej na trekingową, zrzuciliśmy na wodę ponton i kwadrans później szliśmy już po piaszczystej plaży.


Ognisko na plaży.Na plaży była grupka ludzi, którzy przyjechali na quadach i palili ognisko. Podeszliśmy i… od razu poczuliśmy się jak w gronie dobrych znajomych (na zdjęciu obok). Okazało się że to dwa małżeństwa – z czterech osób trzy były typowymi Inupiatami, jak mówią o sobie tutejsi autochtoni (na Alasce, w przeciwieństwie do Kanady czy Grenlandii, nie używa się nazwy Inuita/Inuici. Eskimos ogólnie uchodzi, ale najlepsze jest określenie Inupiat). Inupiat mają swój własny język, podobny do inuickiego w Kanadzie, ale zupełnie inaczej pisany. Zamiast śmiesznych znaczków typu trójkąciki i kółeczka, tutaj stosuje się zwykłe litery, tworzące za to mega-długie wyrazy.


Ogólnie było bardzo sympatycznie, a przy okazji sporo się o miejscowym życiu dowiedzieliśmy. Choćby to, że Barrow jest tak zwanym „suchym” miastem, co oznacza zupełną prohibicję (nawet w knajpach nie ma szans na kupno piwa), choć jeśli któryś z mieszkańców ma pozytywną opinię z policji i władz, może uzyskać możliwość kupna określonej ilości flaszeczek. Na czarnym rynku ceny litra alkoholu przekraczają 100 dolców!

W pewnym momencie zeszło nam na historię Barrow. Teraz jest to miasteczko liczące 4200 mieszkańców, ale w latach 60.-tych, w czasie boomu paliwowego, było kilka razy więcej – było mnóstwo pubów, salony do gry w bilarda, a nawet 3 teatry! Kiedy przez pomyłkę użyłam nazwy „city”, Helen (jedna z naszych nowych znajomych) spojrzała na mnie zaskoczona. „Po raz pierwszy słyszę, aby ktoś o Barrow powiedział >city<” – zdziwiła się. Poprawiłam się na „town” (czyli „miasteczko”) i to właśnie było prawidłowe nazwanie.


Po plaży na quadach.Zeszło też na niedźwiedzie polarne. Tu się ich nie jada, „ale podobno są całkiem smaczne” – usłyszeliśmy. Opowiedziano nam jak kilka lat temu w okolice Barrow kry przyniosły 60 niedźwiedzi! Ogólnie był z nimi spory problem, zostały skazane na przymusową zsyłkę (odesłanie w siną dal na rachunek amerykańskiego rządu).
Co się jeszcze dowiedzieliśmy? Że w stosunku do czasu jaki mamy na zegarkach (czas z Inuvik) mamy tutaj minus 2 godziny, czyli w stosunku do Polski minus 10 godzin! Jutro przynajmniej będzie łatwo wstać!


Kiedy już wróciliśmy na łódź, jadący po plaży quadem Tom (ten jedyny nie Inupiat, jak twierdzi – potomek jakiegoś białego wielorybnika, który tutaj jakiś czas temu trafił) zaczął krzyczeć, że na plaży jest mała foczka. Borje nie był zbyt zadowolony, że chcę wrócić na brzeg ją zobaczyć. Uprzedził mnie, że jak chcę płynąć, to okej, on zostaje na „Annie”, muszę jednak zdawać sobie sprawę, że najprawdopodobniej foczka zostanie zastrzelona (strzelbę nasi znajomi mieli). Mimo to na brzeg popłynęłam,  tym razem wyjątkowo ochoczo machając wiosełkami (jak kotwiczymy blisko brzegu, nie zakładamy do pontonu silnika tylko wiosłujemy). Okazało się, że nikt wcale foczki zabijać nie zamierza, mało tego – kiedy już dotarłam do celu, maleństwa już nie było, bo wróciło do morza. Ciekawe czy przeżyje bez matki?

 

Na zdjęciu powyżej: quady - ulubiony środek transportu miejscowych (tu akurat jedzie para naszych nowych znajomych - Tom i jego żona).

 

 

 

4 sierpnia, 28. dzień wyprawy
Barrow (USA)


Helen przygotowuje mięso karibu.A jednak weszliśmy do Barrow. Póki co zostaliśmy zaproszeni na obiad (smażone mięso karibu, zapewne niedawno upolowanego) do domu poznanej wczoraj przesympatycznej Helen (dokładniej : Helen Simmonds). Stąd chwilowa możliwość uzupełnienia bloga. Jutro już wypływamy w kierunku rosyjskiej Wyspy Wrangla - następne informacje pewnie stamtąd.

 

Na zdjęciu: Gościnna Helen przygotowuje nam mięso karibu.

 

 

 

 

3 sierpnia, 27. dzień wyprawy
Prokofyev Lagoon (Alaska, USA)
Pozycja: 71 st. 21`N, 156 st. 22`W
Dzień śpiocha


Ta mgła o której wspominałam przy ostatnim wpisie była rzeczywiście gęsta – widzialność na co najwyżej 20 metrów. Jak na złość znowu pojawił się lód – gdyby nie radar który ustawiłam sobie na pół mili, miałabym szansę zderzyć się z całkiem sporymi lodowymi zawalidrogami.


Żagle postawione - prawdziwe żeglowanie.Między wachtami spałam jak zabita. Nawet nie poczułam kiedy Börje chcąc zrobić skrót  naszej wyznaczonej trasy, dwukrotnie zahaczył o mieliznę. To niesamowite jak płytkie jest Morze Beuforta. Staramy się płynąć tak żeby było pod nami jakieś 10 metrów (to tutaj dużo), ale czasem się nie da – 1-2 metrowe miejsca, nawet daleko od brzegu, wciąż się zdarzają.

 

Zdjęcie obok: Ocean Arktyczny jest dość kapryśny. Tu akurat moment dobrej pogody (przeważa jednak raczej kiepska pogoda :-)


Teraz już stoimy w cichej, spokojnej, aczkolwiek mało ciekawej zatoczce i zastanawiamy się kiedy zainteresuje się nami amerykański Coast Guard. Teoretycznie nie powinniśmy tu stać, bo Amerykanie nie są tacy gościnni jak Kanadyjczycy, którzy rozumieją sytuację żeglarzy i potrzebę schronienia się czasem w bezpiecznym miejscu – urzędnicy  z USA najpierw muszą zrobić odprawę paszportową, a jak już pisałam, możemy ją zrobić za jakieś 800 mil (1500 km) zboczenia z naszej trasy. Póki co nikt się jednak nami nie interesuje – nawet jacyś ludzie którzy przyjechali quadem łowić ryby (w Kanadzie przynajmniej by pomachali).


Wielka meduza z Oceanu Arktycznego.Zakotwiczyliśmy około 11-ej rano, a że lał deszcz i pogoda była taka, że psa by z domu nie wypędził, nie pozostawało nic innego jak spróbować odespać zarwane noce. Nie było to trudne, bo szybko padliśmy ze zmęczenia i obudziliśmy się dopiero o 5-ej, ale i tak nic nie mamy do roboty, bo na brzeg zejść nie możemy.


Dla poprawy nastroju otworzyliśmy winko. W międzyczasie nadeszły smsowe prognozy pogody przysłane przez Wojtka. Ogólnie – nie najlepsze, bo wiatr niby z dobrego kierunku, ale nieco za silny, z 8-metrowymi falami. To prognozy na czwartek-piątek, ale trochę nie chce nam się w tym nudnym miejscu przeczekiwać (dzisiaj mamy dopiero wtorek)  – umrzemy tu z nudów. Odpuścimy sobie chyba wejście do Barrow, które jest kiepskim portem (nieosłoniętym). W sumie to nie musimy tu wchodzić - paliwa i wody do Rosji nam starczy, moje sprawy zdrowotne też dzisiaj dużo lepiej, a to że silny wiatr – cóż, w końcu to nie pierwszy i nie ostatni raz.

 

Powyżej: wielka meduza z Oceanu Arktycznego (dziesięć razy większa od bałtyckich). W zatoczce w której teraz stoimy jest ich pełno!

 

 

3 sierpnia, 27. dzień wyprawy
Pozycja na godz. 0250: 71 st. 06`N, 154 st. 35`N
Na wachcie


Już tylko jakieś 40 mil do Barrow Cape, naszego chwilowego celu. Minęliśmy Simpson Cape, teraz mijamy długie, równoległego do lądu wysepki o inuickich nazwach: Igalik, Kulgurak, Tulimanik. Trochę układ tych wysepek przypomina mi wyspy fryzyjskie, na północy Holandii.


Czarna góra lodowa.Do 4.30 rano mam wachtę. Suniemy na silniku, bo z wiaterkiem kiepsko, całkiem cieplutko (temperatura wody – 6 stopni, a powietrza też tyle samo), postanowiłam więc wynieść swojego Acer-ka (komputer) na pokład  i  trochę na nim popracować. Mimo nocnej pory wciąż jest jasno, choć już nie tak jak 3 tygodnie temu gdy słońce w ogóle nie zachodziło. Teraz już zachodzi, wschodzi jakieś dwie godziny później, a w międzyczasie jest tak szarawo jak u nas w południe deszczowego dnia w listopadzie.  Nie obejrzymy się, jak będziemy mieli naprawdę ciemne noce. Jesteśmy jakieś 300 km na północ od Kręgu Polarnego – w zeszłym roku pierwsze zorze polarne na tej samej szerokości geograficznej mieliśmy już w końcu sierpnia.


W okolicy nic nadzwyczajnego.  O, właśnie niezamierzenie przepłoszyłam stado śpiących ptaków. Nie było ich widać – inaczej bym je wyminęła. Wcześniej  było  trochę lodów, ale teraz co najwyżej mijamy malutkie growlery. Na trawersie mam aktualnie takiego którego przypomina lodowego łabędzia. Matka natura tworzy z nich najprzeróżniejsze kształty – widziałam dzisiaj już m.in. zamienionego w lód słonika, wieloryba, niedźwiedzicę z młodym, statek…  A co do statków, takich prawdziwych – od wypłynięcia z Herschel Island nie licząc kilku platform wiertniczych, widzieliśmy tylko jeden, kanadyjski zaopatrzeniowiec.

 

Na zdjęciu powyżej: Czarny, bo nieco brudny (otarty o brzeg) zwał lodu.


Koniec pisania – nadchodzi gęsta mgła. Trzeba włączyć radar i śledzić czy nie ma lodu.

 

 

2 sierpnia, 26. dzień wyprawy
gdzieś ponad Alaską, 80 mil od Barrow
Pogoda w kratkę


Zachód słońca na Morzu Beauforta.Dopiero trzecia doba w morzu, a wyglądamy jak trolle. Wachtujemy po 4 godziny, tak więc położyć się spać można tylko w dość krótkich, pourywanych momentach, no bo te niby wolne 4 godziny między wachtami to tylko teoria. Wiadomo, pogadać wypada, zjeść coś trzeba, zrobić coś na jachcie… Na dodatek jest zimno, co sprawia że przechodzi ochota na dokładne mycie. Finał – jesteśmy lekko niewyspani, twarze mamy poszarzałe ze zmęczenia i cieszymy się, że nie ma na jachcie stale zamontowanego lusterka, bo przynajmniej nie stresujemy się swoim wyglądem.


Ja niestety trochę niedomagam też zdrowotnie. To chyba ciąg dalszy działalności zarazków z rany na nodze, która wreszcie zaczyna się goić, ale bardzo opornie. Nie wiem czy te liczne antybiotyki tak mnie osłabiają, czy po prostu mam pecha, ale mimo że od lat jestem, a raczej byłam okazem zdrowia, teraz ciągle mam jakieś infekcje. Od wczoraj rzuciło mi się na nerki, co jest dość bolesne i upierdliwe, ale na wachty wychodzę normalnie. W każdym razie chyba przesądzona jest nasza próba wejścia do Barrow, najbardziej na północ wysuniętego portu Alaski, a zarazem całych Stanów. Piszę „próba”, bo duża szansa że nas Amerykanie nie wpuszczą. Już dzwoniliśmy w tej sprawie do Dyrekcji Portów, ale krótko mówiąc nas oleli podając kolejne telefony pod które niby mielibyśmy zadzwonić – w Anchorage! (czyli miejscu oddalonym stąd o pewnei dobre 2 tys. kilosów). Wyraźnie daje się odczuć że to metoda spychotechniki, zobaczymy więc co wyjdzie na miejscu.  Problem w tym, że w Barrow nie ma urzędnika Imigration – najbliższy jest dopiero z tysiąc kilometrów dalej na południe (w Nome). Teoretycznie jeśli chcielibyśmy spędzić choćby tylko kilka godzin w tym mało ciekawym porcie, musielibyśmy opłacić przylot urzędnika Imigration z Nome co oznacza min. 700 dolców za samolot plus minimum 100 dolców za hotel, w którym miałby przenocować bo tego samego dnia już nie wróci. Oczywiście  nie widzimy sensu płacenia takiej kwoty – jedyna nadzieja że podziała hasło, że potrzebujemy lekarza (tak przy okazji potrzebujemy też paliwa i wody, a jak się da to jeszcze uzupełnić zakupy i skorzystać z internetu).


Pogoda w kratkę, Na „psiaku” (wachta od 12 do 4ej rano) wymarzłam się jak diabli, ale przynajmniej był luzik bo ładnie wiało i nie trzeba było sterować – robił to samoster. Była nawet niezła widoczność – przez jakiś czas było nawet widać góry, ale potem znowu zrobiło się nudnie płasko. Zmieniliśmy przy okazji nasze naiwne opinie o dzikiej, nieskażoną cywilizacją Alasce. Alaska to rejon bogactw mineralnych – co i rusz na brzegu widać obrzydliwe konstrukcje jednoznacznie wskazujące że przyroda przyrodą, ale najważniejsza jest wydobywana tu ropa.


Znowu lody...A wracając do pogody – rano było obrzydliwie wilgotno (taka niby-mżawka), a do tego gęsta mgła (w prognozach pogody przysyłanych przez Wojtka opisywane jest to jako „DF” czyli „Dizzli Fog”), potem było trochę błękitnego nieba, potem znów szaro-buro, następnie na pocieszenie śliczna tęcza, a teraz, czyli trochę przed północą, jest słońce takie że wachtujący  Borje rozpiął kurtkę sztormiaka i się opala. Wiatrowo jest o tyle przyzwoicie że wieje ze wschodu, czyli dla nas idealnie, ale z siłą zaledwie 10 węzłów, czyli mogłoby ciut mocniej.


Rano było sporo lodu. Pojawił się akurat jak wychodziłam na poranną wachtę, ale postawiłam sobie za punkt honoru że nie będę budzić Börje jeśli rzeczywiście nie będzie tragicznie. Szczerze mówiąc to kilka razy miałam ochotę już go obudzić, zresztą myślałam że sam się zerwie, jak usłyszy że zmieniam obroty silnika, ale gdzie tam – chyba jest nieźle zmęczony, bo nie budzą go już nawet zrzucane przeze mnie żagle. W każdym razie lód dzisiaj był dość stresujący, kilka razy przytarłam o growlery, ale adrenalina sprawiła że przynajmniej wachta minęła szybko.

 


Wieczorem…
GPS po grecku


Radość żeglowania.Ale atrakcję sobie zrobiliśmy! Poprosiłam Börje aby przestawił ploter GPSa (taki ekranik z mapą przy stanowisku sternika) z języka szwedzkiego na angielski. Z mapy można korzystać niezależnie od języka, ale przy ustawianiu różnych funkcji, a zwłaszcza tak zwanych waypointów, z opisem po szwedzku sobie nie radzę. Borje się zgodził, po czym jak doszliśmy do języków wyświetliła się ich cała lista, w tym kilka których nazwy nas nieco zaintrygowały. Jedną z nich była tajemniczo brzmiąca: "Ellinika". Omotani rządzą ciekawości coś tam nacisnęliśmy i… ustawiliśmy w urządzeniu język grecki.  Wyglądało fajnie, ale problem pojawił się kiedy chcieliśmy wrócić do bardziej zrozumiałego menu. GPS po grecku.No i tu się zaczęło – wciskanie kolejnych przycisków, które uważaliśmy, że to „na pewno te” tylko pogarszało sprawę, a z liter greckich nic kompletnie nie rozumieliśmy. W końcu Borje, chyba lekko wkurzony (choć nie dał po sobie tego poznać), stwierdził że ma coś tam do zrobienia, co w domyśle oznaczało, że jak zachciało mi się przestawić język, to dobrze byłoby abym teraz wróciła do wersji poprzedniej.

Po prawej: Ekran plotera z napisami po grecku :).


Po godzinie kombinacji doszłam w końcu jak przywrócić zrozumiałe komendy, a mało tego – ponieważ nie ma to złego co by na dobre nie wyszło, opanowałam ploter tak, że teraz już mnie w nim nic nie zaskoczy. W każdym razie teraz na wachty ustawiam sobie wersję polską, a kiedy Börje mnie zmienia – przestawiam na szwedzką.  I tak dobrze, że zmieniliśmy ten język na grecki, a nie na przykład na chiński lub arabski (bo takie wersje też były). Głupio byłoby przez następne tygodnie pływać mając objaśnienia w robaczkach lub krzaczkach (litery arabskie lub chińskie).

 

Zdjęcie powyżej: radość z naprawienia plotera  :-)

 

 

 

1 sierpnia, 25. dzień wyprawy
Ciągle Morze Beauforta
O lodzie do drinków


Nasz samoster.Wreszcie wieje tak, że można uruchomić samoster. To duże udogodnienie, ale musi być odpowiednio silny wiatr. Ponieważ nie trzeba sterować, a na dodatek jest ładnie i słonecznie, Börje zrobił po delikatnym drinku z ekologicznym lodem z wyłowionej po drodze bryły lodowej. W końcu jesteśmy w Arktyce – nie musimy zamrażać lodu  w lodówce.


A co do samosteru – przy drinku wymyślaliśmy dla niego imię. Sprzeciwiłam się pomysłowi, żeby było to kobiece imię – uznałam że już płynie z nami Hanna (nasza maskotka – owieczka z Zakopanego, choć bardziej przypomina małpkę niż owieczkę), więc już wystarczy kobiet. Ostatecznie ochrzciliśmy samoster imieniem Amos – tak miał na imię Inuita który płynąć z Börje przez dwa tygodnie między portami Nowej Fundlandii.

 

Po prawej: nasz samoster.

 

 

30 lipca, godz. 19
Pozycja na godz. 1900: 69 st. 44`N, 141 st. 29` W
Połów w Demarcation Bay


Jest mokro, zimno, wieje silny, nieprzyjemny wiatr – po prostu obrzydliwie. Póki co za sterem jeszcze jedzie Börje , ale nieuchronnie zbliża się moja wachta i nic nie wskazuje na to, aby pogoda miała się zmienić. Teraz nie planujemy już żadnych postojów – dopiero w Barrow, a to dopiero za około 300 mil.


Złowiony przez Borje arktyczny char (rodzaj łososia) przygotowany do smażenia. Pół nocy (od 3-ej) i pół dnia spędziliśmy w Demarcation Bay. To taka całkiem spora, dobrze osłonięta od wiatru zatoka, w której jedyną oznaką cywilizacji jest wrak jakiegoś statku, który utknął na mieliźnie. Zeszliśmy na ląd, ale nic ciekawego nie było, choć może takie wrażenie bo padał deszcz i chyba zwierzaki w taką pogodę wolą siedzieć w norach niż jakiś schronieniach.  Tutejszy brzeg to rodzaj równiny – częściowo kamienistej, częściowo trawiastej, jak to w Arktyce, bez żadnych drzew.


Börje  rozochocił się że złowi na obiad jakieś ryby. Potraktowałam to jako niegroźne wariactwo, a tymczasem – rzeczywiście złowił. Wybrał się na  ląd z wożoną w forpiku siecią, rozstawił ją z moją pomocą (bo ja wiosłowałam a on rozplątywał siatkę) i minutę później była ryba! Pierwsza i ostatnia, ale była. Börje na rybach zna się jak mało kto, tak więc błyskawicznie ją oprawił i na obiad rzeczywiście mieliśmy tym razem gotowanego arktycznego chara (czyli tutejsza odmiana łososia).

 

Na zdjęciu powyżej: Złowiony przez Börje arktyczny char (rodzaj łososia) przygotowany do smażenia.


W międzyczasie przestało padać a zaczęło lać… Akurat wtedy, kiedy zabraliśmy się do podnoszenia kotwicy… Brr!

 


O trzeciej w nocy…


Już z pogodą lepiej. Jak kończyłam wachtę, trochę po drugiej w nocy, był już piękny zachód słońca. Wciąż mamy widne noce, ale już słońce chowa się nad widnokręgiem i jest 2-3 godziny szarówki.

 

 

 

30 lipca, 24. dzień wyprawy,
u wybrzeży Alaski (USA)
Przekroczyliśmy Linię Demarkacyjną
Godzina 2 w nocy


No to jesteśmy już w USA! Przekroczyliśmy tak zwaną Linię Demarkacyjną, czyli przeskoczyliśmy z kanadyjskiego Jukonu na amerykańską Alaskę. Zgodnie ze zwyczajem pod prawym salingiem na maszcie zawisła amerykańska flaga (zdjęcie obok).


Czasem jest naprawdę cieplutko...Właśnie skończyłam wachtę, ale ze spania i tak póki co nici, bo za jakieś 40 minut będziemy kotwiczyć w niedalekiej zatoczce. W sumie to nie jesteśmy specjalnie zmęczeni - moglibyśmy płynąć dalej, ale jest przeciwny wiatr, czyli żagle odpadają, zaś silnik na którym cały czas jedziemy musi odpocząć.  Według nadesłanych przez Wojtka prognoz jutro wiatr odkręci się na północny, czyli trochę lepszy.

Na zdjęciu obok: Jak widać po moim krótkim rękawku, czasem jest naprawdę cieplutko. Ale tylko - czasem...


Wachta minęła w sumie fajnie, bo znowu mieliśmy slalom między lodami. Szliśmy skrajem dużego pola lodowego, więc trzeba było omijać to co się z niego oddzieliło. Było tych lodowych odłamów mnóstwo, tak więc nawet na chwilę nie można było wskoczyć pod pokład, bo trzeba było uważać aby się z takim growlerem czy niby górą lodową nie zderzyć.  W dali, z lewej burty też były góry, ale prawdziwe – kanadyjski Jukon z perspektywy wody robi  imponujące wrażenie.

 

Jechało się tym bardziej fajnie, że przy okazji słuchałam szant, wśród których sporo poświęconych jest arktycznym klimatom, wielorybnikom itp. Potem przerzuciłam się na audiobooki – to tak żeby utrzymać się w jakiejś formie intelektualnej. Audiobooki (książki odsłuchiwane przez słuchawki z odtwarzacza MP3) to na wachtach super rzecz – dzisiaj przerobiłam sobie życiorys Tito (to dlatego że ostatnio byłam w Chorwacji, gdzie koło Zagrzebia jest miejsce jego urodzenia, obecnie muzeum).

 

 


29 lipca, 23. dzień wyprawy,
znowu na morzu (wciąż Morzu Beauforta)
Pozycja na godz. 18-tą: 68 st. 34` N, 139 st. 29`W
Pan Karibu


Pan Karibu moczy nogi w Oceanie Arktycznym.Ale numer! Wczoraj wieczorem rozmawialiśmy, że woły piżmowe już widzieliśmy, to teraz przydałyby się jakieś karibu (tutejsze renifery). No i dzisiaj rano, w przerwie między pracami pokładowymi popijaliśmy właśnie przywiezione z Polski cappuccino, kiedy Börje pokazał na całkiem bliski od nas brzeg, gdzie bieliła się łacha śniegu, na której jakby nigdy nic, stał sobie wielki rogacz. Rogi miał rzeczywiście ogromne, a zarazem rozłożyste. Stał sobie z nogami w wodzie, tak jakby chciał się ochłodzić, wpatrzony w siną dal, bo może kombinował jak się dostać do kumpli na niedaleki w sumie kontynent?

 

Zdjęcie obok: Pan Karibu moczy nogi w Oceanie Arktycznym.


Patrzyliśmy na zwierzę jak urzeczeni, aż Börje wpadł na znakomity pomysł wskoczenia do pontonu i podryfowania do brzegu. Rzeczywiście, wiało akurat tak, że bez używania wioseł i silnika, fale zniosły nas niemal idealnie na karibu. Niestety, mimo że siedzieliśmy cicho i bez ruchu, w pewnym momencie Pan Karibu dał dyla i uciekł. Za to w jakim stylu to zrobił! Karibu to wyjątkowo eleganckie zwierzęta, poruszające się z niezwykłą gracją, aż miło popatrzeć.

Potem karibu (już inny, jakiś młodziak, bo z małym porożem), pojawił się jeszcze raz, tuż przed naszym wypłynięciem. Ten jednak miał problem jak zejść po śniegu do wody – kilka razy się poślizgnął i zrezygnował.


Spray na niedźwiedzie.Do szczęścia zabrakło jedynie niedźwiedzia grizzly, ale może to lepiej dla nas. Rangersi mówili że ta matka z młodymi która się tu kręci jest strasznie agresywna. Pytałam, jak radzą zabezpieczać się na wypadek spotkań z grizzly –pokazali butelkę z aerozolem, z misiem na opakowaniu. To taki niby gaz pieprzowy. Nic takiego nie mamy, więc  stwierdzili że w takim razie okej, powinniśmy nosić ze sobą broń (nie jest to takie oczywiste, bo aktualnie trwa w Kanadzie dyskusja, czy  w parkach narodowych można nosić broń, czy też nie).

 

Na zdjęciu obok: rekomendowany przez strażników rezerwatu gaz do odstraszania niedźwiedzi.


No a tak w ogóle to dzień minął nam na pracach przy ostatecznym przygotowaniu jachtu do zmagań z Oceanem Arktycznym. Zrobiliśmy to o czym zapomnieliśmy wcześniej, albo ciągle odkładaliśmy – m.in. założyliśmy life-linę (chodzi o przeciągniętą wzdłuż pokładu linę, do które w razie trudnych warunków można się przypinać, by nie wylecieć za burtę), dopasowaliśmy sobie Crewsaver`y - nasze pasy ratunkowe, poprawiliśmy system refowania grota, zamontowaliśmy wyżej antenę telefonu satelitarnego, uszczelniliśmy włazy. Wygląda na to, że „Anna” jest naprawdę dobrze przygotowana.


Teraz  już znowu płyniemy.  Główny cel tym razem to już Wyspa Wrangla, do której mamy jakieś 800 mil z hakiem. Jak na razie grzejemy na silniku, bo wiatr prosto w dziób, ale na szczęście nie ma dużej fali, więc  5-6 węzełków ciągniemy. Niestety musieliśmy zmienić wersję strojów. W zatoczce gdzie staliśmy na kotwicy było tak cieplutko, że można było chodzić w krótkim rękawku (teoretycznie, bo ze względu na komary, które dzisiaj wyjątkowo się wściekły, trzeba było maksymalnie się zakrywać). Obecnie arktyczny wiatr sprawia, że bez czapki, rękawiczek no i ciepłej kurtki, nie da się długo wytrzymać.


A tak na marginesie to przed nami jest wielkie pole lodowe! Za pół godziny przy nim będziemy, ale nie ma obaw, bo możemy płynąć jego skrajem. Póki co więcej uwagi skupia ciasto które dzisiaj upiekłam i właśnie przyszedł czas jego degustacji.

 

 

28 lipca, 22. dzień wyprawy
W zatoczce Orca Cove (wbrew nazwie orek tu nie ma)
Pozycja: 69 st. 31`N, 139 st. 07`W
Spotkanie z piżmowołami


Po śniadaniu, dość późnym, bo po nocnej saunie spaliśmy jak zabici, przepłynęliśmy na południowy kraniec Herschel Island, gdzie stanęliśmy na kotwicy w zatoczce Orca Cove. Miejsce przy wschodnim wietrze nie jest zbyt dobre jako schronienie, ale nic lepszego w okolicy nie ma. Za to jest ładnie – poza słupkami nabieżników, żadnych oznak cywilizacji, zaś poza nami - kompletnie nikogo. Z jednej strony rozciągają się zielone, z białymi łatami (śnieg) brzegi Herschel Island, z drugiej, bardzo blisko, góry Jukonu. No i woda tu ładniejsza – po zmulonym, brązowym morzu przy ujściu rzeki Mackenzie, tutaj woda już znormalniała, to znaczy jest zielono-granatowa i stała się bardziej przejrzysta.


Woły piżmowe na południu Wyspy Herschel.Właściwie to przypłynęliśmy tu zwabieni szansą na zobaczenie jakichś arktycznych zwierzaków. Rangersi opowiadali wczoraj, że widzieli tu ostatnio woły piżmowe, a poza tym kręci się w tym rejonie samica grizzly z młodymi. Piżmowoły bardzo chcieliśmy zobaczyć, bo ja widziałam je tylko raz – dawno temu na Grenlandii, a Börje – w ogóle. Zakładaliśmy, że trzeba będzie się pewnie ich trochę naszukać, bo to nie zoo, tak więc gdzie danego dnia będzie się to arktyczne bydło paść, nikt nie wie. Tymczasem woły zrobiły nam miłą niespodziankę. Stałam akurat na sterze i w przerwie między pilnowaniem kursu a zerkaniem na sondę pokazującą głębokość, spojrzałam na brzeg, a tam – gapiło się na mnie całe stado piżmowołów! Wszystkie 43 sztuki jakie mieszkają na wyspie, zjawiły się w jednym miejscu, niczym komitet powitalny! Oczywiście z miejsca zaczęłam się wydzierać, usiłując wyrwać przeglądającego mapy Börje: „Woły! Wielkie! Mnóstwo!” . Chwilę później już oboje wpatrywaliśmy się w czarne plamy na brzegu.

 

Zdjęcie powyżej: stado piżmowołów.


Zanim zeszliśmy na ląd przywitać się z wołami, Börje w ramach obiadu usmażył jeszcze otrzymaną wczoraj rybę (drugą zamroziliśmy). Pyszna wyszła! Nie wiem czy to zasługa ryby, czy Börje, który ma własną szkołę przyrządzania ryb (krótko smażone, tak by mięso było soczyste plus tajemniczy zestaw przypraw).


Dotarcie do piżmowołów nie było łatwe, bo przy brzegu morza jest tu dość błotniście, a po wczorajszych niemiłych doświadczeniach z trekingiem w kaloszach, dzisiaj ubraliśmy buty typowo trekingowe, które już po 5 minutach były całe w kleistym mule. Woły, mimo że duże, są dość płochliwe, tak więc pozwoliły nam podejść tylko na jakieś 50 metrów, a potem rzuciły się do  ucieczki.  Niedaleko jednak, bo potem się zatrzymały i z uwagą nam się przyglądały, na wszelki wypadek zajmując pozycję obronną, czyli samce w szeregu, a za nimi samice z młodymi. Co do młodych to podobno było ich jeszcze niedawno sześć, ale wygłodniałe grizzly sprawiły że zostały teraz już tylko dwa.


W czasie trekingu.Bliżej piżmowołów już nie podchodziliśmy, nie chcąc ich po prostu płoszyć i zmuszać do ponownej panicznej ucieczki. Ominęliśmy stado szerokim łukiem i poszliśmy przejść się po wyspie. Z jednego ze wzgórz (najwyższe wzgórze wyspy ma raptem 180 m n.p.m.) popatrzyliśmy na lody, które zalegają z zachodniej strony wyspy – jutro będziemy się musieli przez nie przebijać. Poza tym spotkaliśmy sporo różnych ptaków (kilka razy wyraźnie odciągały nas od gniazd), a ja jak zwykle fotografowałam kolejne kwiatki, które szczerze mówiąc nie różniły się od tych, które widzieliśmy na północnym krańcu wyspy.


W sumie to trochę daliśmy sobie w kość, bo wędrówki po tutejszym terenie nie należą do prostych. Nawet kiedy z daleka teren wydaje się niby normalny, to ciągle są albo mokradła, albo utrudniające chodzenie zarośla wierzby arktycznej, albo kępy traw po których się albo skacze, albo się omija, co i rusz trafiając na grunt, w którym noga się zapada.


Wracając na jacht (a raczej do pozostawionego przy brzegu pontonu) znowu spotkaliśmy piżmowoły. Tym razem było ciekawiej, bo mogliśmy zobaczyć walkę dwóch samców. U piżmowołów tylko jeden samiec rządzi w stadzie i o on też decyduje o haremie samic, które do niego należą. Zdaje się, że jakiemuś młodziakowi coś się w tym systemie nie podobało (może wpadła mu w oko jakaś samica?) - finał był taki, że samiec alfa postanowił nauczyć młodzieńca posłuchu i kiedy później obserwowaliśmy stado – buntownik był wyraźnie odseparowany od reszty. Kogo interesują piżmowoły, poniżej przytaczam ciekawostki o tych zwierzętach, które swego czasu opracowałam na potrzeby książki o zeszłorocznym rejsie (powinna się ukazać jak wrócę, czyli na jesieni).

Woły piżmowe, albo inaczej: piżmowoły, są w Polsce mało znane, może więc kilka słów na ich temat. Chodzi o wielkie zwierzaki, które pozornie przypominają bizony, choć w rzeczywistości są z tej samej rodziny co zwykłe bydło i z punktu widzenia systematyki zoologicznej – bardziej zbliżone do kóz oraz owiec, niż do bizonów. Woły piżmowe to po łacinie: ovibos moschatus, po angielsku: musk ox, w języku Inuitów kanadyjskich: umingmak/oomingmak, zaś u Inuitów grenlandzkich: umimmak (dosłownie: długowłosy, długobrody, co nawiązuje do ich długiej sierści). Samce (byki) mają około 2–2,5 metra długości i 200–400 kg wagi, samice (krowy) są troszkę mniejsze, a co ważne – obie płcie mają zakrzywione rogi, u samców dochodzące do prawie 70 cm długości.


Nie ma co kojarzyć wołów piżmowych z piżmem, czyli substancją zapachową wykorzystywaną m.in. przy produkcji perfum. Wprawdzie w okresie godowym woły piżmowe wytwarzają wydzielinę mającą bardzo silny zapach, jednak prawdziwe piżmo pochodzi z gruczołów kołoodbytniczych żyjącego w Azji piżmowca, czyli jelenia piżmowego.


Piżmowoły są roślinożerne – podstawę ich diety stanowią porosty, mchy, trawy, różne krzewinki i krzaki wierzby arktycznej rosnące na podmokłych mąkach i wzdłuż cieków wodnych. Zwierzaki pasą się pojedynczo lub w stadach, przy czym jeden dominujący samiec skupia wokół siebie harem samic. Walka o dominację (i samice) jest bezpardonowa – byki stają naprzeciw siebie, dla dodania sobie animuszu pocierając wielkim pyskiem o przednie nogi, prychają, albo nawet ryczą, po czym ruszają do natarcia jako oręż traktując rogi. Jeśli się w natarciu nie spotkają, po mniej więcej 50 metrach stają, odwracają się do siebie i ponawiają atak, tak długo aż któryś z nich nie zrezygnuje. Podobno jeśli uderzą w siebie rogami, dźwięk "kolizji" słyszalny jest w promieniu ponad jednego kilometra (nic dziwnego skoro w takim biegu rozpędzają się do 60 km/h). Stawka w walce jest wysoka: pokonany byk oddala się stając się singlem, zwycięski kopuluje ze wszystkimi samicami w stadzie. Po 8,5 miesiącach, bo tyle trwa ciąża pani piżmowołowej, rodzi co dwa lata, między późnym kwietniem i połową czerwca, jedno cielątko. Maluch przychodząc na świat już jest włochaty – ma grube, kręcone futerko, ale jeszcze nie na tyle ciepłe, żeby zabezpieczało go od śmierci z wychłodzenia. Z tego powodu na początku chroni się pod matką, korzystając z osłony jej futra no i przez pierwsze trzy miesiące korzysta też z matczynego mleka.


Zagrożeniem dla wołów piżmowych, a szczególnie dla tych małych "wołków" są arktyczne wilki. Jeśli się tylko pojawi ich wataha, woły zbierają się w ciasną gromadę, na zasadzie panie i dzieci do środka, natomiast mężni panowie (byki znaczy się) stają ramię w ramię formując okrąg otaczający słabsze osobniki. Inną pozycja obronna to uformowanie coś w rodzaju niby "muru", linii z najsilniejszych, a słabsza płeć i małolaty stają za owym murem.


Również i przy wilkach, czy innym zagrożeniu może się zdarzyć wspominane już prychanie, parskanie i pocieranie pyska o przednią nogę, co jest przygotowaniem do szarży i próby wzięcia nieprzyjaciela na rogi. Równie dobrze może jednak dojść do panicznej ucieczki wystraszonego woła – dlatego też prosi się turystów, aby nie podchodzili za blisko i nie straszyli ich, bo bieganie bardzo je męczy i prowadzi do przegrzania, stresu, a niekiedy nawet do opuszczenia młodych.


Woły piżmowe żyją nie tylko na tych terenach, gdzie teraz jesteśmy, także w innych częściach Arktyki. Wybierają suche obszary tundry, jako że wilgoci nie lubią – w takim otoczeniu łatwo łapią zapalenie płuc. Ja spotkałam te wydawałoby się leniwe, ociężałe zwierzaki w okolicach Kangerlussuaq na Grenlandii, ale i tutaj, na północy Kanady, są jednym ze "sztandarowych" zwierzaków. Można je spotkać (mowa o Kanadzie) zarówno na części kontynentalnej, jak i na arktycznych wyspach, poza Wyspą Baffina. Naukowcy dowiedli, że zamieszkują te tereny od ponad 100 tys. lat albo i dłużej. W dawnych czasach (to znaczy przed ostatnim zlodowaceniem), występowały także w Europie, m.in. w Norwegii gdzie teraz znowu wprowadza się je ponownie (okolice miasta Dombas), a nawet w Polsce, o czym świadczą szczątki kopalne. Do miejsc, w których można spotkać ponownie wprowadzane piżmowoły należy również m.in. Alaska, rosyjska Wyspa Wrangla i norweski Spitsbergen.


Największym zagrożeniem piżmowołów są ludzie – na początku XX wieku "dzięki" myśliwym zwierzęta te niemal wyginęły. W 1930 roku w części kontynentalnej Kanady doliczono się jedynie 500 sztuk. Na szczęście już w 1917 roku rząd kanadyjski zatwierdził prawo o ochronie wołów piżmowych. Teraz poluje się na nie nadal (dla mięsa i skóry) , ale są to odstrzały kontrolowane. W samej prowincji Nunavut na północy Kanady żyje obecnie około 60 tys. wołów piżmowych. Ich populację (w całej Arktyce) ocenia się aktualnie na 80–125 tys. osobników.




27 lipca, 21. dzień wyprawy
W Thetis Bay, na wschodnim brzegu Herschel Island
Pozycja: 69 st. 34`N, 138 st. 54`W
O pomocy Coast Guardu, spacerze po wyspie i nocnej saunie

Większość dnia minęła nam na pracach… komputerowych. Rano, o 9-ej rano przypłynął po mnie ponton ze statku Coast Guardu, jako że umówiliśmy się, że wpadnę tam na Internet (Börje został na „Annie” , aby jak zwykle coś tam przy jachcie porobić).  Było bardzo miło, bo przy okazji poznałam kolejnych przesympatycznych ludzi z załogi, m.in. dwóch chłopaków z którymi mogłam sobie pogadać po rosyjsku (kucharz z Kazachstanu i pracownik techniczny z Kazania). W międzyczasie zostałam też zaproszona przez samego kapitana na obiad w mesie oficerskiej. Ale jedzenie tu mają! Tortilla z krewetkami i awokado była tak dobra, że będę ją długo wspominać, a dań było tyle, że jak już doszłam do deseru, to ja, znany łasuch, nie byłam w stanie zjeść kusząco wyglądającego ciastka!


Gerald pomagający nam z internetem.Przy okazji objadania się przy kapitańskim stole, miło sobie z kadrą oficerską pogadałam. Niedługo potem, jak już skończyłam uzupełnianie bloga i wysyłkę najważniejszych e-maili, wróciłam na „Annę” przywożąc przy okazji gości – kapitana statku Coast Guardu, Gerarlda – głównego informatyka, a w plecaku – wałówkę przygotowaną dla zostawionego bez obiadu Börje.

 

Zdjęcie obok: Gerarld (oficer ze statku Coast Guardu) pomaga nam w konfiguracji komputera.


Gerarld został u nas przez kolejne chyba za 3 godziny, bowiem pomagał nam skonfigurować satelitarny Internet. Facet jest niesamowity – polskie objaśnienia w komputerze pojmował szybciej ode mnie! A tak swoją drogą Gerald  przyznał się, że ma korzenie polskie – świadczy o tym choćby jego nazwisko: „Rohatensky”. Co do Internetu to sukces! Udało!!! Czyli – co kilka dni mam szansę na połączenie internetowe i przekazywanie wiadomości (codzienne podłączanie się do sieci odpada, ze względu na koszty).


Jak już Gerarld wrócił na statek, a zaraz potem statek Coast Guardu podniósł kotwicę i odpłynął (nawet nieco smutno nam się z tego powodu zrobiło), wybraliśmy się z Börje na brzeg. Najpierw zaliczyliśmy pod opieką rangera (strażnika rezerwatu) krótką wycieczkę po położonym na cypelku osiedlu (jest tu trochę oryginalnych chat z początku XX wieku, niegdyś wykorzystywanych przez wielorybników). Zaliczyliśmy też malutkie muzeum, gdzie wśród eksponatów są m.in. tradycyjne „gogle” wykonane ze zwierzęcych rogów albo z kawałków listewek, stare harpuny, czaszki i fiszbiny wielorybów (czyli to co niektóre gatunki mają w paszczy, aby odcedzać plankton) – całkiem ciekawe to wszystko.  Potem wybraliśmy się  jeszcze na pobliski cmentarz , z grobami często nawet z końca XIX wieku. Smutne – większość tu pochowanych to młodzi ludzie, 20-30-latkowie, z różnych krajów (jest nawet jeden Duńczyk), a każdy z nich to jakaś historia, często – osobisty dramat, no bo przecież żadna frajda być tak wiele miesięcy z dala od bliskich. Przypływali na te odludzie i zimowali w tych trudnych, arktycznych warunkach, aby w kolejnym sezonie polowań na wieloryby, być na łowiskach pierwszymi.  Niestety – chęć większych zysków często przypłacali życiem…


Smutne są te groby – skromne, zaniedbane, poprzechylane  białe krzyże na podmokłym terenie stopniowo zabieranym przez wodę (zdaniem rangerów niedługo to co teraz jest półwyspem, morze odetnie, zalewając zupełnie cmentarz, a z cypelka robiąc wyspę).


Jakoś tak wyszło, że choć treking po wyspie planowaliśmy na kolejny dzień, rano, skoro już dotarliśmy na cmentarz wybraliśmy się na pobliskie wzgórze, a potem na kolejne, no i w rezultacie wyszedł z tego solidny spacer.  Ale tutaj kwiatów! Sporo takich samych jak mamy w Polsce – na przykład niezapominajki które jak się okazuje w innych językach również mają taką nazwę (po angielsku: Forget-Me-Not, po szwedzku też coś w tym kontekście). Przy okazji nazbierałam też trochę kłaków qiviut, czyli delikatnej, wewnętrznej sierści wołów piżmowych, pozostającej na ostrych krzakach – robi się z tego ponoć najdroższą wełnę świata, droższą od najlepszych rodzajów kaszmiru, paszminy czy wełny południowoamerykańskiej wikunii (w skupie za funt, czyli niecałe pół kilo qiviut dostaje się około 300 dolarów!).
Po powrocie do osiedla na cyplu zajrzeliśmy do domu poznanej dzień wcześniej Inuitki. Trochę wcześniej spotkaliśmy jej dzieci, jak niosły świeżo wyjęte z sieci ryby. Jedną z nich chcieliśmy kupić, dzieciaki twardo jednak obstawiały że „mama decyduje”, tak więc  wypadało zapytać mamę. Kiedy przyszliśmy do chaty, mamy nie było, za to najstarszy syn  dał nam nawet nie jedną, a dwie ryby, mówiąc że nie ma mowy o płaceniu , bo mama kazała dać za darmo. Miłe, ale trochę głupio że nie było jak się zrewanżować. Ostatecznie przywieźliśmy z jachtu wielką pakę chipsów, co chyba dzieciakom przypadło do gustu, bo najbliższy sklep jest pewnie jakieś 200 kilometrów stąd.


Kąpiel w Morzu Beauforta.Wieczór zakończyliśmy w saunie nad brzegiem zatoki. Gdy weszliśmy, było w  nie niej przyjemnie ciepło, bowiem trochę przed nami byli w niej Nowozelandczycy. Wygrzaliśmy się na zapas, z przerwami na szybkie zanurzenie w Oceanie Arktycznym, tudzież nacieranie się śniegiem. Po pewnym czasie dołączyły do nas Kanadyjki będące tu na jakimś służbowym spotkaniu pracowników urzędów do spraw ochrony przyrody czy coś w tym stylu, jednak koleżanki na kąpiel w morzu się nie zdecydowały. Nim się obejrzeliśmy – była druga w nocy! Dziwna taka noc, kiedy ciągle jest widno!

 

Na zdjęciu obok - po saunie kąpię się w Oceanie Arktycznym!

 

 

Statek z którego wysyłamy bloga...26 lipca - Blog uzupełniony dzięki uprzejmości załogi statku kanadyjskiego Coast Guardu. Następna szansa na uzupełnienie wpisów – tylko Neptun raczy wiedzieć, kiedy  :-)

 

Należący do Coast Guardu statek "Sir Wilfrid Laurier" - na zdjęciu obok.

 

 

 

 

 


26 lipca, 20. dzień wyprawy
Na kotwicy przy Herschel Island
Przed południem


Dowód że jesteśmy na Herschel Island.Zostajemy na Herschel Island pewnie ze 2-3 dni, bo wyspa ciekawa, a miejsce do kotwiczenia też bardzo dobre.
Wyspa położona jest 5 km od wybrzeży kontynentu (konkretnie – kanadyjskiego Jukonu), ma długość 15 km i szerokość 8 km. Ze względu na bogactwo przyrody została zgłoszona na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO – na razie jest na liście miejsc „oczekujących”. Nazwa została przez samego Franklina, który dotarł tu w 1826 roku jako prawdopodobnie pierwszy biały człowiek (a na pewno jako pierwszy Europejczyk) i postanowił uhonorować swojego przyjaciela - brytyjskiego naukowca i astronoma, Sir Johna Herschela.


Swego czasu zimował tu Franklin, Amundsen i liczne statki wielorybnicze (nawet po kilkanaście ich tu zostawało na zimę, skutych lodem, z załogami liczącymi w sumie ponad 500 osób). W połowie XIX wieku było tutaj 2 tys. stałych mieszkańców! Teraz są tu pustki – poza nami (i chłopakami ze statku Coast Guardu) nikogo! Póki co nie marzymy o niczym innym jak o odespaniu zarwanej nocy. Po południu mamy zaproszenie na zwiedzanie statku Coast Guardu. Oczywiście skorzystamy!

 

Na zdjęcu obok: dowód że jesteśmy na Herschel Island.



Po południu


Ale dzień! Trochę po 14 podpłynął po nas ponton Coast Guardu aby zabrać nas na statek. W międzyczasie okazało się, że po sąsiedzku z nami… zakotwiczył jacht! Szczęki opadły nam z wrażenia – tu, na tym pustkowiu jacht? Poza tym mówiono nam, że poza nami i jeszcze dwoma jachtami nikogo w North West Passage w tym roku nie ma! Okazało się, że jacht-niespodzianka to nowozelandzka „Kotuku” co ponoć po maorysku oznacza białą czaplę.


Kapitan statku Coast Guardu na mostku.Zwiedzanie statku Coast Guardu okazało się ciekawsze niż przypuszczaliśmy, bo wbrew pozorom nie są to wcale żadni służbiści tylko naprawdę fajni, życzliwi ludzie, a statek nie służy wcale celom wojskowym tylko jest uniwersalną jednostką w tym przypadku do rozstawiania raconów (w uproszczeniu chodzi o rodzaj radarowych boi, czy bardziej fachowo - transponderów radarowych), prac naukowych (badają m.in. problem nadmiernego topnienia arktycznego lodu), nie mówiąc o pomocy statkom które tutaj wprawdzie nieliczne, ale pływają. Pokazano nam dosłownie wszystko co tylko nas interesowało – od super wyposażonego mostka, przez laboratoria ekipy naukowej, kabiny załogi (każdy mieszka w pojedynkę), statkowy szpitalik, bar, maszynownię, pokład helikopterowy… W załodze są też kobiety. Kapitan mówił, że zaledwie tydzień temu wyjechała już dziewczyna z Polski – podobnie jak i ja mająca na imię Monika.

 

Na zdjęciu powyżej - oprowadzający nas po mostku kapitan statku Coast Guardu - Bill Noon.


Powrót ze statku był atrakcją samą w sobie, bo zabrano nas superszybkim pontonem na którym jedzie się niczym na skuterze wodnym, skacząc po falach. Widząc nasze okrzyki zadowolenia kierowca pontonu dał popis swoich umiejętności  - adrenalina nie mniejsza niż na roller coasterze.



Marjolan z Herschel Island.Po powrocie na jacht i wtrząchnięciu na szybko ravioli, przeprawiliśmy się na brzeg, aby zobaczyć kto mieszka w kilku stojących tam chatach. W ten to sposób poznaliśmy grupę naukowców z Francji i Niemiec, którzy przy herbacie opowiedzieli nam, czym się zajmują (m.in. badaniem warstwy ziemi zwanej wieczną zmarzliną), ale tak w ogóle to jutro już wyjeżdżają. Potem trafiliśmy do domu Marjolin – Inuitki która co roku przeprowadza się tutaj wraz z dziećmi ze swojego alaskańskiego domu aby wykorzystać arktyczne lato na łowienie ryb (Marjolin - na zdjęciu obok). Wybór miejsca nie jest przypadkowy – zbudowany z bali drewna dom Marjolin jest dziełem jej rodziców, a ona sama spędziła tu dzieciństwo. Marjolin próbuje zaszczepić u swoich dzieci zamiłowanie do inuickich tradycji, ale nie jestem pewna czy dzieciaki rzeczywiście tego chcą – kiedy weszliśmy do domu najmłodsza dwójka leżała na łóżku i grała w gry elektroniczne. Za to najstarszy z chłopców, a jakże, w modnym T-shircie, jak się pochwaliła matka, ustrzelił ostatnio cztery karibu, z którego będzie mięso na zimę.

Przy okazji zahaczyłam o temat polowań na tutejsze wieloryby. Okazuje się, że tutejsza wspólnota ma limit pięciu wali grenlandzkich na rok, ale zwykle ich nie wykorzystuje, bo upolowanie wielkich waleni to wcale nie taka prosta sprawa. Na tego typu polowanie wyrusza  8 łodzi. Wbity w wieloryba harpun ma ładunek wybuchowy, który  przy okazji skraca męki zwierzęcia. Podczas holowania zwierzęcia na płytką wodę, aby nie zatonął, pod ogon podczepia się liny, natomiast do głowy przywiązuje linę z dmuchaną boją. Marjolin pokazywała nam zdjęcia z ćwiartowania wieloryba. W pierwszej kolejności kawały mięcha przydziela się temu, który celnie rzucił harpun – dostaje on ekstra trzy kawałki: na Boże Narodzenia, Święto Dziękczynienia i przypadające w czerwcu święto inuickie. Resztę dzieli się między innych uczestniczących  w polowaniu i resztę mieszkańców danej społeczności.


Tradycyjne kapcie miejscowych Inuitów.Z innych ciekawostek to Marjolan miała na nogach tradycyjne kapcie (na zdjęciu obok). Zrobione są one ze skóry łosia, wyszywane kolorowymi koralikami (tutejsi Inuici uwielbiają tego typu wzory), a dodatkowo obszywa futerkiem z bobra. W sklepach w Inuvik można było je kupić w sklepach z pamiątkami za jakieś duże pieniądze.


Skoro już wpadliśmy w fazę rozmów z różnymi ludźmi, to przepytaliśmy lokalnego rangersa (strażnika rezerwatu) o to, co na wyspie można ciekawego zobaczyć. W sumie to nie powiedział nic nowego ponad to co wiedzieliśmy, czyli że występują tu woły piżmowe, niedźwiedzie grizzly, niedźwiedzie polarne, dwa rodzaje karibu itp., ale zaproponował że nas następnego dnia oprowadzi po wiosce, w której jest kilka historycznych miejsc.  Swoją drogą jutro planujemy treking po wyspie. Może coś ciekawego wytropimy?


Na koniec podpłynęliśmy jeszcze w odwiedziny na jacht nowozelandzki. Było bardzo sympatycznie – przy gorącej czekoladzie wymieniliśmy informacje co i jak, gdzie lody, gdzie dobre miejsca do kotwiczenia… Swoją drogą my mamy małe zanurzenie, ale oni z uwagi na podnoszony kil – jeszcze mniejsze – zaledwie 3 stopy (niecały metr!) choć jacht jest większy od naszego. Swoją drogą niesamowite jak ludzie morza szybko nawiązują kontakty i sobie wzajemnie pomagają. Tu, na arktycznych pustkowiach, to szczególnie ważne.

 

 

W nocy z 25 na 26 lipca 2011
PIERWSZY LÓD!


Pierwsze lodyNo i mamy pierwsze lody! Zaskoczenie totalne, bo nie oczekiwaliśmy ich tu teraz, tak szybko i w takiej ilości. Owszem, liczyliśmy się z growlerami, czyli takimi małymi blokami lodu pływającymi  sobie tu i ówdzie, a tymczasem trafiliśmy na normalne, regularne pola lodowe, a nawet góry lodowe o rozmiarach jakich nie widzieliśmy w North West Passage nawet w ubiegłym roku (choć mimo wszystko nie takie duże jak na Grenlandii). Pojęcie "góry lodowe" nie jest jednak precyzyjne - używam go tutaj, bo nie wiem jak je nazwać, ale nie są to kawału lodu wydzielone z lodowca (one właśnie podchodzą pod definicję gór lodowych), lecz pozostałości ze zwałów lodu po zimie.


Zaczęło się niewinnie. Najpierw, zaraz po zmianie wacht trochę po 22-ej, kiedy Börje szykował się już do spania, a ja się powoli rozbudzałam wystawiając twarz na arktyczny wiatr, dojrzałam na horyzoncie czarny kształt.  Pokazałam go Börje , ale uznaliśmy to najpierw za statek, a potem ja zasugerowałam, że może być to też platforma wiertnicza (bo to rejon występowania ropy).  Minęło troszkę czasu, byliśmy już bliżej, wzięłam lornetkę aby sprawdzić co to dokładnie jest i zamarłam! To była po prostu czarna góra lodowa! Nie wierzyliśmy własnym oczom! Nie dość że w ogóle góra lodowa, to jeszcze czarna, no ale widać musiała się otrzeć o jakieś brudne skały, czy brzeg.

Wkrótce tych gór zrobiło się coraz więcej (reszta była już „normalna”) – niebiesko-biała, aż w końcu pojawiła się biała, cienka linia, której tak nie lubimy, bo dobrze wiemy co oznacza – pole lodowe.  Ponieważ byliśmy jeszcze kawałek od tych atrakcji, Börje poszedł jednak spać, rzucając na odchodne, że jak będziemy bliżej to mam go obudzić. W sumie nie było jednak tak źle (to znaczy nie musiałam go budzić), bo po włączeniu radaru widać było wyraźnie że choć jest tych pól i gór lodowych całkiem sporo, bez problemu można je było ominąć.


Góry lodowe na radarze.Slalom lodowy był dość ekscytujący,  na tyle że wachta minęła błyskawicznie i byłam gotowa posterować jeszcze kolejną godzinę (choć jak zdawałam ster, lód już się skończył ). Nad ranem, kiedy Börje obudził mnie o 6-tej na kolejną wachtę, byliśmy już przy brzegach Herschel Island. Długo dyskutowaliśmy gdzie zakotwiczyć, bo najbardziej słuszne miejsce wydawało się za bardzo wystawione na wiatr, a poza tym nie za bardzo było wiadomo jak z głębokościami i możliwością dobicia do brzegu (spora część tutejszych brzegów to klify). Ostatecznie zaryzykowaliśmy, tym bardziej że zobaczyliśmy stojący na kotwicy statek Coast Guardu, więc uznaliśmy, że to najlepsze źródło informacji. Rzeczywiście – po krótkiej rozmowie przez radio chłopcy z Coast Guardu obiecali że wyślą do nas łódź z mapami. Kwadrans później mieliśmy na pokładzie chłopaka z kompletem mapek lodowych, pogodowych i kserówek papierowych map nawigacyjnych plus pendrivem do przegrania na nasz komputer map elektronicznych. No i jak tu nie lubić kanadyjskiego Coast Guardu!

 

 

Na zdjęciu obok - obraz z naszego radaru. Każda plamka to jakieś duże lodowe bryło-góry.

 


25 lipca, 19. dzień wyprawy
Wciąż na kotwicy przy Pelly Island
Wycieczka na wyspę


W ramach oczekiwania na zmianę kierunku wiatru z takiego „w mordę” (sorry, ale tak się w żeglarstwie mówi), na taki bardziej od tyłu, postanowiliśmy wybrać się na Pelly Island – wyspę, koło której kotwiczymy. Ponieważ do jej brzegów mieliśmy około 0,3 mili (500 metrów) po nieco rozfalowanej wodzie, tym razem zamieniliśmy stosowaną do tej pory wersję ponton+wiosełka (oj, mam okazję na tym rejsie nabrać wprawy w wiosłowaniu), na wersję ponton+silnik.


Dobicie do brzegu nie było łatwe, bo brzeg jest tu grząski, w związku z czym już na samym początku sklęłam siebie za pomysł założenia butów trekingowych zamiast kaloszy. Wyspa? Cóż, na pewno nie jest to miejsce pierwszej kolejności oglądania, ale fajnie być w miejscu, które odwiedziła jedynie garstka ludzi. Nie ma tu żadnych osiedli, do kontynentu jest kawałek - właściwie to rodzaj trawiastej pustyni, bo trudno zaliczyć do drzew arktyczną wierzbę, która jest raczej płożącym się krzewem, na dodatek utrudniającym chodzenie.


Kwiatki z Pelly Island.Nie powiem, trochę się złazilśmy, bo chcieliśmy zobaczyć co jest po drugiej stronie wyspy (nic specjalnego – widok na ocean podobny jak i po naszej stronie). Ze zwierząt widzieliśmy jedynie trochę ptaków: parę łabędzią, rodzinkę czapli  (pan czapla pokazywał młodym jak się poluje na myszy) i śliczną, wielką sowę, którą przy arktycznym dniu, kiedy ciągle jest widno, trudno nazwać ptakiem o nocnym trybie życia. Zaskakująco dużo było natomiast kwiatów. Poza typowo arktycznymi gatunkami jak np. biała wełnianka co i rusz pokazywały się też gatunki spotykane w Europie: fioletowe łubiny, wielkie rumianki, mięta, coś podobnego do zawilców (na zdjęciu obok) i trochę innej kolorowej drobnicy.


Namierzyliśmy też niewielką  stację meteorologiczną (żadna rewelacja) i kawałek czarnej plaży, pełnej wyrzuconego na brzeg dryfującego drewna. W sumie jakby trzeba było przez jakiś czas na wyspie przeżyć, jest przynajmniej z czego wybudować schron i czym palić.

Po powrocie na jacht podjęliśmy decyzję – wiatr siadł, nic tu po nas. Wypływamy…

 

 


Około 20.30
Na Morzu Beauforta, pomiędzy wyspami Pelly i Garry
Pozycja: 69 st. 32`N, 135 st. 55 W


Jakieś dwie godziny temu podnieśliśmy pełną mułu kotwicę, no i znowu płyniemy. Aktualnie wachtuje Börje – ja właśnie skończyłam zmywać gary po obiedzie ugotowanym przez kapitana, no i mam chwilę oddechu przed wachtą od 22 do 2 w nocy.


Obecna nawigacja czyli bez komputerów ani rusz.Do Herschel Island mamy jakieś 70 mil. Wieje słabiutko, z północnego-wschodu, dokładnie tak jak na podał w smsowej prognozie Wojtek Wejer.  Wyszliśmy już na głębokie wody, przy czym pojęcie „głębokie” oznacza na tutejszych mapach 3 metry, co przy jednym metrze, który wskazywała nam wcześniej echosonda jest jednak dużym przeskokiem.


Nasz stół nawigacyjny wygląda jak stanowisko kontroli lotów kosmicznych. Prawie całą jego część zajmują ustawione jeden obok drugiego dwa komputery – Borje z C-mapami oraz mój ACER-ek – z Navigatexem – programem nawigacyjnym otrzymanym od Wojtka z Toronto. Do tego dochodzą zwoje kabli, bo kiedy jedziemy na silniku i można skorzystać z ładowania, ciągle czekają na podłączenie jakieś jachtowe lub prywatne sprzęty. Niesamowicie jak wiele urządzeń jest uzależnionych od prądu. Aż strach pomyśleć co by się działo, gdyby wysiadło źródło zasilania komputerów (mamy ich w sumie trzy), telefonu satelitarnego, radia VHF ( do rozmów morskich), GPSa Garmina, nie mówiąc o aparatach fotograficznych, MP3-kach i innych urządzeniach przynajmniej teoretycznie upraszczających i uprzyjemniających życie.

Na zdjęciu: Obecna nawigacja czyli bez komputerów ani rusz.


A skoro wspomniałam o telefonie satelitarnym, a wcześniej o smsowej prognozie pogody…  Dzięki Wojtkowi Wejrerowi z Toronto i Tomkowi  Hukowskiemu czyli „Koniowi” otrzymujemy aktualne informacje o sile i kierunku wiatru, czy działa spot, jak tam sytuacja lodowa. To ważne, bo bardzo nam to pomaga w podejmowaniu decyzji jak płynąć. Dziękujemy!

 

 

24 lipca. 18. dzień wyprawy
Na  Morzu Beauforta, koło Pelly Island
Pozycja 69 st.36`N, 135 st. 25`W
Dostajemy w kość


Nie wyszliśmy z Tuk wcale tak szybko jak napisałam w poprzednim poście. Trochę czasu zajęły nam jeszcze zakupy (Borje zaszalał i kupił czereśnie, które tutaj, w wersji nieco podgniłej, kosztują 11 dolców za kilogram!), potem jeszcze rozmowy z lokalesami na pomoście, do którego uwiązany był ponton (dziwne, tu każdy myśli że cudzoziemiec to musi być z Australii, za to nazwy Polska czy Szwecja, chyba nie są za bardzo kojarzone), a na koniec, już na jachcie, zrobiliśmy sobie (to znaczy odgrzaliśmy) pizzę. W sumie wypłynęliśmy w morze dopiero o 18-tej.

Napisałam przed wypłynięciem z Tuktoyaktuk, że do Herschel Island, gdzie zamierzamy się zatrzymać na krótki treking ,mamy tylko 125 mil, czyli przysłowiowy rzut beretem. Liczyliśmy że przy dobrym układzie to dobowy przelot. Tymczasem morze przytarło nam nosa i pokazało, że w żeglarstwie tego typu nie można robić żadnych założeń, bo bliski dystans, wcale nie musi być szybki.  Teraz już wiemy, że zamiast doby, wyjdą dwie, trzy, albo więcej – w zależności od łaskawości morza.
Pierwsza część, przejście Zatoki Kugmallit  Zaraz po wyjściu z Tuk, poszła nawet dobrze.


Jak na razie wachtujemy po 4 godziny. Kto nie jest na pokładzie, może się przespać, co jest istotne, bo jesteśmy nieźle padnięci. Borje tak strasznie kaszle, że ostatnią noc mieliśmy oboje z tego powodu z głowy (jak na złość gdzieś przepadły moje koreczki do uszu). W każdym razie pierwszą swoją samodzielną wachtę tego rejsu skończyłam  o 3 w nocy, od 7-mej znowu… Ledwo Borje zszedł pod pokład i położył się do koi, naszła mgła i zaczęło się raptownie rozwiewać.  W sumie to się tego spodziewaliśmy, bo nasze zegarki (Tissot-Nautical – wersja specjalnie dla żeglarzy) już od pewnego czasu wskazywały  spadek ciśnienia.


Po godzinie porannej wachty  była już solidna „szósteczka” z białymi grzywami fal, wiatr dokładnie w dziób i nieprzyjemna fala rzucająca nami na wszystkie strony (dobrze, że Neptun nas oszczędził i nie mamy choroby morskiej).  Na kolejnej zmianie wacht, kiedy log wskazywał, że posuwamy się do przodu jedynie z prędkością 1 węzła (a wcześniej robiliśmy 6-7), uznaliśmy, że choć do Herschel Island mamy już tylko 65 mil, takie katowanie się pod wiatr nie ma sensu, bo ani nas tak bardzo czas nie goni (za Herschel Island ciągle jest jeszcze lód), ani też nie jest za dobrze z naszą kondycją. Postanowiliśmy cofnąć się do mijanych 2 godziny wcześniej wysp (z wiatrem zrobiliśmy ten dystans błyskawicznie) i przeczekać niekorzystne warunki w jakimś spokojnym miejscu, przy okazji aplikując sobie dawkę normalnego snu i odpoczynku.


Problem polega jednak na tym, że na Morzu Beauforta nie tylko trudno o zaciszne zatoczki, jakich na wcześniejszym etapie Przejścia Północno-Zachodniego jest mnóstwo, ale na dodatek to bardzo płytkie morze i tak po prostu do brzegu podejść się nie da. Przyzwyczailiśmy się już, że echosonda pokazuje nam, że mamy pod kilem 1,5 metra, ale tym razem było o tyle nerwowo, że wiatr się wzmagał, a nawet daleko od brzegu wskazania echosondy były rzędu 1 metra, czyli na granicy zaliczenia mielizny. W miejscu gdzie ostatecznie rzuciliśmy kotwicę  pomiar głębokości zrobiony ręczną sondą, wykazał, że mamy pod kilem może stopę wody (30 cm), a może i to nawet nie! Co ciekawe – nasza sonda, teraz, na wysokiej wodzie (przypływ) wskazuje mniejszą głębokość niż ta jaką pokazywała przy niskiej wodzie(w czasie odpływu) .

Tak w ogóle to teraz jesteśmy już po kilkugodzinnym spaniu (padliśmy jak zabici) i zabieramy się za gotowanie obiadu… Wnętrze „Anny” to  teraz taka oaza spokoju – na zewnątrz ponura, jesienna aura i ryczący wiatr, tutaj, na dole, cieplutko i miło. Dzisiaj niedziela więc muszę wygrzebać z zapasów coś dobrego. Dzisiaj ja gotuję, Borje zmywa :-)



Po obiedzie
Przedstawiamy Hannę!


Hanna na pokładzie!Ciągle zapominam, a już wcześniej miałam przedstawić naszego jeszcze jednego członka załogi, czy raczej członkinię. Bo tak naprawdę to nie pływamy w dwójkę, tylko w trójkę  :-). Ta trzecia to Hanna – nasza  jachtowa maskotka, a dokładniej owieczka z  Zakopanego. Kupiliśmy ją kiedy Borje przyjechał do Polski i wybraliśmy się na krótki wypad w Tatry. Owieczka-pluszak od razu wzbudziła naszą sympatię, a nazwaliśmy ją „Hanna”, żeby był jakiś związek z nazwą jachtu. Hanna ma cudownie roześmiany, pełen optymizmu pyszczek – w razie kiepskiego nastroju wystarczy na nią spojrzeć i od razu wraca dobry  humor. Szkoda tylko że Hanna nie pełni wacht na pokładzie…

Zdjęcie z boku: Hanna na pokładzie!

 

 



Wieczorem…
Akcja „Soczewka” i polskie ogórki


Hurra! Odnalazła się wreszcie moja soczewka! Chodzi o owe tajemnicze „coś”, co mnie uwierało w oku, przez co wylądowałam w szpitalu w Tuk (już nie chciałam się wgłębiać w szczegóły w wyjaśnieniach), a co prozaicznie było nieumiejętnie założoną soczewką kontaktową. Takie soczewki to ogromne dobrodziejstwo – przetestowałam je na 2 tygodnie przed wypłynięciem i uznałam że na morze, dla takich niedowidzących jak ja (-1,25 dioptrii w jednym oku i -0,75 w drugim) to idealna sprawa! Wszystko z daleka widać, niepotrzebne są okulary, których ja na przykład i tak nie noszę, bo ciągle je gubię… No ale co ważne przy soczewkach:  trzeba mieć wprawę w ich zakładaniu, a ja już tego nie opanowałam. To znaczy w Warszawie, na kuchennym parapecie, szło mi jako tako, ale tutaj, w warunkach jachtowych na rozfalowanej  Mackenzie, coś sknociłam i nie dość że nie tak jak trzeba sobie soczewkę wsadziłam, to na dodatek nie umiałam jej wyjąć. Nie wiem jak to się stało, że w szpitalu w Tuk, powiedzieli że soczewki w oku już nie ma (ciągle nie mogę przeboleć, za co w takim razie skasowano te 525 dolców!?). W każdym razie uwierzyłam że nie ma, a to że coś mnie w oku dalej drapało, zgodnie z zapewnieniami ze szpitala uznałam za zadrapania w gałce ocznej. No ale dzisiaj od rana oko zaczęło boleć mocniej. Zaglądam do lusterka, a  tam… soczewka!!! Na samym wierzchu, więc znowu – złapałam lusterko i przystąpiłam do grzebania w oku. Bezskutecznie – podrażnione oko bolało coraz mocniej, a soczewka siedziała jak przyklejona. Kiedy już poziom mojego wkurzenia na samą siebie (i soczewkę) dosięgnął zenitu (wiedziałam że jak się nie uda nic zrobić, pewnie trzeba będzie wracać do Tuk), soczewka nagle sama z siebie… wypłynęła. Cieszyliśmy się z Borje  tak, że od razu uczciliśmy to lampką wina! Niestety to już końcówka naszych winnych zapasów. Szkoda!  :(


A tak w ogóle to po zakotwiczeniu zrobiliśmy sobie Dzień Leniucha. Ja czytam książkę o kanadyjskich Inuitach, Borje zgłębia instrukcję radaru… Chwilę wcześniej zastanawialiśmy się jak spędzić końcówkę dnia. Borje stwierdził, że może pójdzie do kiosku po gazety, a potem pooglądamy telewizję. Ja zaproponowałam wyskok do kina…  Ciekawe – wcale nie tęsknię ani za telewizją, ani za gazetami, ani za kinem. Często myślę jedynie o mojej rodzince -  rodzicach, mężu. Dzisiaj kiedy otworzyłam „Polskie Ogórki” (bo wczoraj na zakupach widząc tak opisany słoik nie oparłam się pokusie zakupu), Borje zapytał, czy tęsknię za polskim jedzeniem. No i od razu pomyślałam sobie o najlepszych pod Słońcem ogórkach małosolnych jakie robi mój mąż czy kiszonych mojej Mamy!  Inna sprawa że na jedzenie na jachcie nie mogę narzekać. Czasem są tylko różnice w jedzeniowych nawykach – powoli przyzwyczajam się do śniadania w postaci poridżu (owsianka), co praktykuje Borje, z kolei Borje zdziwił się, że obieram ziemniaki, bo w Szwecji nikt tego nie robi. 




23 lipca, 17. dzień wyprawy
Tuktoyaktuk – Morze Beauforta
Pora w morze…


Anna na kotwicy w Tuktoyaktuk.Po wczesnej pobudce i różnych pracach jachtowych plus uzupełnieniu zakupów, wychodzimy zaraz w morze. Płyniemy teraz na Herschel Island –  króciutki przeskok, raptem trochę ponad 100 mil, ale z niekorzystnym, zachodnim wiatrem.


Niestety, e-mail satelitarny nie działa. Niby wszystko skonfigurowane, komputer zaakceptował telefon, ale i tak łączyć nie chce. Jak się nie uda z morza (może tam będzie silniejszy sygnał z satelity), to następne wpisy na blogu uzupełnimy dopiero na  Wyspie Wrangla (już Rosja) albo w którymś z portów Czukotki.

 

 


22 lipca, 16. dzień wyprawy
w Tuktoyaktuk
Pozycja: 69 st. 27` N, 133 st.01`W
Po obiadku…


Inuicka obstawa.Ale wczoraj mieliśmy farta! Ledwo przeprawiliśmy się na brzeg naszym pontonem (w Tuktoyaktuk jest malutkie nabrzeże ale uznaliśmy, że jednak wolimy stać na kotwicy), a tu podjeżdża samochód, wysiada z niego dziewczyna i  zaczyna sympatyczną rozmowę. Kiedy doszło do pytania, jakie mamy plany, zgodnie z prawdą powiedzieliśmy, że szukamy lekarza i Internetu. A tu ona w śmiech, mówiąc że lepiej trafić nie mogliśmy, bowiem pracuje w lokalnej przychodni, a na służbowym komputerze ma tam także internet. No to faktycznie trafiliśmy idealnie!


W przychodni Rhanda (tak miała na imię nasza wybawicielka, Holenderka która jest tu zaledwie od tygodnia) zadzwoniła po pielęgniarkę, równie miłą Cindy (rodowita Kanadyjka), no i chwilę potem leżałam już na stole zabiegowym, słysząc pełne zachwytu głosu: „O, jaka ładna infekcja!” (to o moim oku), „O,  a tu druga” (to o ranie w nodze).  Potem coś mi tam do oka wkroplono, w celach jego zamrożenia, a tym samym znieczulenia, po czym zaczął się etap grzebania w gałce ocznej m.in. igłą, co było może niezbyt miłe (choć niebolesne), ale skuteczne. W każdym razie wyszłam z przychodni już nie z czerwonym, ale żółtym okiem (to po kroplach), z opatrzoną nogą, z torbą pełnych leków (znowu antybiotyki :-(   )  i jak się okazało (ale to już dzisiaj rano, czyli kilkanaście godzin później)  – z rachunkiem na 525 dolarów. Na szczęście jestem  ubezpieczona…Co jedzą lokalesi...


Co do Internetu w szpitalu, to dzięki Cindy, która nam udostępniła swoje hasła, mogliśmy podziałać jeszcze raz w sprawie konfiguracji naszych łączy satelitarnych. Dzięki tym, którzy do nas pisali z różnymi radami w tej sprawie. Mogę tylko powiedzieć, że nie można wierzyć instrukcjom, w których wszystko jest bardzo proste, a w rzeczywistości wcale nie jest. Próby znalezienia kogoś z lokalesów kto się na takich sprawach zna, okazały się bezskuteczne – nawet agenci firmy Iridium z Inuvik, choć sprzedają dokładnie takie telefony jaki mamy, nie mają pojęcia o ich konfiguracji z Internetem.  Dlatego też jeszcze raz dziękuję Karolowi Łosiowi z firmy TS2 sprzedającej telefony Iridium w Polsce,  który krok po kroku przerobił ze mną proces konfigurowania telefonu, cierpliwie tłumacząc co przyciskać i w jaką funkcję komputera wejść.  Dzięki tym bardziej, że telefon kupiony był w Szwecji, nie u pana Karola.

A na zdjęciu z prawej strony - wędzone ryby, lokalny przysmak :)



Wieczorem


Małe inuitki w tradycyjnych strojach.Właśnie wróciliśmy ze spaceru po miasteczku. Większość tutejszych mieszkańców to Inuici, mówiący swoim własnym językiem (nauczyłam się tylko, że dziękuję to „quajama”). Spotkaliśmy nawet dziewczynki ubrane w tradycyjne stroje przypominające długie, nocne koszule (na zdjęciu obok). Niestety, już wiem że z polowania na wieloryby nici, bo teren polowań jest spory kawałek od Tuk, a miejsce cięcia wielorybiego sadła zwanego „maktak” też nie znajduje się tutaj, tylko na jednej z wysp. Widzieliśmy jedynie trochę przygotowanych do wędzenia lub suszenia ryb.


Przeszliśmy Tuk wzdłuż i wszerz, co nie jest trudne, bo miasteczko ciągnie się może przez półtora kilometra. Jeden z jego końców to cypel, na którym jest też znak, że to właśnie najdalej na północ wysunięty punkt, a zarazem koniec TransCanady – drogi przecinającej całą Kanadę.

Co do lokalesów to ludzie, bardzo mili. Zupełnie inne wrażenia, kiedy byłam tu rok wcześniej na „Solanusie” (miło wspominam teraz te chwile) i kiedy mieliśmy nieprzyjemną sytuację z próbującym nas naciąć na cenie wody cwaniaczkiem. Chłopak był pod wpływem narkotyków i szczerze mówiąc teraz też spotkaliśmy kilka osób odurzonych czy to alkoholem, czy różnymi środkami, ale ogólnie wszyscy są raczej przyjaźni.

 


21 lipca,
Około 19-tej
Na Morzu Beauforta


Za sterem, z uszkodzonym okiem :-)Jesteśmy już na morzu! Dokładniej w zatoce Kugmallit, która jest „bramą” na Morze Beauforta, stanowiącego część Oceanu Arktycznego. Oj, nie łatwo było wydostać się ze szponów Mackenzie. Po podniesieniu kotwicy przepłynęliśmy może z milę, cały czas grzecznie trzymając się wyznaczonego bojkami szlaku, no i… znowu siedzieliśmy (na mieliźnie). Tym razem nawet nie byliśmy wściekli – podeszliśmy do tego ze stoickim spokojem. Rzeczywiście – po 20 minutach udało się ruszyć z miejsca, co uczciliśmy kubkami przywiezionych z Polski deserków, dzięki czemu Borje nauczył się nowych słów z naszego języka, czyli „budyń” i „kisiel” (smakują mu oba warianty).


Inuicka obstawa.Co do morza to przywitało nas nawet sporym rozfalowaniem, przyzwoitym wiaterkiem (od razu postawiliśmy żagielki) i atrakcjami w postaci pływających beli drewnianych (drewno, które spławiane rzeką dopłynęło do morza). Było tego mnóstwo, choć tylko w jednym miejscu (pewnie sprawa prądu). 
W międzyczasie mieliśmy też towarzystwo – podpłynęła na motorówce inuicka rodzina zdaje się wracająca z polowania na foki.  Wymieniliśmy grzecznościowe formułki (trudno rozmawiać przy wyjącym silniku), pomachaliśmy sobie i motorówa odpłynęła.


Godzina 21
w Tuktoyaktuk


Tuktoyaktuk - wioska na cyplu.Aqanna! W języku tutejszych Inuitów znaczy to „Witamy”.


Przed chwilą dopłynęliśmy do Tuktoyaktuk ( wymawia się:  „taktajaktak”), czy jak wolą miejscowi – w skrócie Tuk (czytaj: tak).  Trudno to nazwać portem – cała osada to liczące 800 mieszkańców niewielkie osiedle rozłożone wzdłuż długiego cypla oddzielającego portową zatoczkę od Morza Beauforta. Nazwa po lokalnemu oznacza „ rogi karibu”, bo dawniej było to słynne miejsce polowań na te zwierzaki. Teraz poluje się głównie na wieloryby, a dokładniej – biełuchy. Właśnie teraz jest czas polowań (miejscowi mówią:  „żniw”) – jutro spróbuję znaleźć jakichś wielorybników. Póki co gonimy na brzeg w poszukiwaniu Internetu i lekarza. 




21 lipca, 15. dzień wyprawy
Przy ujściu Mackenzie
W czasie  oczekiwania na wysoką wodę


Stanie na mieliźnie wykorzystujemy do pompowania pontonu.Po dość wietrznym poranku znowu jest cieplutko, błękitne niebo, no i te wstrętne muchy.


Mamy przymusowy postój, bo czekamy na wysoką wodę (upraszczając – przypływ). Z tablic pływów wynika, że wysoka woda (raptem 30 cm więcej, ale zawsze) będzie teraz o 18.31 (wypada mniej więcej co 13 godzin). Postanowiliśmy czekać, bo niestety  na dzień dobry, pół godziny po podniesieniu kotwicy po noclegu i radosnym wyruszeniu na morze które jest już tuż, tuż, zaliczyliśmy kolejną mieliznę. Co dziwne – na środku szlaku żeglownego, dokładnie między boją czerwoną i zieloną, czyli tam gdzie powinno być głęboko! Z pomocą żagli (akurat mieliśmy wiatr od rufy) jakoś zeszliśmy, ale stresująco było. Nie brak miejsc, gdzie teraz, przy niskiej wodzie, w ogóle widać dno. Z mapy wynika, że do odległego o kilkaset metrów brzegu dałoby radę dojść na piechotę.


Rozstawiający boje statek Coast Guardu.W każdym razie stoimy, co może jest i dobre, bo mamy czas na różne prace, których nie zdążyliśmy zrobić wcześniej.  Börje sprawdza nieco szwankujące pompy zęzowe, ja napompowałam ponton. W międzyczasie podpłynął do nas statek Coast Guardu, który rozstawia boje (dlatego ich po drodze nie było, bo dopiero rozpoczynają sezon żeglugowy. Trochę późno – gdyby rozstawili je wcześniej (tak jak powinni), byłoby nam łatwiej. Co ciekawe - statek, choć dużo większy, ma mniejsze zanurzenie od naszego, choć my i tak mamy tylko 1,5 metra!


A tak w ogóle to wyglądamy jak lazaret-komando. Börje kaszle i boli go gardło, chociaż póki co nie chce jeszcze brać żadnych leków, co do mnie to do mojej babrzącej się rany na nodze doszło coś tam w oku. Próbowałam to coś wyjąć, ale się nie daje – chodzę z bolącym i zaklejonym niczym pirat okiem, licząc że w Tuktoyaktuk znajdę jakiegoś lekarza.   


 
Idea rejsu
Nie chodzi o to, by tylko przepłynąć. Ważne, by również coś zobaczyć, a najlepiej – jeszcze poznać…


To  będzie trudny, niewątpliwie nieco ryzykowny, ale bardzo ciekawy rejs. Oboje lubimy wyzwania, a arktyczne żeglowanie, przebijanie się przez lody i świadomość, że jest się  daleko od wszelakiej cywilizacji, to naprawdę niezapomniane i mocno adrenalinowe doświadczenie. Nie chodzi jednak o wyczyn. W przypadku Arktyki nie jesteśmy zwolennikami bicia rekordów, ścigania się, robienia na czas jakiejś trasy, zaliczania tysięcy mil oglądając wyłącznie wodę... Arktyka jest na tyle ciekawa, że warto ją poznać, a nie tylko przepłynąć wzdłuż jej brzegów, nie wiedząc nawet jak wygląda!

Więcej…
 
Skąd pomysł?

Zaczęło się od przyjaźni dwóch załóg. Tutaj Jak to zwykle bywa, wszystko zaczęło się od przypadku. Ja żeglowałam przez Przejście Północno-Zachodnie na polskim jachcie „Solanus” (druga nagroda „Rejs Roku 2010”), a wśród kilku innych jachtów, które również próbowały swoich sił na arktycznym szlaku, była  szwedzka „Anna” Börje Ivarssona. Pierwszy raz spotkaliśmy się w Nuuk, stolicy Grenlandii, potem wpadaliśmy na siebie w każdym porcie, w morzu zaś, za pomocą satelitarnych smsów, informowaliśmy się wzajemnie, gdzie są pola lodowe, i jak płynąć, aby w nich nie utknąć.

Więcej…
 

Logo wyprawy: Sophie Kumpera | projekt i wykonanie: StudioWWW